WIADOMOŚCI
RECENZJA: Closer To Heaven, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Closer To Heaven
Union Theatre
25 kwietnia 2015
4 Gwiazdki
Po prawej stronie znajduje się obskurny bar – taki, który pamiętasz z czasów młodości, gdy po raz pierwszy odważyłeś się (lub nieśmiało spróbowałeś) wejść tam z kumplami albo samemu, żeby „tylko rzucić okiem” czy „napić się czegoś”. Wygląda na bogaty i jednocześnie mocno nadszarpnięty zębem czasu. Budzi pragnienie alkoholu, ale i lęk o zmysły. Kwintesencja tandety: pociągająca i odpychająca zarazem, nieskończenie fascynująca. Barman pasuje do otoczenia; może i jest miły, ale z każdego pora bije od niego aura starego lubieżnika. Jednak kiedy się uśmiecha, wydaje się to szczere. To bezpieczne miejsce.
Idąc w głąb sali, mijając bar, dostrzegasz podest i wysokie lustro zamontowane na żelaznej konstrukcji. Można niemal poczuć pulsowanie zmysłowej energii bijącej od tego podium, nawet gdy stoi puste. Po drugiej stronie sali znajduje się drugie, bliźniacze miejsce do tańca. Mała scena sąsiaduje z parkietem, a nad całością zdaje się unosić duch tysięcy drag queens, migoczący w świetle neonów. Wystrój w czerni i czerwieni jest jarmarczny, a jednak uwodzicielski. Nad barem zauważasz uśmiechniętego DJ-a (a może to zespół?). Masz wrażenie, że mógłbyś być w dowolnym klubie nocnym w kraju. A może i na świecie.
W momencie, gdy zaczynasz się zastanawiać, dlaczego wciąż nie masz w ręku porządnego koktajlu, wszystko się zaczyna. Dopiero gdy półnagi, brodaty mężczyzna w obciętym T-shircie i obcisłych skórzanych spodniach zaczyna wić się i niemal uprawiać seks z rurą przy lustrze, zyskujesz pewność: jesteś w gejowskim klubie. Te pierwsze, intensywne obrazy zapadają w pamięć – a gdy Billie Tricks wyśpiewuje prawdziwy huragan (słowo „burza” to za mało) w otwierającym numerze „My Night”, każdy widz musi zdecydować: wchodzi w to bez reszty albo będzie żałować każdej sekundy. Tu nie ma stanów pośrednich.
Oto „Closer To Heaven”, musical Pet Shop Boys i Jonathana Harveya z 2001 roku, wznowiony właśnie przez pomysłowy Union Theatre. Dzięki sprawnej reżyserii Gene’a Davida Kirka, błyskotliwemu kierownictwu muzycznemu Patricka Stockbridge’a oraz pełnej energii, zaraźliwej choreografii Philipa Joela, ta adaptacja każe zadać pytanie: dlaczego nie pokazywano tego wcześniej? Wątpię, bym widział w Union Theatre lepszą scenografię. Połączenie genialnego projektu Davida Shieldsa z niezwykle sugestywnym oświetleniem Tima Deilinga – raz krzykliwym, raz pięknym – sprawia, że przestrzeń teatru idealnie wpisuje się w potrzeby spektaklu.
W każdym aspekcie tej produkcji widać surowy, niemal brudny realizm, który robi ogromne wrażenie. W niektórych scenach, po zamknięciu oczu, można niemal poczuć zapach potu i alkoholu – nieodłączne atrybuty szalonej nocy w klubie. Brzmienie wypracowane przez Stockbridge’a i Alessandro Lombardo (perkusja) jest perfekcyjne – oddaje ducha kompozycji i klimat miejsca. Od strony technicznej, biorąc pod uwagę ograniczenia budżetowe i metraż, to prawdopodobnie najlepsza możliwa inscenizacja „Closer To Heaven”.
Pod względem formy musical jest niemal wzorcowy. Mamy główny wątek i ciekawe historie poboczne. Partytura jest bezbłędnie spójna; większość utworów popycha akcję do przodu, pogłębia rys psychologiczny postaci, a przy tym oferuje bogatą różnorodność – od pięknych ballad i przejmujących songów po radosne, pełne życia numery. Do tego dochodzą porywające taneczne kawałki, które obudzą wewnętrzną gwiazdę popu w każdym, nawet najbardziej opornym widzu.
Scenariusz i dialogi Harveya bywają momentami banalne, a sytuacje przewidywalne. Ale szczerze mówiąc – to nie ma znaczenia. To fuzja muzyki i inscenizacyjnego rozmachu tworzy teatralną magię. Harvey daje podwaliny, ale to muzyka i choreografia nadają całości teksturę, barwy i ostateczny sznyt.
Tym, co wyróżnia ten musical, jest jego nieskrępowany „gejowski” charakter w nowoczesnym wydaniu. Jak stwierdził Nicholas De Jongh po premierze, to „pierwszy prawdziwie gejowski musical napisany przez Anglików”, który trafił na West End. Jest on również na wskroś młodzieńczy i bezkompromisowy w ukazywaniu pułapek wczesnej dorosłości: seksu, narkotyków, muzyki pop, alkoholu, prostytucji, miłości i – co najważniejsze – rodziny, którą sami sobie budujemy, niezależnie od tej, w której przyszliśmy na świat. Sztuka wcale się nie zestarzała, a reakcje młodszej części publiczności tylko to potwierdzają.
Debiutujący na profesjonalnej scenie Jared Thompson jest rozbrajająco naiwny jako Straight Dave – chłopak z Irlandii, który przyjeżdża do Londynu za pracą i marzy o tańcu. Samotny i niepewny, choć pewny swoich tanecznych umiejętności, trafia na przesłuchanie do Vica, szefa klubu. Niezależnie od tego, czy zadecydował wygląd, czy talent (jedno i drugie robi wrażenie), Dave dostaje tę robotę.
Vic może być nieco rozkojarzony, bo jego córka Shell, której nie widział od lat, odnalazła go i zmusiła do skonfrontowania się z przeszłością. Gdy zaczynają odbudowywać relację ojciec-córka, Dave i Shell zbliżają się do siebie. Jest to o tyle zaskakujące, że Shell ma wątpliwości co do orientacji Dave’a, zwłaszcza po tym, jak chłopak reaguje na widok Mile End Lee – atrakcyjnego dilera, który bywa kochankiem Billie Tricks, charyzmatycznej mistrzyni ceremonii w klubie Vica.
W końcu Vic przyłapuje Dave'a i Lee na igraszkach w klubowej toalecie, a Shell jest naturalnie przerażona. Po fali niepewności Dave i Lee ostatecznie lądują w łóżku, po raz pierwszy doświadczając prawdziwej bliskości. Jako że to musical, po wzlotach namiętności następuje rozpacz spowodowana przedwczesną śmiercią – i podobnie jak Maria w „West Side Story”, Dave zostaje sam. Jednak w przeciwieństwie do Marii, Dave otrzymuje szansę na pozytywne zakończenie.
Narracja jest dosadna, a postać Billie Tricks równie konfrontacyjna, co zabawna. Seksowna choreografia Joela, wykonana z pełnym zaangażowaniem przez utalentowaną obsadę, dodaje całości pikanterii. Właściwie taniec jest tak nierozerwalnie związany z tą sztuką, że aż szkoda, iż podesty nie były zajęte przez cały czas – skąpo ubrani tancerze stale pracujący przy rurach stanowiliby elektryzującą ramę dla akcji. Taniec mógłby tu napędzać opowieść równie mocno jak muzyka.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do tego, że produkcja jest nieco zbyt „bezpieczna”. Nie jest tak brudna ani kampowa, jak mogłaby (a może powinna) być. W kilku scenach nudność – zważywszy na to, jak bardzo zmieniły się czasy od 2001 roku – wydaje się wręcz niezbędna dla zachowania prawdy dramatycznej.
Thompson świetnie śpiewa i tańczy jako Straight Dave. Ma w sobie świeżość, która idealnie pasuje do tej roli, choć gdy trzeba, w jego oczach widać determinację. Jest przekonujący w scenach miłosnych zarówno z Shell, jak i z Lee, a finałowe utwory – repryza „Closer To Heaven” i „Positive Role Model” – wykonuje po mistrzowsku, oddając ból straty i nową pewność siebie. Jest może odrobinę zbyt subtelny, by jego zainteresowanie Lee było zaskoczeniem, ale nie psuje to ogólnego wrażenia z tej szczerej roli.
Connor Brabyn jest magnetyczny jako skazany na porażkę Mile End Lee. Choć z pozoru to twardy diler, Brabyn wydobywa z tej postaci złożoność i wewnętrzne rozterki. Jego zmieszanie, gdy Dave komplementuje jego urodę, jest zagrane punkt, podobnie jak pogarda podczas seksu z Billie. Wraz z Thompsonem tworzą harmonijny duet w kulminacyjnym utworze „Closer To Heaven”. Brabyn jest równie przekonujący jako „twardziel”, którego napięta sylwetka zdaje się mówić: „nawet nie próbuj”, budząc w innych instynktowny dystans.
Ben Kavanagh jako Flynn to czysta, jadowita przyjemność. Afektuje i dogryza, jakby był dzieckiem Louiego Spence’a i Boya George’a. To świetnie wyważona rola, gdzie pod grubą warstwą maskary zawsze czai się cień cierpienia. Ken Christiansen jako jego brutalny pracodawca, Bob, bywa nieco zbyt krzykliwy – bardziej śliski i skorumpowany charakter mógłby mocniej uwypuklić toksyczność ich relacji. Razem tworzą jednak nieszczęśliwą parę, dokładnie tak, jak zaplanował autor.
Katie Meller dostała fenomenalną partię i w pełni ją wykorzystuje. Choć to musical o gejowskiej miłości i bólach dojrzewania, to właśnie starzejąca się diwa zgarnia największe brawa i najlepsze numery – „My Night” czy „Friendly Fire” to prawdziwe hity. Meller dopieszcza każde słowo i gest, nasycając postać Billie teatralnym blaskiem i wulgarną energią. Jej Billie jest niczym rzeźba z marmuru – ma swoje ostre krawędzie i skazy, ale zachwyca autentycznością. Przywodzi na myśl kabaretowy sznyt rodem z berlińskich lokali.
Craig Berry (Vic) oraz Amy Matthews (Shell) zdawali się nieco mniej pewni w swoich wymagających rolach. Matthews ma miły głos, ale potrzebuje więcej siły; Berry nie do końca radzi sobie z wyzwaniami utworu „Vampires”, a szkoda, bo to świetny hymn. Najlepiej wypadają w scenach wspólnych, gdzie przekonująco oddają obraz rozbitej rodziny próbującej na nowo nawiązać więź.
Zespół jest w dużej mierze znakomity, a szczególne brawa należą się Grace Reynolds, Alexowi Tranterowi, Martinowi Hardingowi i Tamsyn Blake. Widać, że wszyscy świetnie się bawią, wchodząc w nietypowy świat swoich bohaterów. Czasem zdarzają się momenty przeszarżowane, ale gdy cała grupa rusza do wspólnego tańca i śpiewu, efekt jest imponujący. Numer „Hedonism”, który kończy pierwszy akt i otwiera drugi, to kawałek, przy którym każdy ma ochotę zerwać się z miejsca.
Bilety na cały sezon są wyprzedane, choć warto polować na zwroty. Jeśli macie okazję, koniecznie zobaczcie ten spektakl. Miejmy nadzieję, że produkcja trafi na większą scenę, bo w pełni na to zasługuje. Udowadnia ona siłę tekstów Harveya i muzyki Pet Shop Boys, zabierając każdego widza choć odrobinę bliżej nieba.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności