Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Sunny Afternoon w Harold Pinter Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Daniel Coleman-Cooke

Share

Tom Whitelock, Danny Horn, Damien Walsh i Oliver Hoare w spektaklu Sunny Afternoon. Fot. Kevin Cummins Sunny Afternoon

Harold Pinter Theatre

20 października

4 gwiazdki

Zarezerwuj bilety Po zebraniu niemal wszystkich nagród Olivier Awards, nic dziwnego, że musical Sunny Afternoon świętuje właśnie swoje pierwsze urodziny.

Historia o wzlocie, upadku i ponownym sukcesie zespołu The Kinks od samej premiery cieszy się niesłabnącym uznaniem widzów. Czy jednak po odejściu oryginalnej obsady warto jeszcze odwiedzić West End? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Nowi aktorzy tryskają energią i świetnie oddają anarchistycznego ducha pierwowzoru.

Fabuła ma charakter czysto biograficzny, ale jest znacznie ciekawsza niż większość podobnych produkcji. Członkowie The Kinks znali się na dramacie jak nikt inny – mowa tu nie tylko o legendarnej rywalizacji między braćmi, ale także o „zaszczytnym” tytule pierwszego brytyjskiego zespołu wyrzuconego z Ameryki.

Choć historia nie jest szczególnie pogłębiona, nie brakuje w niej wzruszających momentów, zwłaszcza pod koniec, gdy życie lidera grupy, Raya Daviesa, zaczyna się sypać. Uważny widz dostrzeże też zgrabnie zarysowany podtekst polityczny – konserwatywni managerowie zespołu muszą pogodzić się z faktem, że nową arystokracją stają się bożyszcza tłumów, jakimi byli muzycy The Kinks.

Sztuka stara się wiernie oddać klimat epoki, nawiązując do współczesnych im zespołów, choć niektóre żarty bywają zbyt dosłowne (w stylu „jest taki mały zespół The Who, pewnie o nich nie słyszeliście”). Scenariusz lśni najbardziej w momentach największego napięcia – burzliwe zakończenie pierwszej części trzyma w napięciu i dorównuje intensywnością rockandrollowym numerom granym na scenie.

Muzyka to bez wątpienia najmocniejszy punkt produkcji, co przy tak genialnym dorobku zespołu nie jest zaskoczeniem. Utwory często budowane są warstwowo: zaczynają się od prostego riffu, do którego w improwizowany sposób dochodzą kolejne elementy, aż po euforyczny finał. To świetny zabieg, pokazujący prosty geniusz takich przebojów jak „Sunny Afternoon” czy „You Really Got Me”.

Jednak spektakl to nie tylko mocny rock; znalazło się miejsce na subtelniejsze brzmienia. Wykonana a capella wersja „Days” zachwycała harmoniami, podobnie jak „Too Much On My Mind” – wzruszający duet Raya z żoną, Rasą. Całość wspiera kapitalny zespół grający na żywo oraz doskonałe popisy muzyczne samych aktorów.

Danny Horn jako Ray Davies. Fot. Kevin Cummins

Początkowo nie byłem przekonany do Danny’ego Horna w roli Raya; brakuje mu wrodzonej charyzmy zdobywcy nagrody Oliviera, Johna Dagleisha, którego zastąpił. Jednak jego głos i sposób bycia znacznie lepiej oddają charakter Daviesa, a w spokojniejszych utworach artysta ten pokazał, na co go stać.

Oliver Hoare jest elektryzujący jako szukający wrażeń Dave Davies – to musi być jedna z najbardziej radosnych (choć wyczerpujących) ról na całym West Endzie. Na uznanie zasługuje też Damien Walsh jako Mick Avory, który skradł show niesamowitą, zdającą się nie mieć końca solówką na perkusji.

Megan Leigh Mason w swoim debiucie na West Endzie stworzyła przekonującą postać Rasy, która w mgnieniu oka zmienia się z naiwnej fanki w zmęczoną życiem matkę. Charlie Tighe i Gabriel Vick byli z kolei rozkosznie nadęci jako nieudolni, a mimo to niewytłumaczalnie bogaci współmenedżerowie zespołu.

Jedynym mankamentem pierwszej połowy było nagłośnienie – mocne gitary zagłuszały większość tekstów piosenek. Problem ten wydawał się naprawiony po przerwie, ale warto zauważyć, że występował on już podczas premierowych pokazów – wielka szkoda, bo traciły na tym świetne popisy wokalne. Kostiumy Miriam Beuther genialnie oddają epokę: pełno tu neonowych barw, dzwonów i niezwykle eleganckich garniturów.

Lider The Kinks, Ray Davies, dołączył do wielu znanych osobistości w Harold Pinter Theatre, by świętować pierwsze urodziny swojego dzieła. Sądząc po tym, co zobaczyłem, spektakl utrzyma się na afiszu jeszcze przez długi czas. ZAREZERWUJ BILETY NA SUNNY AFTERNOON W HAROLD PINTER THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS