Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: A Day In The Death Of Joe Egg, Trafalgar Studios ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje „A Day In The Death Of Joe Egg” Petera Nicholsa w Trafalgar Studios w Londynie z Tobym Stephensem i Claire Skinner w rolach głównych

Claire Skinner, Storme Toolis, Clarence Smith, Lucy Eaton, Toby Stephens. Fot: Marc Brenner A Day In The Death Of Joe Egg Trafalgar Studios,

2 października 2019

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Peter Nichols (zmarły zaledwie kilka tygodni temu w wieku 92 lat) posiadał kompletną wiedzę na temat konstrukcji dramatu, tempa i dialogów, które brzmią lekko, naturalnie i doskonale niosą się ze sceny. Ta sztuka z 1967 roku jest idealnym przykładem na to, jak umiejętnie operować surową materią teatralną, by przekuć ją w błyskotliwą, płynną rozmowę i pełną życia akcję. Reżyser Simon Evans o tym wie i bawi się tą realizacją znacznie lepiej niż niedawnym, nieco ociężałym „The Best Man”. To doświadczenie o wiele ostrzejsze, weselsze i bardziej pełne werwy, co sytuuje go w roli potencjalnego specjalisty od dramaturgii tego okresu.

Lucy Eaton. Fot: Marc Brenner

9">I to czuć ten okres. Scenografia i kostiumy Petera McKintosha przypominają ilustracje z magazynu „Ideal Home”, delikatnie przełamane elementami pop-artu na ścianach, ale meble i detale są tu trafione w punkt i nieskazitelne. To świat aspirującej klasy średniej, sfery zarządzania i administracji „na swoim”, serwowany z taką samą dbałością o szczegóły, jak barwne ryciny galaretek w „Good Housekeeping”. Jednak gdy Toby Stephens – jako Bri, alter ego autora w tej silnie autobiograficznej opowieści – rozpoczyna spektakl od komediowego monologu udręczonego nauczyciela krzyczącego na rozbrykaną klasę, zaczynamy dostrzegać rozdźwięk między scenicznym eksperymentem tekstu a nużąco dosłowną inscenizacją McKintosha. W miarę jak akcja się rozwija, a każda postać po kolei – przy błysku świateł Premy Mehty i uderzeniu dźwięku Edwarda Lewisa – wypada z roli i zwraca się przez czwartą ścianę bezpośrednio do widzów, narasta w nas niepokój wywołany opresyjną „normalnością” tej ładnej, pudełkowej scenografii (mimo że potrafi się ona czasem obrócić czy przesunąć).


Storme Toolis. Fot: Marc Brenner

To od zawsze był problem wielu brytyjskich teatrów: świetne pióro, ale beznadziejnie przewidywalna i nudna oprawa wizualna. I tak Stephens sypie żartami i psotami, tkwiąc wciąż w szatach minionej epoki. Claire Skinner jako jego żona, Sheila, jest skazana na bycie „tą rozsądną” przy jego niekończących się popisach, ale czyni z tego atut dzięki opanowaniu i prostocie serca. Clarence Smith w roli gościa, Freddiego, wywołuje największy śmiech na sali swoją kwestią – która, jak niemal wszystko tutaj, wypływa wprost z udręczonej psychiki Nicholsa: „Czy mówię za głośno? Zawsze podnoszę głos, kiedy komuś pomagam”. To genialne zdanie, ale jego efekt zostaje stłamszony przez nieznośny, mieszczański urok salonu, w którym musi wybrzmieć. Doprawdy, brytyjska scena zna lepsze projekty – dlaczego nie zabrakło ich tutaj?

Toby Stephens i Patricia Hodge. Fot: Marc Brenner

Lucy Eaton jako Pam musi zmagać się z nienaganną fryzurą (chyba peruką) od Carole Hancock, olśniewającym żółtym płaszczem i elegancką sukienką w paski oraz kozakami w kolorze opalonej skóry. Wygląda fantastycznie, ale dlaczego wszystko wokół niej musi wyglądać równie wspaniale? Ta wystawna nijakość jest duszna i osłabiająca, pozbawia język ostrości. Lepiej radzi sobie Patricia Hodge, wytrawna aktorka farsowa, która w drugim akcie daje popis swoich umiejętności – być może dlatego, że bywa na scenie najrzadziej, wydaje się mniej przytłoczona oprawą. Z całej obsady jedynie Storme Toolis radykalnie wyłamuje się z tej przytulnej wygody. Jako aktorka z niepełnosprawnością wciela się w postać córki Bri i Sheili, która zmaga się ze złożonym stanem medycznym, nazwanym wprost tylko raz. Jej sposób gry jest tak odważnie inny, że staje się obecnością hipnotyzującą: operuje bezruchem, ciszą, postawą ciała i gestem w sposób, który – sądząc po tej inscenizacji – jest całkowicie obcy i nieosiągalny dla reszty zespołu.

Fot: Marc Brenner

Podejrzewam, że to błędne wrażenie. To bardzo dobrzy aktorzy i jestem pewien, że gdyby dano im szansę, mogliby pokazać znacznie więcej, niż wymaga od nich reżyser. Ale jak często brytyjscy reżyserzy naprawdę proszą aktorów o przekroczenie granic i zaskoczenie widza? A jak często po prostu zapraszają ich do zaserwowania czegoś bezpiecznego, ciepłego i kojąco znajomego? Czy ktoś jeszcze pamięta Artauda? Czy ktokolwiek go jeszcze czyta? Czy są tu tacy, którzy wciąż wierzą, że teatr powinien być ekscytujący, drapieżny i ryzykowny? Owszem, są tacy reżyserzy i widywałem ich prace na tej samej scenie, ale niestety nie tym razem. Jako ćwiczenie techniczne prezentujące mistrzostwo formy Nicholsa, spektakl ten broni się nieźle. Jednak jako dramat, który ma przemawiać z serca do serca, wymaga moim zdaniem nieco więcej otwartości i szczerości.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS