WIADOMOŚCI
RECENZJA: Showstopper! The Improvised Musical w Apollo Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Dylan Emery, Justin Brett, Ruth Bratt, Andrew Pugsley, Lucy Trodd, Adam Meggido i Philip Pellew w Showstopper. Fot.: Geraint Lewis. Showstopper! The Improvised Musical.
Apollo Theatre
30 września 2015
5 Gwiazdek
Niezwykły dylemat dla krytyka teatralnego: jak zrecenzować spektakl, który jeszcze nie powstał, nie mówiąc już o jego wystawieniu? Musical bez scenariusza, partytury, motywu przewodniego czy gwiazdy? A jednak: oto unikalna zagadka, jaką stawia przed nami Showstopper! Musical, który wczorajszego wieczoru oficjalnie rozpoczął swój sezon na West Endzie w Apollo Theatre (po wcześniejszych występach gościnnych).
Cóż, jak radzili Rodgers i Hammerstein: Climb Every Mountain. Zatem spróbujmy.
Pomysł stojący za Showstopper! jest zarazem błyskotliwie prosty i piekielnie trudny. Garść wykonawców, zestaw kolorowych i uniwersalnych kostiumów, proste elementy scenografii niczym z IKEA, trio błyskotliwych muzyków w gotowości z mnóstwem gotowych riffów, tablica i dowcipny, czarujący prowadzący – to podstawowe składniki. Unikalny smak nadaje jednak nieprzewidywalna publiczność.
Prowadzący zbiera propozycje od widzów: Jaki musical chcecie zobaczyć i usłyszeć? Jaki rodzaj muzyki? Jaki numer otwarcia? Jaką tematykę poruszyć? Czy są jakieś specjalne punkty zwrotne akcji? W zależności od fantazji publiczności, rezultat może zapierać dech: XIX-wieczna chińska baśń o wymuszonym małżeństwie, motylach i tradycyjnym brytyjskim puddingu, z muzyką w stylu Gershwina i Lloyda Webbera, formą à la Mozart, wątkiem o odchodach pingwinów i otwarciem w stylu Hair. Tego typu szaleństwa. Po zebraniu pomysłów, obsada natychmiast przystępuje do tworzenia i wykonywania musicalu. Na żywo. Bez prób, bez tekstu, bez siatki bezpieczeństwa. Po prostu idą na żywioł!
Jeśli regularnie bywacie w teatrze, z pewnością przeżyliście ten rzadki, straszny, a jednocześnie fascynujący moment, gdy aktor zapomni kwestii, rekwizyt zawiedzie, drzwi się nie otworzą lub kostium pęknie w szwach. Znacie ten specyficzny wyraz mieszanki przerażenia i zdumienia na twarzach aktorów, gdy jedni walczą o przetrwanie, a inni, zazwyczaj bezskutecznie, próbują powstrzymać śmiech. Showstopper! karmi się takimi chwilami; w pewnym sensie to właśnie adrenalina płynąca z niepewności co do wyboru partnera na scenie napędza tę komedię i kreatywność.
Podczas wieczoru prasowego prowadzący musiał nieco okiełznać publiczność, odrzucając sugestie tematów, przez które show mogłoby stać się zbyt hermetyczne. Ostatecznie wybór padł na Daily Mail i historię o miłości tłumionej, odwzajemnionej i pomszczonej w świecie ludzi kreujących medialną agendę. Brzmi sucho?
Philip Pellow, Andrew Pugsley, Justin Brett, Ruth Bratt, Lucy Trodd i Adam Meggido w Showstopper. Fot.: Geraint Lewis
To było przezabawne.
Świeże, trzymające w napięciu, rozśmieszające do łez, drapieżne, satyryczne i popisowo błyskotliwe. Na West Endzie nie ma niczego podobnego. Ten spektakl może pójść w każdą stronę, zrobić wszystko i wyśpiewać cokolwiek – i widać, że sprawia mu to ogromną frajdę.
Każdy występ Showstopper! to pokaz niesamowitego talentu. Obsada zmienia się rotacyjnie, ale zespół tworzą: Ruth Bratt, Justin Brett, Dylan Emery, Pippa Evans, Susan Harrison, Sean McCann, Adam Meggido, Philip Pellew, Andrew Pugsley, Oliver Senton, Lucy Trodd i Sarah-Louise Young. Nie ma tu słabych ogniw. Jako zespół znają się tak dobrze i tak świetnie wyczuwają swoje intencje, że ich improwizacja zyskuje sznyt profesjonalizmu, który jest, szczerze mówiąc, zdumiewający.
Są na West Endzie gotowe musicale, które nie dorastają do pięt kunsztowi, emocjom i czystemu geniuszowi Showstopper!
Dylan Emery jest znakomity jako elokwentny, ale cięty prowadzący – jego interakcje z publicznością są świetne, zwłaszcza gdy na początku drugiego aktu rozprawia się z tweetami, które widzowie wysłali z sugestiami dotyczącymi dalszej akcji. To on czuwa, by statek nie osiadł na mieliźnie – może interweniować i zatrzymać akcję, gdy uzna, że wykonawcom przyda się chwila oddechu lub gdy pauza pozwoli płynnie wprowadzić nowy pomysł do całości. Robi to z wyczuciem, ale za każdym razem podkręca tempo.
Dylan Emery w Showstopper. Fot.: Geraint Lewis.
Szczególnie wyróżnili się: Ruth Bratt (zachwycająco odpychająca redaktor naczelna, typ, który mógłby urodzić Dartha Vadera, popijając martini i zwalniając dziennikarza), Pippa Evans (stażystka z parciem na władzę i trudnościami z monogamią), Sarah-Louise Young (enigmatyczna osiemdziesięcioletnia bufetowa), Andrew Pugsley (okularnik wzdychający do dziewczyny), Justin Brett (muzykujący okularnik wzdychający do dziewczyny) oraz Adam Meggido (człowiek od wszystkiego, a także przezabawny w roli geja otwarcie mówiącego o swojej nieudanej miłości). Na samą myśl o niektórych gagach znów śmieję się głośno przy biurku.
Wciąż potrafię zanucić finał pierwszego aktu, „My Time To Change” – tak zaraźliwa była ta spontaniczna melodia. Numer „Snap! Crackle! Pop!” inspirowany West Side Story sprawił, że płakałem ze śmiechu, z mnóstwem stylizowanych póz, od których Jerome’owi Robbinsowi pewnie skręciłyby się palce u nóg. „Things Are Gonna Change Round Here” w stylu Mamma Mia było kolejnym radosnym momentem, a szczególnie żałuję, że nie mogłem przesłuchać raz jeszcze prześmiewczej ballady o miłości, którą Meggido i Brett wyśpiewali sobie nawzajem. Muzycznie było to lepsze, niż można by przypuszczać – inteligentne, satyryczne i świetnie skomponowane. Prawdziwa uczta z improwizowanej partytury.
Muzycy imponują pewnością siebie. Żaden z nich nie wygląda na przejętego tempem czy nagłą zmianą tonacji. Zapewne mają wypracowane sygnały, które to ułatwiają, ale bez wątpienia ci muzycy mają najtrudniejszy wieczór spośród wszystkich orkiestron na West Endzie i wywiązują się z niego bezbłędnie. Melodie, które tworzą, są pełne muzycznych dowcipów nawiązujących do stylu, który akurat naśladują. Czysta radość.
Żadna publiczność nie zobaczy już tego samego, co ja, tak jak ja nie zobaczę tego, co wydarzy się jutro. Pod tym względem Showstopper! jest absolutnie unikalny. I jest to fenomenalne osiągnięcie.
Idźcie i wracajcie tam ponownie. To niepohamowana, zaraźliwa zabawa na najwyższym poziomie wyobraźni i kunsztu. Przypomina o tym, jak autentycznie ekscytujący i angażujący potrafi być teatr muzyczny.
Absolutnie nie do przegapienia!
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności