Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: A Chorus Line, Curve Leicester ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Gary Stringer

Share

Gary Stringer recenzuje nową produkcję „A Chorus Line” w reżyserii Nikolaia Fostera, wystawianą w Curve Leicester.

Obsada „A Chorus Line”. Fot. Marc Brenner A Chorus Line Curve Leicester

7 grudnia 2021

5 Gwiazdek

REZERWUJ BILETY

Dodając niesamowitego blasku sezonowi świątecznemu, Nikolai Foster serwuje nam wybuchową nową odsłonę ponadczasowego musicalu „A Chorus Line”. To duma teatru Curve, stanowiąca fundament ich tegorocznego zimowego repertuaru.

Obsada „A Chorus Line”. Fot. Marc Brenner

W dobie postpandemicznej, gdy teatry znów tętnią życiem po długiej przerwie, historia siedemnaściorga ambitnych tancerzy walczących o angaż w tytularnym chórku jest równie aktualna, co w dniu premiery na Broadwayu w 1975 roku. Twórca spektaklu, Michael Bennett, nowatorsko wykorzystał autentyczne zwierzenia tancerzy, by nadać autentyzmu produkcji, która doczekała się 6 137 wystawień, zdobywając dziewięć nominacji do nagród Tony oraz Nagrodę Pulitzera w dziedzinie dramatu w 1976 roku.

Bradley Delarosbel jako Gregory Gardner i obsada „A Chorus Line”. Fot. Marc Brenner

Te osobiste wyznania dodają musicalowi serca, mnóstwa humoru, ale i bolesnych emocji. Choć to spektakl zespołowy, każdy z wykonawców otrzymuje swoje pięć minut; Emily Barnett-Salter błyszczy jako cyniczna Sheila, Redmand Rance emanuje pewnością siebie jako Mike Costa, a debiutujący na profesjonalnej scenie Jamie O’Leary zachwyca jako naiwny Mark Anthony. Ledwie łapiąc oddech podczas utworu „Dance:Ten; Looks Three”, Chloe Saunders niemal kradnie show brawurową opowieścią o przemianie z brzydkiego kaczątka w sensację wspomaganą silikonem!

Obsada „A Chorus Line”. Fot. Marc Brenner

Siedemnastoosobowa grupa jest stopniowo redukowana przez reżysera, makiawelicznego Zach’a, granego z niezwykłą charyzmą przez Adama Coopera. Prócz krwi, potu i łez, Zach domaga się od kandydatów również ich sekretów. Być może robi to, by odwrócić uwagę od własnej przeszłości, którą dzieli z zepchniętą na boczny tor Dianą – w tej roli fenomenalna Lizzy-Rose Esin-Kelly, która z ogromną siłą przekazu pokazuje, jak wiele jest w stanie poświęcić dla pracy. Wspierany przez asystenta Larry’ego (Taylor Walker), Zach zamienia przesłuchanie w konfesjonał, wydobywając na światło dzienne historie o operacjach plastycznych, chorobach wenerycznych, lekcjach baletu i brutalnej rzeczywistości zawodu – wszystko to jednak z przyklejonym uśmiechem na twarzy. W przejmującym występie Ainsley Hall Ricketts jako Paul pozwala tej masce opaść, opowiadając o traumatycznych przeżyciach z przeszłości. Ta chwila, w której czas się zatrzymuje, odsłania ciemniejszą stronę show-biznesu, często ukrytą za kulisami.

Każdy centymetr ogromnej sceny Curve oraz scenografia Grace Smart zostają w pełni wykorzystane dzięki imponującej choreografii Ellen Kane, w której ruch idealnie współgra z jazzowymi rytmami. W dobie wszechobecnych talent-shows, gdzie widownia z pewnym voyeuryzmem śledzi drogę walczących o marzenia artystów, użycie nagrań wideo na żywo sprawia, że historie tancerzy stają się jeszcze bardziej intymne, a widz – ich wspólnikiem. Lustra sprytnie wkomponowane w scenografię odbijają zniekształcony obraz samej publiczności.

Obsada „A Chorus Line”. Fot. Marc Brenner

Zbliżając się do finału, po rozważaniach obsady nad ulotnością sławy i przemijaniem formy fizycznej, uwielbiany standard „What I Did For Love” staje się hymnem na cześć pasji i poświęcenia – hołdem dla ciężkiej pracy, która kryje się pod warstwą blichtru.

A sam finał? To prawdziwa „singular sensation”. Niesamowite oświetlenie Howarda Hudsona staje się niemal osobnym bohaterem spektaklu, wręcz oślepiając blaskiem podczas finałowego „One”. To potężne potwierdzenie miłości artystów i widzów do teatru, które rozprasza mrok po dwóch latach niepewności. Prawdziwy triumf.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS