Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Ballyturk, National Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ballyturk Lyttleton Theatre 20 września 2014 4 Gwiazdki

W swoim znakomitym eseju „Pożądanie i tajemnica”, Colm Tóibín tak pisze o twórczości Endy Walsha:

„Jego obrazy są nieprzewidywalne, dziwne. Żadna z jego postaci nie jest pewna tego, co zaraz powie. Przedmioty, podobnie jak słowa, pełnią tu funkcję nieregularną, gwałtowną. Są chwile, w których wydaje się, że wszystko stoi otworem, ale potem okazuje się, że te momenty powstały tylko po to, by zostać zdławionymi. Możliwości są ograniczane i niszczone, tak by mowa, działanie, myśl i ruch na scenie stawały się przerażające i daremne, by były powtarzane w kółko jako część scenariusza, labiryntu zdarzeń bez wyjścia, z zablokowanym lub niemal zapomnianym wejściem... Jego bohaterowie żyją w opowieści własnej produkcji, której nie da się cofnąć... Snucie historii ich okaleczyło. Czekają więc, jak w Ballyturk, aż ktoś z zewnątrz przyjdzie i ich obudzi, a przynajmniej szturchnie i wytrąci z równowagi, gdy błąkają się we śnie na jawie... język w jego uniwersum jest często gotowy, by się wznieść, by ruszyć ku jakiemuś dźwięcznemu, niemal religijnemu stanowi, a kadencje nie wstydzą się własnego piękna”.

Premierowa produkcja Ballyturk w reżyserii samego Endy Walsha, wystawiana obecnie w Lyttelton Theatre, w prosty i absolutnie wciągający sposób udowadnia, dlaczego National Theatre jest tak istotną instytucją. (Esej Tóibína można znaleźć w programie wieczoru).

Ballyturk to sztuka niezwykła, komiczna potworność, która daje pole do popisu trójce aktorów, ale która dla widza może oznaczać wszystko lub nic. To doświadczenie wybitnie teatralne i oryginalne, a zarazem tak nieuchwytne, jak angażujące. Jeśli ktoś powie Wam, że wie, o czym jest ta sztuka, możecie być pewni, że nie ma o tym zielonego pojęcia.

Akcja toczy się w jednym pomieszczeniu. Początkowo wydaje się, że nie ma ono drzwi, ale okazuje się, że są dwa, sprytnie ukryte. W pokoju mieszka dwóch bezimiennych mężczyzn, 1 i 2. Prowadzą niedorzeczne życie inspirowane starymi numerami wodewilowymi; momentami wyglądają, jakby odgrywali nieme filmy. Innym razem biegają i skaczą maniakalnie po scenie, szukając schronienia w dziwnych punktach i odgrywając galerię postaci, które znają lub zmyślili – być może ludzi, o których myślą, że żyją w świecie zewnętrznym. Czasami podsłuchują.

Wtedy pojawia się mężczyzna numer 3 i wszystko ulega zmianie. Zmienia się ton, kolorystyka i poczucie przeznaczenia, podobnie jak poetycka wielkość języka. Jeden z duetu musi opuścić pokój i umrzeć. Ale na tym niespodzianki się nie kończą.

Pod wieloma względami to doświadczenie przypomina oglądanie „Czekając na Godota” w wykonaniu brytyjskich mistrzów komedii, Kennetha Williamsa i Michaela Crawforda, z tą różnicą, że Godot rzeczywiście się zjawia i okazuje się być przygnębiającą postacią – skrzyżowaniem Palacza z „Z Archiwum X” z Tonym Soprano. Krótko mówiąc: to coś, czego nigdy wcześniej nie widzieliście na scenie.

To spektakl elektryzujący w swoim teatralnym wyzwaniu. Jak pisze Tóibín, Walsh tworzy chwile tylko po to, by je zniszczyć; by zburzyć oczekiwania, zmusić do śmiechu i refleksji. I do zachwytu.

Obsada jest wyjątkowo dobra.

Stephen Rea jest wspaniały jako ponury Numer 3. Jego poczucie grozy i poezji jest wyśmienite; rozbija on przytulną, pustelniczą egzystencję duetu, którego błazeńskie, chaplinowskie popisy wcześniej nas bawiły.

Cillian Murphy wspina się na szczyty komedii fizycznej jako biegający, skaczący, wymachujący nożem i udający karczmianą dziewkę Numer 1. W jego oczach maluje się ból, strach i nadzieja, a jego żylaste ciało drży pod wpływem skomplikowanych emocji jego bohatera – najmłodszego i najbardziej potrzebującego z duetu. Poczucie rytuału, jakie wywołuje podczas wykonywania precyzyjnych komediowych rutyn, jest niezwykłe, podobnie jak człowieczeństwo, którym nasyca każdy aspekt swojej błazenady. Jest oszałamiająco dobry.

Równie świetny jest Mikel Murfi grający bardziej stoickiego i rozsądnego Numer 2 – o ile można tak nazwać postać, która po raz pierwszy pojawia się ubrana tylko w śnieżnobiałą bieliznę, obsypana talkiem i z ręcznym odkurzaczem, sprzątając płatki kukurydziane spod stóp Murphy'ego. Jest tak samo obłąkany i pięknie ludzki, jak i zabawny, a do tego jest genialnym parodystą. Jego finałowe sceny są o wiele bardziej poruszające, niż można by przypuszczać po pierwszych trzydziestu minutach spektaklu.

To trójka utalentowanych aktorów w szczytowej formie, z pełnym zaangażowaniem mierząca się z wyzwaniami tekstu i stylu reżyserskiego Walsha.

Scenografia Jamiego Vartana jest fantastyczna: nigdy do końca nie wiemy, na co patrzymy, co idealnie współgra z wymową tekstu Walsha. Mamy tu cudownie wybuchającą mikrofalówkę i niesamowity pożar w zegarze z kukułką. Z kolei projekt dźwięku Helen Atkinson sprawia, że czwarty członek obsady – bzycząca mucha – zyskuje należytą uwagę.

To dziki, oryginalny i nieoczekiwany wieczór z teatralnym ekstremizmem. Nie musisz rozumieć, co Walsh chciał przekazać, aby świetnie się bawić; co więcej, próba logicznego rozpracowania sztuki może tylko zepsuć przyjemność z oglądania.

Pozwólcie tej historii przez siebie przepłynąć i dajcie się porwać magii aktorów. Na West Endzie nie znajdziecie obecnie niczego podobnego.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS