WIADOMOŚCI
RECENZJA: Lava, New Wimbledon Studio ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje spektakl Lava Richarda Foremana, wystawiany obecnie w New Wimbledon Studio.
Lava New Wimbledon Studio
2 lipca 2019 r.
4 Gwiazdki
Piskliwe. Mroczne. Dezorientujące.
Zimowa kraina białych piór wita widzów w „Trzeciej Kategorii” spektaklu „Lava” – najnowszego, zagadkowego widowiska scenicznego autorstwa Amerykanina Richarda Foremana, które uświetniło ambitną, kameralną przestrzeń nad wspaniałym pałacem rozrywki Massey and Young. Wykorzystując charakterystyczną paletę czerni, jeszcze większej ilości czerni, odrobiny czerwieni, mnóstwa czerni oraz akcentów bieli i szarości, produkcja ta została nie tylko wyprodukowana, ale także wyreżyserowana, zaprojektowana, oświetlona i nagłośniona przez największego brytyjskiego fana Foremana – Patricka Kennedy'ego. Kennedy, teatralny polimat, użycza również swojego monotonnego, natarczywego głosu narracji pełnej liczb i dogmatów, przy której akcja sceniczna wydaje się być jedynie ozdobnym dodatkiem. Kennedy odważnie wciąga nas w dziwny, bizarne i wymagające wizje Foremana w tej środkowej części tryptyku, podczas gdy czwórka aktorów – Lauren Anthony, Tommaso Giacomin, Robert Lane i Stephen Lee – kuśtyka po scenie w makabrycznie ekspresjonistycznych strojach: mężczyźni uginają się pod ciężarem wielkich garbów, z których wydobywają się głośnikowe wersje ich chrapliwych, blisko mikrofonowanych głosów, podczas gdy Anthony pozostaje stosunkowo bardziej elficka w prostym czarnym płaszczu. Kim są? I czego chcą? To dwa pytania, które raczej nie spędzały snu z powiek Foremanowi ani nie zaprzątają głowy Kennedy'emu.
Dlaczego? Odpowiedź kryje się w nazwie jego zespołu: Phenomenological Theatre Company. Dla tych z Państwa, którzy nie są gorliwymi studentami tego niszowego nurtu filozoficznego – to typowo amerykański twór z lat sześćdziesiątych, zrodzony przez pokolenie Timothy'ego Leary'ego. Podczas gdy Kennedy wygłasza swoją otwierającą tiradę, gitary w stylu hot club brzdąkają dziarsko, a szczoteczki perkusyjne suną po werblu; jeśli nie zapaliliście niczego odurzającego przed spektaklem, już po jego rozpoczęciu poczujecie się tak, jakbyście to zrobili. Zanim na scenie pojawią się przygarbione, ucharakteryzowane, brutalnie ekspresywne „postacie” (zidentyfikowane na etykietach „prawdziwymi” nazwiskami aktorów), całe to osobliwe zgromadzenie zaczyna przypominać „Wittgensteina” Dereka Jarmana bez matematyki: herbatkę u Szalonego Kapelusznika dla fanów Grand Guignol.
W międzyczasie „pocięta” ścieżka dźwiękowa z celowo fragmentarycznych i powtarzalnych słów odrzuca świadomość, rzeczywistość i własne „ja”. W zamian oferuje jedynie Richarda Foremana jako źródło wszystkiego, co mogłoby zasługiwać na naszą uwagę – całość sprawia wrażenie ćwiczenia z groteskowego, toksycznego narcyzmu. Co ważniejsze, ma się poczucie, że konwencje teatralne są na naszych oczach rozbijane w pył, miażdżone przez nakładające się na siebie narracje komentarzy – wtrącają się inne głosy – oraz kakofonię chrapliwych głosów aktorów, których zniekształcone kwestie przytłaczają się nawzajem. Od czasu do czasu wybuchają oni w choreografii, a nawet biegają po niebezpiecznie upierzonym parkiecie, by w końcu całkowicie się wycofać i – na szczęście – zostawić nas samych.
Z wszystkich zaangażowanych tu muz, jedyną wykazującą choćby chwilową łaskawość jest muzyka. Taniec jest surowy, mechaniczny i bezcelowy; mowa rwana i niesatysfakcjonująca; scenografia wściekle niewygodna. Gdzieś jednak w tej mrocznej „trzeciej kategorii” (będącej częścią jakiegoś rzekomo fenomenologicznego systemu) kryje się albo zapowiedź ukojenia, albo okrutna przynęta. Decyzja należy do Państwa!
Gramy do 6 lipca
KUP BILETY NA SPEKTAKL LAVA
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności