WIADOMOŚCI
RECENZJA: Frau Luna, Tipi-am-Kanzleramt, Berlin ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Max Gertsch, Anna Mateur, Christoph Marti, Tobias Bonn, Thomas Pigor, Meri Ahmaniemi, Marides Lazo (od lewej do prawej) © Barbara Braun Pani Luna (Frau Luna)
Tipi-am-Kanzleramt, Berlin,
17 lutego 2018
4 Gwiazdki
To niezwykłe, kultowe i wręcz upajające dzieło jest fenomenem, do którego należy podejść dokładnie tak, jak zostało pomyślane przez twórców. Pełne cudownych melodii i przesiąknięte hulaszczym duchem dawnego Berlina, jest żywiołową, nieco szorstką perełką, która porywa widza samą swoją determinacją do bycia jak najbardziej błahą i rubaszną, bombardując nas przy tym jedną pyszną arią po drugiej. Skomponowana pierwotnie pod koniec XIX wieku przez Paula Lincke (znanego w Niemczech jako ojciec „berlińskiej operetki”) do libretta Heinza Bolten-Baeckersa, była dopracowywana przez ponad dwie dekady, zanim w 1922 roku przybrała ostateczną formę – tę, którą oglądamy dzisiaj. To spektakl jedyny w swoim rodzaju; gdybyśmy mieli go wyjaśnić brytyjskiej widowni, musielibyśmy nazwać go skrzyżowaniem show Benny'ego Hilla, operetek Lehára i naszej tradycyjnej pantomimy (Panto). Często wznawiana w szanowanych teatrach państwowych i operach, dwukrotnie adaptowana dla telewizji i sfilmowana w 1941 roku, przetrwała obie wojny światowe i zachowała popularność mimo burzliwych zmian politycznych i kulturowych w Niemczech. Dla wszystkich ciekawych, jak Niemcom udaje się osiągnąć tę często nieuchwytną „ciągłość”, oto rzadki przykład: spektakl w tymczasowym namiocie rozstawionym tuż obok betonowych murów i stalowych balustrad siedziby kanclerza – w tym przypadku najdłużej urzędującej od czasów Bismarcka, pani Merkel. Zbieżność tytułów obu tych pań jest, jestem pewien, całkowicie przypadkowa.
Tobias Bonn (lewo), Gustav Peter Wöhler (prawo) © Barbara Braun
Po pierwsze, trzeba zaznaczyć, że bez dobrej znajomości języka niemieckiego i choćby powierzchownego osłuchania z berlińskim dialektem, show ten będzie znacznym wyzwaniem lingwistycznym. Nie jest to przeszkoda nie do pokonania, ale jeśli język stanowi barierę, przed pójściem do teatru zalecam dokładne przestudiowanie fabuły, bo nie ma tu napisów. Choć historia jest prosta, naprawdę trzeba wiedzieć, kim są poszczególne postacie – a jest ich mnóstwo – i jakie łączą je relacje, aby uchwycić istotę wydarzeń. Reżyser Bernd Mottl, bardzo doświadczony w teatrze muzycznym, prowadzi tu akcję grubą kreską, stawiając na ilustracyjność zamiast głębokiej interpretacji i preferując proste gesty nad szczegółową analizę postaci. To samo tyczy się choreografii Christophera Toelle, która jest raczej generyczna niż narracyjna. Elegancka, monochromatyczna scenografia Friedricha Eggerta daje wspaniałe efekty w tej ograniczonej przestrzeni, a kostiumy Heike Seidler stają się tym wspanialsze, im bardziej rozwija się akcja, jednak docenicie je w pełni tylko wtedy, gdy zrozumiecie coś więcej niż tylko ogólny zarys historii.
Gert Thumser, Andreja Schneider, Fausto Israel (od lewej do prawej z przodu), za nimi Anna Mateur (lewo), Tobias Bonn (prawo)
© Barbara Braun / MuTphoto
Mówiąc prościej, jest to typowa dla swojej epoki „rewia księżycowa”: kilka osób znudzonych życiem na Ziemi postanawia urozmaicić sobie czas wyprawą na Księżyc. I to tyle. Nie ma tu większego celu: główny bohater, prosty mechanik Fritz Steppke (Benedikt Eichhorn), przez gapiostwo twórców scenariusza zostawia swoją ukochaną (siostrzenicę swojej gospodyni, Marie, śpiewaną przez znakomitą Sharon Brauner) na Ziemi, pozbawiając libretto głównego punktu emocjonalnego zainteresowania przez niemal cały czas trwania spektaklu. Podczas pobytu na Księżycu, gdy w krótszym drugim akcie w końcu pojawia się tytułowa Pani Luna, władczyni Srebrnego Globu, grana przez Andreję Schneider, Steppke wdaje się z nią w raczej bezsensowny flirt (Schneider daje z siebie wszystko, epatując nagością w tych nieco przaśnych i infantylnych scenach). Wyprawie Steppkego towarzyszą jego kompani od kieliszka: krawiec Laemmermeier (Thomas Pigor) i poborca podatkowy Pannecke (Max Gertsch), a także – jakimś cudem – przerażająca gospodyni, wdowa Pusebach (dala fanów pantomimy: jest to rola travesti, w którą wciela się Christoph Marti). Na Księżycu napotykają też energiczną pokojówkę Stellan (Anna Mateur), ściganą przez groteskowego księcia Sternschnuppe (kolejna rola drag, tym razem w wykonaniu Kathariny Thalbach), a także gościnnie występujące bóstwa: równie krzykliwą Wenus (Fausto Israel) i Marsa (Gert Thumser). Wśród nich wszystkich kręci się jeszcze staroświecka panna Groom (kolejna rola drag, Ades Zabel). Całość dopełnia 9-osobowy żeński chór księżycowy. Chłopców brak. Księżyc, jak staje się jasne, należy do kobiet.
Andreja Schneider (środek), Jane Reynolds (lewo), Carolin Schönemann (prawo)
© Barbara Braun
Wszyscy wykonawcy są doskonale znani na berlińskiej scenie kabaretowej, głównie dzięki wieloletniej pracy w Bar Jeder Vernunft – kolebce tej ambitnej produkcji – i są darzeni ogromną sympatią przez tłumy, które co wieczór wypełniają widownię. Trzeba jednak przyznać, że są to bardziej artyści kabaretowi niż aktorzy dramatyczni. Wyraźny kontrast stanowi jedna postać, która trzyma scenę nie tylko siłą osobowości, ale przemyślaną kreacją – to Tobias Bonn w roli Theophila, ochmistrza Pani Luny. Jego kreacja w stylu Liberace (w połyskującym czarnym garniturze ze srebrnymi detalami) jest genialna: jako jedyny nie tonie pod ciężarem rubasznego humoru libretta i potrafi zachować godność postaci nawet w najbardziej kiczowatych momentach. To spore osiągnięcie. Jego panowanie nad gestem, ruchem, frazą i timingiem jest bezbłędne. W mocnym kontraście do tego, gdy już oswoimy się z tym, co te postaci do siebie mówią, można poczuć pewne zdumienie prymitywnym humorem i tanim sentymentalizmem (z wyjątkiem, co smutne, zaniedbanej i niewykorzystanej Sharon Brauner). Równie dobrze można być zszokowanym radością, z jaką publiczność przyjmuje tę wulgarność i powierzchowność. Berlińczycy uwielbiają szokować! Ale tak jak nasza brytyjska pantomima pozwala rozładować mroczne napięcia psychologiczne, tak i ten rodzaj rozrywki wydaje się spełniać tę samą rolę u lokalnej społeczności – stąd zapewne jej niesłabnąca popularność.
Max Gertsch, Benedikt Eichhorn, Thomas Pigor (od lewej do prawej)
© Barbara Braum
Jakkolwiek by nie było, nieprzemijającą chwałą tego dzieła jest wręcz oszałamiająca partytura Paula Lincke, najwybitniejszego melodyka swojej ery. Nie bez powodu nazwano jego imieniem całą ulicę (blisko miejsca, gdzie mieszkał, przy Landwehrkanal w eleganckim Kreuzbergu). Jego zdolność do przędzenia pięknej muzyki z tak błahej treści jest zdumiewająca, a kilka numerów zostanie z wami na długo po wyjściu z teatru – zwłaszcza rytmiczne i chwytliwe „Berliner Luft”. Słowo ostrzeżenia: uchwycenie słów najpopularniejszych piosenek może być niemożliwe, ponieważ tłum będzie – jak sądzę, z poczucia obowiązku – klaskać w rytm energicznego, zsynchronizowanego marszu, sprawiając, że cała konstrukcja namiotu niemal drży. To wręcz niepokojące. Jest to tym bardziej niesamowite, gdy weźmie się pod uwagę, że kierownik muzyczny Johannes Roloff prowadzi potężną orkiestrę składającą się z aż 27 instrumentalistów, którzy grają z wielką werwą – nawet zagłuszani przez to niekończące się klaskanie.
Mimo to, dla mnie największą muzyczną atrakcją jest nastrojowy walc „Schloesser, die am Monde stehen” – po prostu czarujący (Niemcy nie opanowali jeszcze klaskania do walców), którego siła z pewnością was urzeknie, zwłaszcza gdy odkryjecie jego niespodziewaną relację z hałaśliwym marszem „Die Berliner Luft”. Spektakl może i jest dziwaczny, osobliwy i momentami absurdalny, ale bez wątpienia skradnie wasze serca.
Gramy do 11 marca 2018
KUP BILETY NA SPEKTAKL FRAU LUNA
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności