Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Cats, New Wimbledon Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Alexa Terry

Share

Obsada spektaklu Cats. Fot. Alessandro Pinna Cats

New Wimbledon Theatre (UK Tour)

7 listopada 2016

4 Gwiazdki

Informacje o trasie

Podobno najstarszy kot świata dożył 38 lat, ale kocia rodzina Andrew Lloyda Webbera depcze mu po piętach. Ponad 35 lat po premierze w New London Theatre, futrzaki ponownie ruszają na podbój scen w ramach brytyjskiej i międzynarodowej trasy musicalu „Cats”. Choć znam ten tytuł, po raz pierwszy brałam udział w Balu Jellicle i muszę przyznać, że pośród zachwytu nad imponującym rozmachem, towarzyszyło mi lekkie poczucie zagubienia.

Emily Langham (Rumpleteazer) i Joe Menry (Mungojerrie). Fot. Alessandro Pinna W swojej „Wierszowanej księdze o kotach” T.S. Eliot pisał: „Gdy księżyc Jellicle świeci jasno, czas zacząć Jellicle Ball”. To właśnie ta noc stanowi tło naszej opowieści – noc, podczas której mądry Stary Deuteronomium wybierze jednego kota, by ten narodził się na nowo. Z imponującej scenografii autorstwa Johna Napiera przedstawiającej wysypisko śmieci wyłaniają się bohaterowie: jedni wypełzają spod stert odpadków, inni przemykają przez widownię. Poznajemy leniwą Jennyanydots, rozbrykany duet Mungojerrie i Rumpleteazer oraz Gusa – kota teatralnego; pojawia się też Rum Tum Tugger, Jemima i Bustopher Jones, a każdy z nich liczy na nowe kocie życie. Ogromne wrażenie robi misterna charakteryzacja Napiera (szczególnie imponująca dla kogoś, kto na co dzień rano walczy z równym narysowaniem brwi, nie mówiąc o całych pękach wibrysów). Makijaż podkreśla unikalną osobowość każdego kota, a aktorzy dopełniają efektu subtelnymi, zwierzęcymi ruchami. Jednak to Grizabella – upadła gwiazda, początkowo odtrącona przez stado – zostaje wybrana przez Starego Deuteronomium do podróży w stronę Niebiańskich Sfer, po tym jak wyśpiewała swoje „Memory” i wspomnienia o dniach, gdy była piękna. Trzeba to powiedzieć wprost: Marianne Benedict jako Grizabella serwuje najlepsze wykonanie tego kultowego hitu, jakie kiedykolwiek słyszałam. W kulminacyjnym momencie jej głos uderza z taką siłą i autentycznością, że niekończące się brawa publiczności są w pełni zasłużone.

Marianne Benedict jako Grizabella. Fot. Paul Coltas

W spektaklu wprowadzono pewne zmiany – Rum Tum Tugger, niegdyś uwodzicielski i pyszałkowaty kocur, stał się teraz breakdance’ującym kotem ulicznym ze złotym łańcuchem i hip-hopowym podkładem, co niestety gryzie się z resztą widowiska. Patrząc na popularność „In the Heights” czy sukces „Hamiltona” (na którego Londyn niecierpliwie czeka), rap ma się w teatrze świetnie, ale ta próba unowocześnienia postaci do mnie nie trafia.

„Cats” to przede wszystkim taniec, co stanowi odświeżającą odmianę wśród wielu musicali „śpiewanych”. Koty opowiadają swoją historię poprzez balet i akrobatykę, tętniąc energią i wigorem. Choreografia Gillian Lynne jest nieskazitelnie precyzyjna i ostra, wykonana przez obsadę o imponującej kondycji. Gdybym sama miała wejść w rolę Starego Deuteronomium i wybrać jednego kota, który miałby mruczeć u moich stóp, byłby to Skimbleshanks (kot kolejowy) w wykonaniu Lee Greenawaya. Jego energia od razu mnie ujęła, a to jeden z moich ulubionych numerów muzycznych.

Lee Greenaway jako Skimbleshanks. Fot. Alessandro Pinna

Spodziewałam się, że wyjdę z teatru w stanie totalnej euforii – to w końcu musical o odkupieniu i celebrowaniu indywidualności. Wizualnie zachwyca, a zespół występuje z godnym podziwu zapałem. To profesjonalne, inteligentne widowisko. Niemniej momentami sekwencje taneczne nieco się dłużyły, a moje myśli zaczynały błądzić. Niektóre kocie historie po prostu mnie nie porwały, być może dlatego, że jako widz nie miałam swobody w ocenie postaci: powiedziano mi, że mam bać się Macavity’ego i kochać Starego Deuteronomium, zamiast pozwolić mi to poczuć naturalnie. Dla kogoś, kto nigdy nie widział spektaklu na żywo, to świetny wybór na pierwszy raz, a szept dzieci z widowni, gdy koty przemykały między rzędami, był magiczny. U mnie jednak nastąpił moment pod tytułem „to nie twoja wina, to moja”. Czy jako krytyk powinnam ignorować atuty tego show i pisać negatywnie tylko dlatego, że nie poruszyło we mnie żadnej struny? Byłoby to niesprawiedliwe. Jeśli dacie mi zamaskowanego upiora Lloyda Webbera i jego anioła muzyki – rozpłynę się z zachwytu. „Cats” to po prostu nie moja bajka.

Cóż, zawsze bardziej lubiłam psy.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O BRYTYJSKIEJ TRASIE CATS

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS