Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Superhero, Southwark Playhouse ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Michael Rouse w spektaklu Superhero. Fot. Alex Brenner Superhero Southwark Playhouse 30 czerwca 2017

5 Gwiazdek

Zarezerwuj teraz Stephen Sondheim – bardzo skromnie – zwykł mawiać, że nigdy nie podjąłby się stworzenia monodramu muzycznego, ponieważ ta forma jest po prostu „zbyt trudna”, by zadziałała. I trudno nie przyznać mu racji. Niezwykle ciężko jest wykreować, a tym bardziej utrzymać napięcie dramatyczne, gdy wszystko zależy od jednego głosu i jednej perspektywy. Jednak w ostatnim czasie widzieliśmy wysyp pomysłowych solowych sztuk – choćby „Tonight With Donny Stixx” czy „This Is Not Culturally Significant” – które błyskotliwie rozwiązują teatralne zagadki zaludniania sceny przy pomocy tylko jednego wykonawcy. Było kwestią czasu, aż ktoś zdecyduje się ubrać taką formę w ramy musicalu. I oto – proszę bardzo! – przy Newington Causeway objawiło się właśnie takie dzieło. Oficjalnie za scenariusz odpowiada Michael Conley, za muzykę Joseph Finlay, a za teksty piosenek Richy Hughes. W praktyce jednak ta trójka współpracuje ze sobą tak ściśle, że granice między ich dyscyplinami niemal się zacierają. Pod pewną ręką reżysera Adama Lensona (wspieranego przez Grace Taylor), ze scenografią Georgii de Grey, światłami Sama Waddingtona i dźwiękiem Andy’ego Hintona, powstało prawdopodobnie najlepsze jak dotąd rozwiązanie „nierozwiązywalnego” problemu jednoosobowego musicalu – 90-minutowa, nieprzerwana i trzymająca w napięciu jazda bez trzymanki. Można by nawet żartobliwie zasugerować, by panowie przygotowali kurs mistrzowski dla samego Steve’a… tak by pokazać mu, jak to się robi.

Michael Rouse w Superhero. Fot. Alex Brenner

Skąd wzięło się to zdumiewające odkrycie? Cóż, kilka lat temu Finlay i Hughes pewnie wygrali konkurs Stiles and Drewe New Song Competition jednym z niewielu utworów, które mieli wtedy gotowe: „Don’t Look Down”. Historia rozwiedzionego ojca walczącego o prawo do opieki nad dzieckiem, który wspina się na Big Bena w przebraniu superbohatera Marvela, by zaprotestować przeciwko niesprawiedliwemu traktowaniu ojców przez prawo, mocno poruszyła publiczność. Nagroda stała się bodźcem do działania i – dwa i pół roku później – po licznych pokazach przedpremierowych i warsztatach, a także po bezcennym dołączeniu do zespołu Conleya („The Sorrows of Satan”), świat może wreszcie podziwiać efekt końcowy.

Nie zamierzam zdradzać nic z fabuły, bo jest ona tak rozkosznie pomysłowa, że nie chcę odbierać nikomu ani sekundy przyjemności z odkrywania, jak niesamowicie przebiegła i dyskretna jest ich manipulacja zdarzeniami, czasem i miejscem akcji. Dość powiedzieć, że triumfalna reżyseria Lensona, prowadząca przez diabelnie skomplikowaną sieć wątków, w połączeniu z niemal perfekcyjnymi, blisko trzystoma zmianami świateł Waddingtona, to cud rzemiosła teatralnego i zasłużona nagroda za lata pracy twórców.

Michael Rouse w Superhero. Fot. Alex Brenner

Cały ciężar opowieści spoczywa na barkach bohatera wieczoru – Colina Bradleya. To postać pozornie mdła, przypominająca nieco bezbarwnego Lawrence'a z „Abigail’s Party”, pod wieloma względami niesympatyczna – te negatywne cechy są jednak sprytnie wpisane w jego osobowość, by zapewnić niezbędny w dramacie konflikt. Wcielający się w niego Michael Rouse gra z chirurgiczną precyzją i idealnym wyczuciem czasu, zabierając nas w niesamowitą podróż. Rouse musi sprostać każdemu wyzwaniu scenariusza – od przejmującego dramatu po żywiołowe numery musicalowe. Nie schodząc ze sceny, zmienia elementy kostiumów (również projektu de Grey), przestawia meble niczym cała ekipa techniczna i wciela się w szereg innych postaci. (Jeśli ktoś szuka taniego w eksploatacji spektaklu objazdowego – to jest to!). Ma głos bardziej „aktorski” niż czysto wokalny, a w jego tańcu jest pewna zwyczajność, co jednak potęguje siłę momentów, w których z wielką ekspresją niemal przelatuje przez scenę. Jego występ jest pełen niespodzianek, w tym genialnego wykorzystania rekwizytów w tej pozornie naturalistycznej oprawie.

Kluczową zaletą tego wydarzenia jest nienaganna struktura tekstu Conleya oraz klarowność, z jaką zespół go realizuje. Historia ma epicki rozmach i całą godność, jaką teatr może jej nadać. Arystoteles byłby ukontentowany. Bujna, rytmiczna i melodyjna muzyka wybrzmiewa dzięki świetnemu kierownictwu Joe Bunkera (klawisze), Molly Lopresti (perkusja – czekajcie tylko, aż usłyszycie rozpiętość tych aranżacji!) oraz basowi Stephena Streeta. Partytura Finlaya obejmuje szeroką paletę stylów, wybranych z wyczuciem i zaprezentowanych z dużą kulturą muzyczną. Choć w nakreśleniu tak „przeciętnego” bohatera może czasem pojawić się cień przewidywalności, jest to zabieg celowy, a Finlay z wielkim przekonaniem radzi sobie zarówno z formami arioso, jak i klasycznymi numerami.

Panie Sondheim, myślę, że ten spektakl by się panu spodobał. Aha, i zdaje się, że szukają też wydawcy.

W repertuarze do 22 lipca 2017

REZERWACJA BILETÓW NA SUPERHERO

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS