Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Andrea McArdle w cyklu The Seth Concert Series ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje występ Andrei McArdle i Setha Rudetsky’ego w ramach cyklu Seth Concert Series.

The Seth Concert Series: Andrea McArdle i Seth Rudetsky

Online, niedziela 2 maja, powtórka w poniedziałek 3 maja

3 Gwiazdki

Strona internetowa Seth Concert Series

Co się stało z tą małą sierotką w mało wiarygodnej rudej trwałej? Trudno o życiorys bardziej wpisujący się w główny nurt show-biznesu niż ten Andrei McArdle, a wieczór zapowiadał się jako przegląd standardowego repertuaru ostatnich pięciu dekad. Wyciągnięta wprost z ansamblu podczas przedpremierowych pokazów „Annie” w Connecticut w 1977 roku, to ona jako pierwsza wykreowała tytułową postać. Reszta, jak mówią, jest historią. I to zdecydowanie jej własną historią.

Od tamtej pory wcielała się w wiele znakomitych ról. Ten kabaretowy talk-show otworzyła z rozmachem w stylu Judy Garland, serwując energiczne „Zing Went The Strings Of My Heart” (James F. Hanley) i przypominając nam o innym swoim triumfie – filmie telewizyjnym „Garland” z 1978 roku. McArdle świetnie radzi sobie z konferansjerką, co jest bez wątpienia efektem lat spędzonych na szlifowaniu warsztatu w klubach kabaretowych, kasynach i na statkach wycieczkowych. Następnie usłyszeliśmy „Rainy Days And Mondays” (Roger Nicholls i Paul Williams), co pozwoliło jeszcze lepiej wybrzmieć wciąż młodzieńczej barwie jej głosu, z tą charakterystyczną, lekko nosową, ale niezwykle urzekającą manierą w górnych i środkowych rejestrach.

W tym momencie transmisja wideo padła! Jednak po chwili delikatnej perswazji udało się ją przywrócić do życia. Powróciliśmy do anegdot: o tym, jak prawie zagrała w „Gypsy” u boku Angeli Lansbury, ale tata się nie zgodził; o tym, jak premiera „Annie” trwała cztery i pół godziny, bo przerwał ją huragan; i tak dalej. Wszystko podane z chłodnym, profesjonalnym dystansem. Płynnie przeszliśmy przez mniej znany fragment „They’re Playing Our Song” (Carole Bayer Sager/Marvin Hamlisch) aż po uderzenie „Being Alive” z musicalu „Company” (Sondheim) – był to moment, w którym artystka na chwilę zanurzyła stopę w czymś ożywczo innym, by zaraz potem się wycofać.

Stamtąd ruszyliśmy prosto ku nieuchronnemu „Les Misérables” (Schönberg/Boublil) i sentymentalnemu „I Dreamed A Dream” Fantine. Tutaj zaczęła wychodzić na jaw monotonność jej stylu: fraza pozostaje niemal niezmienna, bliska mowie, z niewielką ilością światłocienia, a zdania są raczej deklamowane niż w pełni wyśpiewane. Seth musiał ją gonić przy niektórych długich nutach, niemal galopując z akompaniamentem, by zdążyć, zanim Andrei zabraknie tchu. Miło z jego strony. Jeśli jesteście w stanie przymknąć oko na takie kompromisy, to właściwie nie ma to znaczenia – w końcu słuchacie wielkiej Andrei McArdle.

Dla fanów ma to bez wątpienia swój kojący urok, ale unosi się nad tym również duch Normy Desmond – jakby przywracano do życia coś, co być może lepiej byłoby zostawić w spokojnym odosobnieniu zapomnianej willi na wzgórzach. Weźmy chociażby wiązankę z „Rainbow”: „Trolley Song” Burtona Lane’a i Yipa Harburga ze „Spotkamy się w St. Louis” (spektaklu, w którym również występowała) oraz „Over The Rainbow” tych samych autorów. Wszystko to brzmiało jak popisy nad wiek rozwiniętej sierotki z niepokojącym talentem do uwodzenia milionerów w średnim wieku. Kojarzycie te słowa z „Hooray for Hollywood”: „...jeśli tylko spodoba się zmęczonemu biznesmenowi”. Cóż, jeśli o to właśnie chodzi w show-biznesie, to jest to stąpanie po coraz cieńszej linii.

Być może nie śledzi ostatnich doniesień, w których raz po raz wybuchają skandale i padają korne przeprosiny za dawne zachowania... Może nie zdaje sobie sprawy, że świat się zmienił? W jej nieustannym potoku anegdotek próżno szukać nawiązań do tego, co tu i teraz.

Wciąż słuchamy za to historii o wychodzeniu na scenę ze złamaniami, podbitymi oczami i innymi udrękami ciała – tak to drzewiej bywało. Ale opowieść o skrapianiu łóżek sierot w „Annie” azotynem amylu (poppersami) to już doprawdy niezbyt właściwe zachowanie, prawda? „Maybe” (Charles Strouse/Martin Chanin) z ich największego hitu wciąż potrafi zaśpiewać z tą samą zadziornością, co dawniej, choć człowiek zastanawia się, jak udało jej się zachować zęby przez te wszystkie lata, przegryzając się przez takie ilości lukru.

I kiczu. Mnóstwa kiczu. „New York, New York” (Kander/Ebb) również pochodzi z 1977 roku – jej annus mirabilis – i śpiewała go jako „Liza” w scenicznym show o tym samym tytule, przechodząc płynnie w „N.Y.C.”, czyli prosto tam, gdzie zaczynała w „Annie”. Błędne koło? W tym momencie widz ma już ochotę krzyczeć o coś choć odrobinę bardziej współczesnego lub po prostu – cóż – innego.

Nic z tego. Nie tutaj. To po prostu kolejna porcja głównego nurtu z tej samej minionej epoki. „Mack and Mabel” to świetny spektakl, a „Wherever He Ain’t” (Jerry Herman) to jedna z jego genialnych piosenek, która pasuje do jej dzisiejszego głosu lepiej niż cokolwiek innego w tym programie. Jednak w tej formule nie działa tak dobrze jak w musicalu. Potem usłyszeliśmy więcej Hermana w „Before The Parade Passes By”, zaśpiewane z tą samą manierą grzecznej sierotki Annie, która przetrwała wszystkie te lata na Broadwayu, trasach koncertowych, a nawet na West Endzie. Aż wreszcie, niczym Davy Jones w „Piratach z Karaibów”, wypłynął największy szlagier Annie, „Tomorrow”, by po raz kolejny upomnieć się o jej duszę.

Zatem, co się stało z małą sierotką Annie? Już wiemy.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS