Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: A Damsel In Distress, Chichester Festival Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Matt Wilman, Sally Ann Triplett i Matthew Hawksley. Foto: Johan Persson A Damsel In Distress

Chichester Festival Theatre

6 czerwca 2015

5 Gwiazdek

„Nowa” sceniczna wersja musicalu A Damsel In Distress (pierwotnie powieść, potem udana sztuka, następnie film niemy, a wreszcie popisowy numer Freda Astaire'a) stawia wprost pytanie o to, czego dzisiejsza publiczność oczekuje od tej formy. Jeśli odpowiedzią są porywające ballady, hymny wyśpiewywane w nocy z pełną mocą, brawurowe solówki, widowiskowe sceny zbiorowe czy spektakularne efekty specjalne, to najnowsza propozycja Chichester może rozczarować.

Jeśli jednak pragniecie musicalu z porządną historią, wyrazistymi postaciami, wpadającymi w ucho melodiami, śpiewem i choreografią na najwyższym poziomie, a jednocześnie akceptujecie piękno i subtelność jako główne ramy widowiska i nie oczekujecie, że któryś z utworów trafi niebawem do Britain's Got Talent, to Chichester jest miejscem stworzonym dla Was. I to jak najszybciej.

Właśnie trwają pokazy przedpremierowe A Damsel In Distress w reżyserii Roba Ashforda (libretto: Jeremy Sams i Robert Hudson; muzyka i słowa: George i Ira Gershwin). To doprawdy zachwycająca, cudownie staroświecka farsa muzyczna, która bawi do łez, jest autentycznie dowcipna i wzruszająca w sposób, w jaki potrafią być tylko zwariowane intrygi i genialne kreacje aktorskie.

To urocza opowieść o miłości ściganej, nieodwzajemnionej, utraconej, przypadkowej i wreszcie tej, która kwitnie w pełnej krasie. Akcja toczy się między dziwnie podobnymi światami: londyńskim Savoy Theatre, gdzie trwają próby do nowego musicalu, a dystyngowaną posiadłością Totleigh Towers w Gloucestershire. W obu miejscach panuje chaos i atmosfera intryg, gdy konkretne osoby – Perkins w Savoy i Lady Caroline Byng w Totleigh – próbują narzucić swoją wolę, by osiągnąć cel, który uznają za właściwy.

Perkins chce, aby jego genialny twórca, Amerykanin George Bevan, porzucił ambitne wizje na rzecz lekkiej zabawy na scenie. Lady Caroline pragnie zaś, by Maud Marshmoreton poślubiła jej syna Reggiego, zapewniając tym samym przyszłość majątku. Uciekając przed ciotką, Maud spotyka George'a. Ten pomaga jej przechytrzyć Lady Caroline i – jak można się spodziewać – kompletnie traci dla Maud głowę. Podąża za nią do Totleigh Towers, gdzie odkrywa, że Reggie wcale nie chce żenić się z Maud – jest on beznadziejnie zakochany w Alice, dziewczynie z niższej sfery. To, jak dwaj niedoszli Romeowie próbują zdobyć swoje wybranki, stanowi trzon fabuły i źródło ogromnej dawki humoru oraz romansu.

Jednak to nie jedyne wątki miłosne – zdradzenie szczegółów o pozostałych zepsuło by jednak tę sentymentalną, musującą jak szampan opowieść. Wystarczy powiedzieć, że miłość pojawia się tu we wszystkich kształtach, rozmiarach i grupach wiekowych; bywa słodko-gorzka, histeryczna lub po prostu piękna. Ale zawsze wciągająca.

Christopher Oram przygotował wspaniałą scenografię i kostiumy. Wieża rodem z bajki o Roszpunce robi ogromne wrażenie, a kostiumy udowadniają, dlaczego Oram w pełni zasłużył na nagrodę Tony za Wolf Hall. Nic nie zgrzyta w wyglądzie i atmosferze miejsc akcji, co jest wyczynem godnym podziwu, biorąc pod uwagę ogromną scenę Chichester Festival Theatre. Bez wątpienia produkcja ta czułaby się bardziej u siebie w tradycyjnym teatrze z rampą, ale i tutaj prezentuje się wyśmienicie.

Ashford reżyseruje i tworzy choreografię z jasnym celem i głębokim zrozumieniem czasu i miejsca akcji. Zderzenie kultury amerykańskiej z angielską zostało oddane ze sporym wyczuciem i wdziękiem. George jest na wskroś amerykański, a Reggie bardzo angielski – razem tworzą duet świetnych kumpli i spiskowców. To, co łatwo mogło stać się nużące i mdłe, tutaj jest rześkie, zawrotne i idealnie wyważone, budząc śmiech i powszechny zachwyt. Układy taneczne w Nice Work If You Can Get It, Stiff Upper Lip, I Can't Be Bothered Now, French Pastry Walk czy Fidgety Feet angażują bez wysiłku i dają mnóstwo radości. Wychodząc z sali, nie sposób nie mieć dobrego humoru.

Richard Fleeshman i Richard Dempsey w A Damsel In Distress. Foto: Johan Persson

Ashforda wspierają znakomite orkiestracje Davida Chase'a oraz wzorowe kierownictwo muzyczne Alana Williamsa. Śpiew w tym spektaklu jest cudowny. Twórczość braci Gershwin stawia wokalistom wysokie wymagania, a Williams dba, by każda nuta wybrzmiała czysto, a muzyczna lekkość i energia zostały w pełni uwolnione. Romantyczne utwory są przekazane perfekcyjnie, a duże numery zespołowe pulsują idealnymi harmoniami. To prawdziwa uczta dla uszu, w czym zasługa także 12-osobowej orkiestry pod batutą Williamsa.

Nawet jeśli nie znacie utworów Gershwinów, są one tak chwytliwe, jak można się spodziewać. Lista jest imponująca: Things Are Looking Up; The Jolly Milkmaid And The Tar; Nice Work If You Can Get It; Feeling I’m Falling; I’m A Poached Egg; Stiff Upper Lip; I Can’t Be Bothered Now; Love Walked In; French Pastry Walk; Soon; Fidgety Feet oraz A Foggy Day. Utwór Soon otrzymał rewelacyjną oprawę i jest prawdziwym wokalnym punktem kulminacyjnym wieczoru, choć zmysłowe otwarcie drugiego aktu, I Can’t Be Bothered Now, depcze mu po piętach. I choć A Foggy Day może nie być potężnym, głośnym „11 o’clock number”, jakiego niektórzy oczekują, jest wykonany po mistrzowsku i stanowi idealne zwieńczenie myśli i pieśni w odpowiednim momencie. Nie każda sztuka potrzebuje krzykliwego finału w stylu broadwayowskim – wystarczy spojrzeć choćby na My Fair Lady.

Obsada, niczym doskonały suflet, składa się z pierwszorzędnych wykonawców i staje na wysokości zadania w idealnym stylu. Co najważniejsze, wszyscy rozumieją zespołowy charakter spektaklu; każdy wnosi swój wkład we wspólną całość, płynąc w tym samym kierunku. Krzepiącym jest widzieć tak zaangażowaną współpracę i hojność sceniczną.

Richard Fleeshman udowadnia, że jest kimś więcej niż tylko amantem. Jego George jest pełen uroku, śpiewa z energią i w absolutnie właściwym stylu. Jest zabawny, uroczy i nawiązuje świetny kontakt z resztą obsady. Nie obnosi się ze swoją urodą, co również działa na jego korzyść. Jego interpretacja A Foggy Day trafia w punkt – to esencja romantyzmu.

Jako arystokratyczny fajtłapa, Reggie, Richard Dempsey jest niezręczny, śmieszny i kompletnie zwariowany – w końcu śpiewa I'm A Poached Egg – i wypada absolutnie bezbłędnie. Scena jaśnieje, gdy się na niej pojawia, a każda jego kwestia trafia precyzyjnie w cel. To jedna z najlepszych ról charakterystycznych w musicalu od dłuższego czasu. Słowo „perfekcyjny” nie jest tu przesadą.

Jego urocza i równie roztrzepana wybranka, Alice (w tej roli Melle Stewart), dotrzymuje Dempseyowi kroku na każdym kroku. To rola, którą łatwo można by przerysować lub zmarnować, ale Stewart nadaje Alice idealną dawkę niezdarności, powagi i wdzięku. Śpiewa fantastycznie, a jej popis w Nice Work If You Can Get It jest wybitny.

Wątpię, by ktokolwiek potrafił oddać gorsetową wyniosłość i oburzenie tak jak Isla Blair – jej Lady Caroline jest wspaniała w swojej furii i determinacji. Jest genialna w swojej wyniosłej pewności siebie. Dzięki temu Nicholas Farrell może w pełni oddać postać życiowo poturbowanego brata, Lorda Marshmoretona. Lord Farrella, doglądający swoich róż i hodowli świń, jest tylko cieniem Lady Caroline – co dla publiczności oznacza jeszcze lepszą zabawę.

Obserwowanie, jak Farrell rozkwita i nabiera animuszu po spotkaniach z George'em (Fleeshman) i swoją ulubioną aktorką Billie, biorąc życie garściami, jest zniewalające. Za każdym razem, gdy mówi „Do licha, Caroline!”, chce się, by dodał do tego jeszcze więcej energii. Zarówno Blair, jak i Farrell to przede wszystkim świetni aktorzy, ale obaj wiedzą wystarczająco dużo o interpretacji piosenki, by brak operowego głosu nie był przeszkodą. W zestawieniu z resztą rozśpiewanej obsady, ta ich cecha pomaga ich wyróżnić jako przedstawicieli przemijającej epoki. Oboje spisują się znakomicie.

David Roberts wykonuje świetną robotę w podwójnej roli – gburowatego reżysera oraz skrupulatnego francuskiego szefa kuchni o sercu tak wielkim jak jego książka kucharska. Roberts potrafi świetnie operować głosem. Obie jego postacie są trafione w punkt, przy czym kucharz Pierre to nieskrywany triumf. Chloë Hart daje z siebie wszystko jako Dorcas, pomocnica kuchenna; jest energiczna, błyskotliwa i ma przepiękny głos.

Desmond Barrit jest wyjątkowo dobry jako lokaj starej daty; Sam Harrison niemal kradnie show jako Bungo Strathbungo (jedna kwestia wywołuje salwy śmiechu); Matt Wilman w każdym calu przypomina „postawnego irlandzkiego ogrodnika”, a Laura Tyrer i Lucie-Mae Sumner są radosne i urocze jako Zoë i Annabelle. Czterej panowie w nienagannych smokingach, którzy tańczą wokół Billie na początku drugiego aktu, są po prostu genialni.

Prawdę mówiąc, w tym zespole nie ma słabych ogniw. To tak utalentowana i pracowita grupa, o jakiej można tylko marzyć.

Jako Billie, Sally Ann Triplett jest w rewelacyjnej formie. Jej głos jest w doskonałej kondycji, a ona trafia w każdą nutę z precyzją i pasją. Otwiera oba akty w sposób pomysłowy i kuszący. To dzięki niej Soon brzmi tak wspaniale, a jej sceny z Farrellem emanują prostotą i szczerym uczuciem. Relację z George'em prowadzi również bezbłędnie – nigdy nie ma wątpliwości co do jej intencji. To kolejna kreacja światowej klasy.

Summer Strallen gra Maud, być może najtrudniejszą rolę w całym spektaklu. To właśnie ona jest tytułową „damą w opałach”, która pragnie uniknąć wymuszonego małżeństwa z Reggiem – nie dlatego, że go nie lubi, ale po prostu go nie kocha. Za karę zostaje zamknięta w wieży i przez większość czasu jest manipulowana przez innych. Jednak, jak to w musicalu Gershwina, ostatecznie triumfuje, zdobywa właściwego chłopaka, a ten niewłaściwy spotyka zasłużony los.

Strallen radzi sobie z zadaniem, wykazując się kunsztem w śpiewie i tańcu. Jej gra aktorska jest poprawna, choć zaskakuje pewien brak ciepła w tej kreacji. Jej Maud jest dość chłodna. To dziwi o tyle, że George ma się w niej zakochać od pierwszego wejrzenia, a ona sama ma być córką swojego ojca, a nie kopią ciotki. Przy większej dozie serdeczności Maud w wykonaniu Strallen stałaby się właściwym słońcem, wokół którego mogłyby krążyć wszystkie inne ciała niebieskie zebrane przez Ashforda.

Sams i Hudson wykonali kawał dobrej roboty, adaptując to dzieło na scenę i twórczo przekształcając wątki z oryginału Wodehouse'a. Dialogi są błyskotliwe, a ton lekki i sprężysty od początku do końca. Może nieco zbyt duży nacisk położono na artystyczne rozterki George'a, co nie zawsze jest w pełni uzasadnione, ale nie przeszkadza to w czerpaniu radości z tej karuzeli zabawy, którą stworzył ten duet.

A Damsel In Distress to świetny „nowy” musical. Doskonale oddaje ducha innej epoki i innego stylu widowiska musicalowego. To nie są Nędznicy ani Wicked, i w tym tkwi jego siła. Jest tym, czym jest – a jest piękny, lekki, pełen uroku i słodyczy. Prawdziwy rarytas.

Jeśli na świecie istnieje sprawiedliwość, spektakl trafi na West End. Jest tak dobry jak Crazy For You czy Deszczowa piosenka, lepszy niż Top Hat i znacznie lepszy niż High Society.

I... to wyjątkowo korzystna oferta. Bilety w Chichester kosztują około jednej trzeciej tego, co dobre miejsce na Elephant Man! Do licha – idźcie to zobaczyć!

A Damsel In Distress w Chichester Festival Theatre tylko do 27 czerwca

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS