WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bare, The Vaults Londyn ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje pop-operę Bare autorstwa Damona Intrabartolo i Jona Hartmere'a, wystawianą obecnie w londyńskim The Vaults.
Obsada spektaklu Bare
The Vaults
29 czerwca 2019 r.
3 gwiazdki
Finałowa scena tej pop-opery to jeden z najmniej popowych i najmniej operowych momentów całego przedstawienia, a jednocześnie ten, który uderza z największą dramatyczną siłą. Kiedy nadchodzi – przypominając nam o surowych, prawdziwych historiach kryjących się za bezpieczną zabawą w teatr – skłania do refleksji, że być może, gdyby twórcy mniej skupiali się na dostarczaniu rozrywki, a bardziej na mocnym przesłaniu, które chcą nam zostawić, całe show wypadłoby znacznie lepiej.
W obecnej formie otrzymujemy dość konwencjonalną opowieść zza kulis katolickiego liceum w USA, które wystawia „Romea i Julię”. Grający główną rolę męską aktor jest biseksualny i związany nie tylko z dziewczyną grającą Julię, ale także z chłopakiem grającym Merkucja – przy czym ta druga relacja jest dłuższa i głębsza emocjonalnie. Scena jest więc gotowa na miłosne napięcia, które podgrzewane są w atmosferze „szybkowaru” świata Montekich i Kapuletów. Mechanicznie rzecz biorąc, libretto Jona Hartmere'a właśnie to nam serwuje, podczas gdy muzyka Damona Intrabartolo sprawia, że noga sama tupa do wpadających w ucho melodii, które jednak ulatują z pamięci niemal natychmiast po usłyszeniu. Znacznie lepsze są ballady, wypełniające drugą część spektaklu z rewelacyjnym skutkiem, ale nic nie porusza tak bardzo, jak doprawdy wspaniałe partie chóralne, brawurowo wykonane przez cudowny zespół.
Tom Hier, Mark Jardine i Darragh Cowley w spektaklu Bare.
W tej konkretnej inscenizacji niekoniecznie jednak da się to wszystko dostrzec. Po pierwsze, zespół muzyczny – pod kierownictwem Alasdaira Browna, przy udziale projektanta dźwięku Rossa Portwaya – gra zdecydowanie za głośno przez pierwsze pół godziny, czyli przez całą ekspozycję. Widzowie oglądający sztukę po raz pierwszy mają nikłe szanse na usłyszenie tekstu na tyle, by zrozumieć, kim są postacie, czego pragną i – przede wszystkim – dlaczego w ogóle powinno nas to obchodzić. Dokładnie to spotkało niemal wszystkich siedzących obok mnie w drogich rzędach podczas regularnego pokazu (nie premiery prasowej). A co to za miejsca! To NAJBARDZIEJ niewygodne siedzenia, jakie obecnie znajdziecie w Londynie. Przy cenie blisko 40 funtów za sztukę to sporo pieniędzy za wątpliwą przyjemność umówienia wizyty u osteopaty. Mało tego, ustawiono je na płaskim podłożu PONIŻEJ poziomu sceny, przez co umyka mnóstwo szczegółów choreografii i akcji. I (robi się jeszcze gorzej) sama przestrzeń grająca to długi, wąski pas platformy wzdłuż boku jednego z podziemnych tuneli pod stacją Waterloo; choć posiada mały wysunięty fragment, na którym może ścisnąć się kilku tancerzy, przedmioty spadają z niego w stronę publiczności (na szczęście podczas mojego seansu żaden nie trafił w płacącego widza).
Nadal czytacie? Wszystko powyższe to nie wina aktorów, muzyków, reżyserki czy choreografa. Gdyby przenieść ich pracę, zapewnić lepszy balans dźwięku i odpowiednią przestrzeń, mielibyśmy do czynienia z o wiele bardziej udaną produkcją. Niestety, SR Productions, które ma na koncie bardzo udane – i znacznie mniejsze – realizacje, popełniło tutaj kardynalne błędy, które skutecznie niweczą wysiłek całej reszty zespołu.
Georgia Bradshaw, Beccy Lane i Lizzie Emery w spektaklu Bare.
To wielka szkoda. Julie Atherton reżyseruje z lekkością i pewnością siebie, prowadząc nas przez spektakl pełen bardzo karkołomnych przejść. Znam tę sztukę z wcześniejszych wystawień, więc wiem, gdzie czają się pułapki i jakie problemy mogą sprawić. Atherton unika ich wszystkich. Wyciąga też to, co najlepsze, ze swojej młodej obsady. Jason (Romeo) w wykonaniu Darragha Cowleya to fizyczny fenomen – zwłaszcza gdy rozbiera się do efektownych bokserek... brawo dla niego – a Ivy (Julia) Lizzie Emery to silna, obdarzona pięknym głosem artystka, która z pewnością zajdzie daleko. Jej antagonistyczna współlokatorka, Nadia (Marta) grana przez Georgie Lovatt, niemal kradnie show utworem „A Quiet Night At Home”. Mamy też znakomite wsparcie w osobie dyrektorki szkolnego teatrzyku, Siostry Chantelle / Maryi Dziewicy – urodzona w USA Stacy Francis porywa widownię piosenkami „911! Emergency!” oraz „God Don't Make No Trash”. Dla samych tych występów warto ustawić się w kolejce po bilety.
Daniel Mack Shand i Stacy Francis w spektaklu Bare.
Do tego dochodzi świetna reszta obsady: rewelacyjny Tom Hier jako Matt (Tybalt) to wspaniały tenor, który już buduje karierę w wielkim, głównym repertuarze – usłyszycie jego głos i od razu zrozumiecie dlaczego! Piękna barwa i krystalicznie czysta dykcja (gdy pięcioosobowy zespół go nie zagłusza). Na uwagę zasługuje Athena Collins ze względu na swoją niesamowitą sceniczną charyzmę. Obok niej, w scenach z Maryją Dziewicą, błyszczy Georgia Bradshaw jako Kyra. Liv Alexander jako Diane i Beccy Lane jako Rory również mają swoje momenty, podobnie jak wysportowany Zack Toma Scanlona, solidny Lucas Bradleya Connora i trafnie sportretowany Alan Alexandra Moneypenny'ego. Hollie-Ann Lowe jako swing radzi sobie bardzo sprawnie. Są też dorośli: znakomita Jo Napthine jako Claire, mama Petera, która zachwyca utworem „Warning”. Mark Jardine jest bardzo autentyczny jako Ksiądz. Jedynym członkiem zespołu, który wydawał się nie czuć swojej roli (trudno wyczuć dlaczego), jest Daniel Mack Shand jako Peter (Merkucjo). Może miał gorszy dzień: często nie trafiał w dźwięki i sprawiał wrażenie, jakby z trudnością trzymał frazę; przede wszystkim jednak nie włożył w postać tej samej energii, którą widać u reszty obsady. Jego Peter wypada nieco bezbarwnie, co jest jedynym rozczarowaniem aktorskim tej produkcji. To mnie zaskoczyło, bo bardzo podobała mi się jego rola Jeffa, wystawiana z sukcesem przez tę samą firmę w Waterloo East.
Kolejnym atutem spektaklu, zasługującym na specjalne wyróżnienie, jest znakomita choreografia Stuarta Rogersa. Widziałem jego pracę przy produkcji Urdang Academy w Finsbury Town Hall kilka lat temu i byłem zachwycony. Teraz jeszcze bardziej dojrzał w kompozycji scen tanecznych i oczywiście pracuje z bardziej doświadczonymi wykonawcami. Mimo niemal niemożliwej do zagospodarowania przestrzeni, efekty są wspaniałe (gdybyśmy tylko mogli je lepiej widzieć). Oświetlenie autorstwa Andrew Ellisa jest często sugestywne i ekscytujące, choć zdarzają się momenty, gdy ostre światło świeci w oczy widzów nieco dłużej, niż jest to komfortowe. Mnie mrużenie oczu od czasu do czasu nie przeszkadza, ale podejrzewam, że niektórym może.
No i tak to wygląda. Spektakl byłby naprawdę bardzo dobry, gdyby producenci zdołali naprawić kilka kluczowych błędów. Czy to zrobią? Zobaczymy.
KUP BILETY NA BARE W THE VAULTS
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności