WIADOMOŚCI
RECENZJA: All-Male Pirates of Penzance, Richmond Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Pirates of Penzance w męskim wydaniu Sashy Regan
Richmond Theatre
16 kwietnia 2015
3 gwiazdki
W dzisiejszych czasach mało kto się dziwi – a przynajmniej nie głośno – na widok w pełni męskiej lub żeńskiej obsady w sztukach Szekspira. I słusznie. Casting „ślepy na płeć” sprawdza się doskonale, o ile nie przeszkadza tekstowi, a najlepiej, gdy go wzbogaca lub daje pole do nowej reżyserskiej wizji. W przeciwnym razie to tylko tani chwyt. Choć Sondheim uczy nas w „Gypsy”, że „trzeba mieć bajer, by zebrać brawa”, odnosił się on do specyficznej sztuki burleski, a nie do teatru czy musicalu w ogóle.
Sasha Regan doskonale to rozumie, co widać w jej serii wznowień dzieł Gilberta i Sullivana w całkowicie męskiej obsadzie. Do tej pory zrealizowała „The Pirates Of Penzance”, „HMS Pinafore”, „Iolanthe” oraz „Patience”. Jej wizja jest prosta, ale skuteczna: obsadzić atrakcyjnych młodych mężczyzn z talentem wokalnym i aktorskim, pozwalając, by z tego łagodnego humoru i biesiadnej serdeczności wyłonił się zupełnie nowy wymiar.
Co istotne, Regan nigdy nie wykorzystuje męskiej obsady do wygłaszania manifestów politycznych, zmiany fundamentalnej satyry utworu czy celowania w konkretny, queerowy elektorat. Przeciwnie – zawsze dba o to, by jej produkcje przedstawiały mężczyzn wcielających się w role kobiece w sposób naturalny, a nie jako numery drag queen czy występy subkulturowe.
Kluczem jest autentyczność: aktorzy grają bohaterki tak szczerze, jak to tylko możliwe w konwencji spektaklu, uwalniając dzięki temu nowe synergie. Tak jak publiczność pękała ze śmiechu na widok Marka Rylance'a jako Olivii w „Wieczorze Trzech Króli” – nie dlatego, że był mężczyzną w sukni, ale dlatego, że stworzył nową paletę barw – tak i u Regan widzowie ryczą ze śmiechu, gdy panowie wnoszą świeżą perspektywę do kultowych postaci i sytuacji stworzonych przez Gilberta i Sullivana.
W niektórych późniejszych produkcjach, zwłaszcza w „Iolanthe”, Regan próbowała uzasadnić, dlaczego kobiety grają mężczyźni. Wydawało się to zupełnie niepotrzebne. Koncepcja albo się broni, albo nie. Tłumaczenie się z wizji artystycznej odebrałem jako zbędny brak pewności siebie.
Oryginalna produkcja z tej serii, „The Pirates Of Penzance”, powraca właśnie na trasę po Wielkiej Brytanii i miała wczoraj premierę w Richmond. To spektakl, który odniósł największy sukces, włącznie z trasą po Australii, a obecne wznowienie jasno pokazuje, skąd wzięła się ta popularność.
Wraz z choreografką Lizzie Gee, Regan wypracowała specyficzny styl fizyczny i estetykę, które nadają całości świetną formę. Zespół potężnych, wysportowanych i przystojnych mężczyzn pojawia się najpierw jako energiczni piraci, chwalący się imponującą rzeźbą ciała. Wyglądają na gotowych na wszystko – czy to na brutalną bójkę, czy na romans z chętną panną.
Gdy Frederic zostaje sam i dostrzega dokazujące córki generała Stanleya, zespół powraca jako tętniące życiem wiktoriańskie damy – sztywne, dystyngowane, a przy tym urocze i gotowe na ekscentryczną zabawę. Ci sami chłopcy, a zupełnie inne postacie.
W końcu, w drugim akcie, zespół powraca w trzecim wcieleniu: jako komicznie niezdarni kornwalijscy policjanci rodem z Monty Pythona, z trzęsącymi się minami i absurdalnymi wąsami (na patykach!). Ich kanciasta, zabawna choreografia do „When The Foeman Bears His Steel” jest absolutnie genialna.
Gdy w finale wszystkie trzy grupy spotykają się z głównymi bohaterami, widać, jak tytaniczną pracę wykonał zespół. Żadne dzieło Gilberta i Sullivana nie przetrwa bez świetnego chóru i to właśnie udało się tutaj osiągnąć. Na szczególne wyróżnienie zasługują Joel Elferink (jego matronowate uderzenie histerycznej Kate granej przez Dale’a Page’a było przekomiczne), Matt Jolly oraz William Whelton.
Kostiumy Robyn Wilson są genialne w swojej prostocie. Wybór bieli i kremu jako dominujących kolorów tworzy efekt sepii, na tle którego wyraziste charaktery stają się jeszcze jaśniejsze. Wstążki na szyjach młodych panien to strzał w dziesiątkę. Minimalistyczna scenografia również imponuje, podkreślając, że sercem spektaklu jest wyobraźnia.
Największym wyzywaniem przy obsadzeniu samych panów w operetkach Sullivana jest ryzyko utraty żeńskich partii wokalnych. Sullivan pisał wspaniałe, swobodne melodie dla sopranów oraz złożone harmonie. Kierownik muzyczny, David Griffiths, zadbał jednak o wysoką jakość – zarówno poprzez bezbłędny akompaniament fortepianowy, jak i doskonałe ucho do łączenia męskich głosów w różnych rejestrach.
Co ciekawe, najbardziej odczuwalny jest brak partii tenorowych. Jak na spektakl pełen mężczyzn, w skomplikowanych harmoniach braki są najbardziej widoczne właśnie w tych wysokich, męskich tonach. Głosy sopranowe, altowe i basowe brzmią świetnie, ale tenor gdzieś ucieka.
Alun Richardson jako Mabel jest w znakomitej formie wokalnej. Owszem, czasem ratuje się niższym dźwiękiem, ale ogólnie świetnie oddaje brawurę roli, dodając jej ciepła i ekspresji. „Poor Wandering One” brzmi w jego wykonaniu żywiołowo, lepiej niż w wielu tradycyjnych produkcjach. Jego partia w „Stay Frederic Stay” jest wyśmienita.
Richard Edwards to nienaganna Hebe. Śpiewa pewnie, z mezzosopranowym ciepłem; momentami trudno uwierzyć, że to mężczyzna – tak całkowicie zanurzył się w świat gorsetów, koronek i długich rzęs. Edwards przez cały wieczór nie popełnił ani jednego błędu.
Warto też pochwalić Chrisa Theo-Cooka (Isabelle – o ile pamiętam, u Gilberta była to Isabel, ale francuski akcent był zabawny) oraz Bena Irisha (Edith). Jednak to Dale Page jako Kate stworzył postać absolutnie oryginalną i tryskającą energią. Wiele serca włożono w oddanie siostrzanej więzi między córkami Stanleya, co ogląda się z wielką przyjemnością.
W wersji męskiej postać Ruth nieco traci na znaczeniu, ale Alex Weatherhill jest przekonujący jako nieco ograniczona starsza kobieta. Pozwala sobie na bycie celem żartów i wykazuje się dużym dystansem. Wokalnie radzi sobie przyzwoicie, choć momentami partia wydaje się dla niego za niska.
Neil Moors jako Król Piratów jest odpowiednio nonszalancki i dziarski, z nutką grozy w tle. Jego współpraca z Michaelem Burgenem (Samuel) wypadła bardzo dobrze. Obaj poradzili sobie wokalnie, choć mogliby popracować nad lepszym podparciem w niskich rejestrach.
James Waud jako sierżant policji przypominający Jasia Fasolę był prawdziwą perełką. Z wielkimi oczami i niezdarnym krokiem, świetnie wykonał oba swoje numery, wprowadzając do drugiego aktu potężną dawkę humoru.
Debiut w roli Frederica to wyzwanie dla odważnych – wymaga czystych, wysokich dźwięków i pięknego legato. Do tego Sullivan stworzył postać dość „ciapowatą”, więc trudno ją ożywić. Samuel Nunn bardzo się stara, ale jego głos nie do końca radzi sobie z ogromnymi wymaganiami partytury. Nie śpiewa źle, ale słychać pewien dyskomfort, który razi zwłaszcza na tle swobodnego Richardsona. Ogranie się z materiałem na pewno pomoże Nunnowi, bo ma on odpowiednie warunki głosowe.
Największym rozczarowaniem wieczoru okazał się jednak generał Stanley. To postać z jedną z najtrudniejszych piosenek „patter” w historii, ale Miles Western wykonał ją w tak ślamazarnym tempie, że straciła cały impet. Generał powinien być wulkanem energii, zaskoczeniem dla piratów. Western co prawda odróżnia się od reszty, ale raczej gasi atmosferę, zamiast ją podkręcać. Szkoda, zwłaszcza na tle tak świeżej reszty obsady.
Mimo to pomysłowość i wysoki poziom wykonania sprawiają, że trudno nie czerpać z tego spektaklu przyjemności. Wizję Sashy Regan po prostu warto zobaczyć.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności