WIADOMOŚCI
RECENZJA: Kinky Boots, Al Hirschfeld Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Obsada Kinky Boots. Fot. Matthew Murphy Kinky Boots Al Hirschfield Theatre 27 marca 2013 3 GwiazdkiZAREZERWUJ BILETY
Obserwowanie narodzin nowego musicalu to pełne napięcia przedsięwzięcie: tyle rzeczy może pójść nie tak, ale kiedy wszystko gra, człowiek nie chciałby być nigdzie indziej.
Kinky Boots znajduje się obecnie w fazie pokazów przedpremierowych w Al Hirschfield Theatre na Broadwayu i sądząc po zrelaksowanej postawie reżysera Jerry'ego Mitchella oraz jego świty doradców po spektaklu, spektakl jest już gotowy do premiery.
Problem w tym, że jeszcze nie jest – i niestety większość problemów wynika z niezręcznej i często nużącej ścieżki dźwiękowej autorstwa Cyndi Lauper. Szkoda, bo w przeważającej mierze libretto Harveya Fiersteina oraz praca reżysera i choreografa Mitchella są radosne i szczere.
Obsada również jest niezwykle utalentowana – niestety muzyka nie dorównuje tekstowi i tkwiącemu w nim potencjałowi. Są tu świetne numery – „The History of Wrong Guys”, „Everybody Say Yeah”, „Hold Me In Your Heart” oraz „Raise You Up/Just Be” to wyjątkowo dobre sekwencje musicalowe. Brakuje jednak spójnego brzmienia całego widowiska, a wiele utworów opiera się na mocnych dźwiękach, którym brakuje melodii lub rytmu. To nie jest „Lakier do włosów” – a powinno być od niego lepsze.
Scenariusz ma swoje własne mankamenty – nagła zmiana postawy głównego bohatera, Charliego, w drugim akcie, kiedy to atakuje współpracującą z nim drag queen, którą wcześniej wspierał, jest niewytłumaczalna i zupełnie niewłaściwie rozwiązana. Równie słabo wypada scena spotkania wspomnianej artystki z ojcem, z którym nie miała kontaktu; została poprowadzona tak mało finezyjnie, że zamiast wzbogacać historię gwiazdy wieczoru – Loli – tylko ją osłabia.
Billy Porter jest fantastyczny jako Lola, zabawny i kruchy zarazem, choć można się zastanawiać, czy jego głos wytrzyma takie tempo na dłuższą metę. Rolą wieczoru jest jednak występ Annaleigh Ashford, która jest pod każdym względem doskonała jako rezolutna dziewczyna z sąsiedztwa zdobywająca serce szefa.
Stark Sands wzbudza dużą sympatię jako Charlie, ale zarówno scenariusz, jak i partytura obarczają go karkołomnymi momentami – a jego naturalny urok to za mało. On również śpiewa na granicy swoich możliwości i musi bardzo dbać o kondycję wokalną.
Zespół jest wyrównany i świetnie radzi sobie ze śpiewem, tańcem oraz przebierankami. Spektakl jest zabawny i uroczy, ale nie gra w tej samej lidze co „Klatka szaleńców”, „Lakier do włosów” czy „Priscilla, królowa pustyni” – inne musicale poruszające tematykę akceptacji i dragu.
Wymaga dopracowania – znacznie czytelniejszego numeru otwierającego, nowych piosenek i poprawek w scenariuszu, aby historia nie była tak poszatkowana i sprzeczna z charakterami postaci.
Niemniej jednak całość jest zrealizowana sprawnie i ani przez chwilę nie wieje nudą, co zdarza się wielu nowym produkcjom.
Przy odrobinie odważnych i rozsądnych cięć oraz korekt, mógłby to być wspaniały nowy musical. W obecnej formie jest po prostu całkiem niezły.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności