Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Water for Elephants, Imperial Theatre na Broadwayu ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

rayrackham

Udostępnij

Ray Rackham recenzuje nowy musical Water For Elephants, wystawiany obecnie w Imperial Theatre na Broadwayu.

Fot.: Murphy Made

Water For Elephants

Imperial Theatre

3 Gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY




Z muzyką stworzoną przez siedmioosobowy kolektyw PigPen Theatre, librettem Ricka Elice’a, reżyserią broadwayowskiej gwiazdy Jessiki Stone oraz mnóstwem cyrkowej wirtuozerii od utalentowanej Shany Carroll, Water for Elephants to magiczny i widowiskowy nowy musical; nie zawsze jednak wiadomo, co powinno trafić pod główną kopułę cyrku, a co poprzestać na drugoplanowym pokazie.

W tym sezonie neony przy West Forty-Fifth Street można by pomylić z tyłami studia filmowego, gdyż Water for Elephants dołącza do fali licznych premier musicalowych marca i kwietnia. Jest to kolejna po „The Notebook” (wystawianym naprzeciwko od kilku dni) oraz „The Outsiders” (również naprzeciwko, wciąż w pokazach przedpremierowych) adaptacja książki przez film do musicalu. Water for Elephants to pomysłowe widowisko, pełne niewinnego zachwytu i umiejętnie balansujące na linie między realistyczną narracją a baśnią.

Fot.: Murphy Made

Historia jest skromna i prosta: uroczy starszy pan (w tej roli wspaniale nostalgiczny Gregg Edelman) wraca do cyrku, co przywołuje wspomnienia z czasów Wielkiego Kryzysu. Uciekł wtedy przed traumatyczną rodzinną tragedią (pięknie zainscenizowaną w jednej z wielu stylizowanych sekwencji retrospekcji) i przed dekadami dołączył do ekipy cyrkowej. Dalej śledzimy klasyczny motyw – chłopak (Grant Gustin jako Jake, w świetnej formie wokalnej) spotyka dziewczynę (Isabelle McCalla jako Marlena, prawdziwa gwiazda zespołu). Zakochują się w sobie nad zagrodami dla zwierząt (w końcu to cyrk), tyle że dziewczyna ma pecha być żoną dość socjopatycznego dyrektora areny, Augusta (wyśmienicie łobuzerski Paul Alexander Nolan). Wszystko zdaje się zmierzać ku katastrofie (małżeńskiej, przenośnej lub dosłownej), a wczesne wzmianki o stratowaniu przez stado sprawiają, że elementy układanki zaczynają pasować do siebie.

Choć fabuła to typowa broadwayowska propozycja, poziom artyzmu zapiera dech w piersiach. Projektant projekcji, David Bengali, kreuje nieustannie zmieniającą się panoramę bursztynowych chmur i przeszywających, purpurowych gwiazd, osadzając spektakl w klimacie majestatycznej Ameryki. Kostiumy Davida Israela Reynoso cudownie przywołują epokę, pozostając przy tym świeże – jakby sama Iris Apfel została poproszona o pokolorowanie sepiowych zdjęć z cyrku Barnum & Bailey. Sugestywna scenografia Takeshiego Katy, wykorzystująca jedwabie spadochronowe, liny, rusztowania i trapezy, jest mistrzowsko ogrywana przez utalentowanych akrobatów i gimnastyków. Współpracują oni ramię w ramię z broadwayowskimi aktorami, tworząc imponujący zespół estradowy. Pomysłowość widać też w abstrakcyjnych lalkach (autorstwa Raya Wetmore'a, JR Goodmana i Camille Lebarre) – na szczególną uwagę zasługuje akrobata Antoine Boissereau, który za pomocą samej głowy i grzywy konia oraz zachwycającego popisu na szarfach tworzy poruszający obraz umierającego zwierzęcia.

Fot.: Murphy Made

Nie wszystko jednak gra idealnie. Jak na produkcję tak nowatorską wizualnie, pod względem treści jest ona aż nazbyt tradycyjna. Pomijając niemal nieunikniony zabieg narratora spoglądającego w przeszłość, strukturalnie sztuka sprawia dziwne wrażenie wznowienia (tzw. revival). „Squeaky Wheel” – niepasująca piosenka komediowa nawiązująca do stylu „You Gotta Get a Gimmick” – jest perfekcyjnie wykonana przez Sarę Gettelfinger, Stana Browna i Joe De Paula, ale nie wywołuje śmiechu. Zbiorowe numery taneczne prowadzone przez Gustina lub Nolana budzą echa klasyków w stylu „State Fair” czy „Destry Rides Again”. Co ciekawe, najsilniejsze muzycznie momenty to te, które wyłamują się z tej struktury i idą w stronę country-rocka i bluegrassu. „Easy Now” pozwala zabłysnąć McCalli w pierwszym akcie; „What Do You Do” to piękny duet głównych bohaterów, a finałowe wykonanie „I Choose The Ride” przez cały zespół to prawdziwa uczta.

Niestety, najbardziej rozczarowującym momentem w tym artystycznie dopracowanym spektaklu jest pojawienie się Rosie – słonicy. Podczas gdy inne lalki są abstrakcyjne i umowne, Rosie przypomina raczej Pana Snuffleupagusa z Ulicy Sezamkowej niż skrupulatnie zaprojektowane pozostałe rekwizyty. Ten dysonans pogłębia fakt, że do momentu pełnego ujawnienia widzieliśmy jedynie jej fragmenty (trąba tu, noga tam, mistrzowsko animowane przez Caroline Kane), które świetnie pasowały do estetyki widowiska. Efekt końcowy to mniej „War Horse”, a bardziej krowa z amatroskiego teatrzyku.

Z konstrukcją, która gryzie się z innowacyjną formą opowiadania i tylko chwilami błyskotliwą partyturą, Water for Elephants może mieć trudności w sezonie tak nasyconym nowymi musicalami. Niemniej jednak jest tu czym się cieszyć, zwłaszcza oglądając najbardziej pracowitą i wszechstronnie utalentowaną obsadę na Broadwayu. Idźcie i zobaczcie sami!

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS