Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Agnes Colander w Jermyn Street Theatre ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje sztukę Harveya Granville'a Barkera pt. Agnes Colander w reżyserii Trevora Nunna, wystawianą w Jermyn Street Theatre.

Agnes Colander

Jermyn Street Theatre

27 lutego 2019 r.

1 gwiazdka

Zarezerwuj bilety

Czego można się spodziewać po feministycznej sztuce, której tytułowa bohaterka nosi imię od... kuchennego durszlaka? Czy takie imię budzi u widza zaufanie?

Po gościnnych występach w Ustinov Studio w Bath, na deski kameralnego londyńskiego teatru trafia nigdy wcześniej niewystawiane, wczesne dzieło Harveya Granville'a Barkera – dramaturga z przełomu wieków, którego utwory rzadko goszczą na afiszu. Opatrzona podtytułem „Próba życia”, ta wyraźnie niedoszlifowana, wprawkowa praca mogłaby równie dobrze nazywać się „Próbą sztuki”. Bo tym właśnie jest. Postacie wchodzą na scenę i wygłaszają do siebie kwestie, które niemal nigdy nie brzmią jak to, co naprawdę chciałyby powiedzieć – a już na pewno nie to, co chciałaby usłyszeć publiczność. Pod koniec pierwszego aktu bohaterka wbija małą szpilę jednemu z dwóch adoratorów (podczas gdy sama wzdycha do trzeciego, którego nigdy nie poznamy), pytając: „Czy jest pan żonaty?”. Zalotnik błyskotliwie ripostuje (poirytowany jej cudzołożnym romansem z malarzem-maczo): „A pani?”. Ta krótka wymiana zdań trwa zaledwie chwilę, ale dobitnie pokazuje, czego brakuje w reszcie skryptu: naturalnego dialogu wypływającego z konkretnej sytuacji i charakteru postaci.

W innych miejscach, przez całe strony tych bredni, mamy do czynienia z jałowym pozowaniem. Tę słabość tekstu potęguje posłuszna, naturalistyczna inscenizacja Trevora Nunna – zabieg ten jedynie jaskrawo uwypukla niedojrzałość dzieła i jego fundamentalny brak życia. Do antraktu część widzów jest już gotowa do wyjścia i faktycznie to robi. Wielka szkoda, bo to właśnie w drugiej połowie, w finałowej scenie, Granville Barker niespodziewanie i wspaniale odnajduje swój rytm, tworząc autentycznie absorbujący teatr, który stał się znakiem rozpoznawczym jego późniejszych, tak cenionych dzieł, jak „Dziedzictwo Voyseyów”. To jednak tylko jedno mgnienie zapowiadające przyszły talent (napisał to w wieku 23 lat, odłożył do szuflady i mądrze nigdy nie próbował wystawić).

Poza tym czeka nas bolesne widowisko, w którym ogromny talent marnuje się na mierny efekt. Dramaturg Richard Nelson podjął się „poprawienia” tekstu na potrzeby produkcji i Bóg jeden wie, co o tym myślał; raczej nie była to przyjemna praca. Nam z pewnością nie sprawia jej zbyt wiele. Największym problemem jest fakt, że mąż bohaterki, o którym mówi się bez przerwy, nigdy nie pojawia się na scenie. Widz wciąż czeka, aż wejdzie i potwierdzi, skomplikuje lub zdementuje to, co o nim słyszymy, ale ten moment nigdy nie nadchodzi – to jedno z wielu rozczarowań płynących ze scenariusza. Naomi Frederick w roli tytułowej wydaje się wręcz zażenowana pustymi frazami, które musi wygłaszać, i rzadko kiedy przekonuje jako malarka. Jako jej radykalny „skok w bok”, Duńczyk Otto Kjoge (pamiętajmy, że Dania leży na trasie do krainy Ibsena), Matthew Flynn ma niemal niemożliwe zadanie: musi uwiarygodnić psychologiczne przemiany, które są tłumione przez statyczny dyskurs z jednej strony i gwałtowny brak przygotowania z drugiej. Robi, co może, i współczujemy mu – choć z niewłaściwych powodów. Harry Lister-Smith jako Alexander Flint, naiwniak zafascynowany naszą „Aggie” (tak jest nazywana w sztuce), rzadko krzesze iskry ze swoich mdłych kwestii (z jednym wyjątkiem!). Jedynie Sally Scott ma okazję pokazać coś więcej w roli Emmeline Marjoribanks. Jej postać jest znacznie ciekawiej i oszczędniej nakreślona, a skojarzenie imienia z Emmeline Pankhurst, liderką sufrażystek, z pewnością nie jest przypadkowe. Scena pożegnania z Agnes to jedyny jasny punkt, zapowiadający prawdziwy kunszt autora.

Jednak przez większość czasu te zalety są niewidoczne. Cindy-Jane Armbruster, grająca służące Marthę i Suzon, spędza czas głównie na wnoszeniu i wynoszeniu posiłków – to toporny zabieg, który odbiera impet jej finałowej przemianie. W towarzystwie tych ciężko pracujących profesjonalistów brniemy przez tę pozbawioną akcji opowieść, pocieszając się jedynie myślą, że dobrze im płacą i dają się zauważyć. Poza tym pociech niewiele. W produkcję zaangażowano wielu uznanych twórców, ale przy uporze reżysera przy dosłownym podejściu, niewiele mogli zdziałać. Scenografia Richarda Jonesa jest rzetelna, ale nie nadaje sensu tekstowi, któremu go brakuje. To samo tyczy się światła Paula Pyanta – jest dekoracyjne i nic ponadto. Fergus O’Hare dźwiękiem (mnóstwo muzyki kameralnej) stara się upiększyć narrację, co tylko sprawia, że całość staje się jeszcze cięższa. Ogólne wrażenie jest takie, że niegdyś wielki reżyser pokazał tym razem słabnącą inwencję. Ludzie pójdą, bo są fanami Trevora Nunna, ale to propozycja wyłącznie dla zagorzałych entuzjastów i kolekcjonerów rzadkości. Do 16 marca 2019 w Jermyn Street Theatre. Zdjęcia: Robert Workman

ZAREZERWUJ BILETY NA AGNES COLANDER

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS