WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bat Boy, Southwark Playhouse ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Georgina Hagan i Rob Compton w musicalu Bat Boy w Southwark Playhouse. Fot. Garry Lake Bat Boy
Southwark Playhouse
19 stycznia 2015
4 Gwiazdki
W Southwark Playhouse można obecnie oglądać wznowienie kultowego musicalu Bat Boy w wersji zespołu Morphic Graffiti, wyreżyserowane przez Luke'a Fredericksa. Bat Boy to jeden z tych spektakli, które zasługują na miano produkcji kultowej w każdym calu – a gatunkowo leży on prawdopodobnie tak daleko od Carousel duetu Rodgers i Hammerstein (ubiegłorocznego sukcesu Fredericksa i Morphic Graffiti), jak to tylko możliwe.
Zainspirowany sensacyjną historią z amerykańskiego tabloidu, Keythe Farley i Brian Flemming stworzyli bajkę w stylu komiksowym, a Laurence O’Keefe napisał teksty i partyturę, która bawi się różnorodnymi stylami muzycznymi – od gospel po rap, zahaczając o wiele innych gatunków i nawiązując do znanych musicali. Największy sukces show odniosło poza Broadwayem w 2001 roku, choć jego debiut w L.A. w noc Halloween roku 1997 był wręcz spektakularny. Na potrzeby londyńskiego sezonu w 2004 roku spektakl został przerobiony, jednak obecna produkcja powraca do oryginalnej wersji.
Komentarz do oryginalnego nagrania obsady z USA ujął to w ten sposób:
"...W tradycji dawnych dramaturgów, którzy zmieniali fakty historyczne w tragedię... autorzy Bat Boya odeszli od oficjalnych doniesień na temat swojego bohatera, aby odkryć głębszą prawdę. Ich celem było opowiedzenie historii, która poruszy sumienie narodu, nawet jeśli nie byłaby wierna faktom z artykułów Weekly World News. Farley i Flemming skonstruowali dramat, w którym Chłopiec-Nietoperz obsadzony został w roli, jaka wydawała mu się pisana – tragicznej figury desperacko łaknącej akceptacji i miłości. Znajduje je tylko na krótkie chwile, przez cały czas nieuchronnie pędząc ku prawdzie o swoim nieczystym pochodzeniu, którego odkrycie okazuje się horrorem gorszym niż śmierć. Pierwsza część historii daje Bat Boyowi to, czego zdaje się potrzebować – rodzinę, społeczność, miłość i dom. Następnie, z okrucieństwem właściwym samemu życiu, druga część odbiera mu to wszystko, zostawiając go z niszczącą wiedzą, że jest on tym, czym my wszyscy skrycie boimy się być".
Ambitna i sprawna inscenizacja Fredericksa z pewnością stara się być wierna tej wizji – i udaje jej się to znakomicie. Stewart Charlesworth zaprojektował uderzającą, komiksową jaskinię, krzykliwą i kolorową; przestrzeń gry jest dwupoziomowa, a na górnym poziomie projekcje tworzą serię teł i obrazów wzmacniających motywy przewodnie. W drugim akcie pojawia się seria przezabawnych filmów uzupełniających akcję – ten z kotkiem i bananem zostanie mi w pamięci na długo. Wykorzystanie multimediów niepomiernie pomaga w narracji.
Wszystko w tej scenografii jest surrealistyczne i pomysłowe (nawet wnętrze pseudo-podmiejskiego domu ma w sobie coś z sitcomu), co skutecznie przenosi wyobraźnię widza we właściwe sfery. Patrząc na to z innej strony, scenografia mogłaby być wytworem nastolatka budującego własny fikcyjny świat pełen egzotyki, gdzie lęki dorastania mogą zostać rozładowane poprzez fantazję.
Kostiumy Charleswortha również wspierają ten fantastyczny klimat. Są kolorowe i jaskrawe tam, gdzie trzeba (Kaznodzieja, Matka Natura, wiejskie karykatury), a w innych momentach realistyczne i lekko w stylu Happy Days (rodzina Parkers, która przygarnia Bat Boya i nadaje mu imię Edgar). To sprytna i odurzająca mieszanka, która wysuwa na pierwszy plan absurdalność fabuły, akcentując jednocześnie głębsze motywy izolacji, inności i akceptacji. Tanie peruki bardziej wyrazistych postaci dodatkowo podkreślają nierzeczywistość zdarzeń – zabieg, który uważam za genialny.
Ciekawe jest to, że Bat Boy miał swoją premierę dwie dekady po Człowieku Słoniu – oba dzieła dzielą podobne tematy, jednak sposób ich wyrażenia i naświetlenia nie mógłby być bardziej odmienny. Mimo to oba są niezwykle skuteczne. Przesłanie, jakie niosą, jest tak samo aktualne dzisiaj, kolejne dwie dekady później, jak w dniu ich premier.
Sukces tego utworu – bez względu na to, jak dobrze reżyser rozumie show, jak bardzo partytura jest grana z polotem (tutaj przez dyrektora muzycznego Marka Crosslanda i utalentowany mały zespół) czy jak świetna jest obsada – zależy od centralnej kreacji Edgara, czyli Bat Boya. Kluczowe jest, by Edgar był jednocześnie realny i fantastyczny; częściowo człowiek, częściowo nietoperz, odrzucony przez cywilizację, wychowany w izolacji, ciemności i dzikim strachu. Jest on swoistą mutacją lub, co trafniejsze, reprezentacją tego, kim moglibyśmy być bez miłości, edukacji i zintegrowanego społeczeństwa.
Przy pierwszym spotkaniu Bat Boy wydaje się być jedynie obłąkanym potworem, zdeformowanym zwierzęciem, które należałoby uśpić, bo pozostawione samopas może sprowadzić plagę lub dokonać morderstwa. Ale jest w nim coś jeszcze – desperacka chęć bycia zauważonym, nawiązania kontaktu. Później, gdy zostaje wyedukowany (dzięki BBC!), Edgar rozkoszuje się nowo nabytą normalnością, chce po prostu pasować do reszty. Jednak sposób, w jaki traktuje go społeczność, wyzwala w nim dawną naturę w chwilach stresu lub gniewu. Te momenty nawrotu kosztują Edgara wszystko.
Społeczeństwo tworzy problem, ocenia go, szturcha aż do ugryzienia, a potem z pyszałkowatą radością urządza nań polowanie. Niektóre tragedie jakobińskie opierają się na mniej szczerym i wnikliwym materiale.
Rob Compton jest w roli tytułowej wręcz niezwykły. Ból, gniew i strach, które wyraża poprzez zwierzęce okrzyki, w połączeniu ze sposobem, w jaki używa swojego niemal nagiego ciała, by pokazać instynktowną i czujną naturę istoty wychowanej w podziemnych jaskiniach, są hipnotyzujące. Jego droga przez kolejne etapy transformacji w Edgara – od zamknięcia w klatce, przez naukę, odnalezienie Boga, aż po zakochanie – jest nakreślona z dbałością o niuanse; każda chwila jest całkowicie wiarygodna. Charakteryzacja jest jednocześnie subtelna i dosadna – rzadkie, ale w pełni udane osiągnięcie.
Relacje z rodziną Parkerów są nakreślone bardzo wyraźnie i wręcz pięknie. Compton pracuje niestrudzenie, by pokazać wewnętrzne i zewnętrzne emocje tej niezwykle złożonej postaci. Na szczęście potrafi też świetnie śpiewać, więc techniczne wymagania partytury są w pełni zaspokojone. Edgar w wykonaniu Comptona jest znakomity pod każdym względem.
Lauren Ward nigdy nie była lepsza niż tutaj jako Meredith, idealna gospodyni domowa z amerykańskich przedmieść. Śpiewa i gra z precyzją, sprawiając, że każdy gest i każda nuta budują postać, której świat zostaje wywrócony do góry nogami. Jej wykonanie Three Bedroom House doskonale ilustruje wewnętrzne konflikty Meredith, a moment jej wielkiego, osobistego i tragicznego wyznania został rozegrany po mistrzowsku. To wybitna kreacja, pełna gracji i całkowitego przekonania.
Matthew White jako dr Parker jest w świetnej formie, kreując postać niczym Jekyll i Hyde – człowieka desperacko próbującego ukryć grzechy przeszłości, zdolnego do morderstwa z zimną krwią, by winą obarczyć Edgara. White to czysta radość dla widza: w jednej chwili przypomina Freda MacMurraya, w następnej mógłby rywalizować z Lonem Chaneyem. Zmienny, ale całkowicie autentyczny, śpiewa z piękną linią melodyczną i świetnie tańczy. Kolejna rola dopracowana w najmniejszym szczególe.
Georgina Hagen dopełnia główny kwartet jako Shelley Parker – nastolatka, która błądzi, dopóki nie spotka Edgara. Shelley pod wpływem tej znajomości przechodzi transformację niemal tak wielką, jak on sam. Traci swoją drapieżność i odkrywa prawdziwe znaczenie miłości. To subtelna i przemyślana rola w wykonaniu Hagen, kolejnej artystki typu „triple threat”, której głosu słucha się z ogromną przyjemnością, zwłaszcza w numerach z Comptonem i Ward.
Reszta obsady jest równie doskonała – wszyscy świetnie śpiewają, wcielając się w wiele postaci z komediowym i dramatycznym wyczuciem. Choreografia Joeya McKneely'ego (nie zawsze tak nowatorska, jak można by oczekiwać, ale w większości zabawna i ekscentryczna) jest wykonywana z wielkim entuzjazmem. Tancerzy go-go w rewelacyjnym numerze Matki Natury (Children Children) w wykonaniu Nolana Fredericksa trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.
Simon Bailey w jaskrawożółtym garniturze, który rozświetliłby najciemniejszy zakamarek niebiańskim blaskiem, wyśmienicie bawi się rolą wielebnego Hightowera i śpiewa z odpowiednią dawką religijnego zaślepienia. Szczególnie dobry jest Russell Wilcox w roli szeryfa – bodaj jedynej „normalnej” postaci w tym zestawieniu, poczciwego człowieka, który ewidentnie nie radzi sobie z sytuacją. Wilcox stanowi niezbędny kontrast dla morza ekscentryczności.
Jednakże...
Inżynier dźwięku Mike Thacker niemal samodzielnie niweczy doskonałą pracę wszystkich innych zaangażowanych w produkcję. Poziom głośności jest zdecydowanie zbyt wysoki, momentami wręcz ogłuszający w tak kameralnej przestrzeni. Miks również pozostawia wiele do życzenia. To nie tylko kwestia decybeli, ale balansu. Często ściana dźwięku staje się nieczytelna, a teksty piosenek toną w bezlitosnym hałasie. Należy to pilnie naprawić, ponieważ reżyseria dźwięku odbiera blask temu skądinąd lśniącemu klejnotowi teatralnemu.
Po dopracowaniu dźwięku, tak by talent aktorów był w pełni słyszalny, może to być produkcja, która będzie grana przez długi czas, przenoszona na większe sceny i wysyłana w trasy. Pokazuje ona, jak elastyczna może być forma musicalowa i jak satysfakcjonujące mogą być jej rezultaty.
Spektakl Bat Boy w Southwark Playhouse grany jest do 31 stycznia.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności