Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: From Here To Eternity, Shaftesbury Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Stąd do wieczności w Shaftesbury Theatre Stąd do wieczności Shaftesbury Theatre 10 października 2013 | 3 gwiazdki W Shaftesbury Theatre odbywają się właśnie pokazy przedpremierowe musicalu Stąd do wieczności w reżyserii Tamary Harvey. Autorem libretta jest Bill Oakes, teksty piosenek wyszły spod pióra sir Tima Rice'a, a muzykę skomponował Stuart Brayson.

Nigdy nie czytałem powieści Jamesa Jonesa, ale znam słynną, nagrodzoną Oscarem ekranizację z Burtem Lancasterem, Deborah Kerr, Frankiem Sinatrą i Donną Reed. Fabuła tej wersji musicalowej była więc co najmniej zaskakująca – być może bliższa oryginałowi literackiemu, a być może po prostu „odświeżona”.

Ujawnienie losu głównego bohatera już w pierwszej scenie nie ma sensu w miarę rozwoju akcji i służy jedynie pozbawieniu późniejszych scen wzruszenia i dramaturgicznego uderzenia. To dziwny i zaskakujący wybór inscenizacyjny, nawet jeśli film poszedł tą samą drogą.

Zupełnie nie dziwi fakt, że scenografię zaprojektowała wszechobecna Soutra Gilmour – i jest to projekt bardzo efektowny, zwłaszcza w połączeniu z reżyserią światła Bruno Poeta. Akcja toczy się w tygodniach poprzedzających atak na Pearl Harbor, więc scenografia musi przywoływać klimat Hawajów oraz nużącą codzienność stacjonujących tam rekrutów. Gilmour radzi sobie z tym znakomicie, być może nawet lepiej, niż zasługuje na to sama narracja, choć w przypadku dwóch kluczowych wątków miłosnych bardziej kameralne przestrzenie mogłyby sprawdzić się lepiej.

Wykorzystanie sprytnych i zazwyczaj stonowanych nagrań wideo (choć nie w finale pierwszego aktu, gdy nagły atak ogromnych fal sprawia, że zastanawiamy się, czy nadchodzi tsunami, czy to tylko nieudane nawiązanie do kultowej sceny seksu Lancastera i Kerr na brzegu oceanu) ogólnie pomaga, ale jednocześnie stanowi namacalny przypadek porównania z filmem.

Sekwencja w barze dla gejów była tak samo rażąca, zdumiewająca i dezorientująca, jak gdyby nagle w pierwszym akcie Les Misérables pojawił się numer minstreli. Podwątek na tym oparty nie został należycie wyjaśniony, przez co widz zastanawia się nad sensem całej sekwencji. Co gorsza, całkowicie gubi to publiczność w kwestii kluczowej postaci – roli, którą w filmie grał Sinatra. Czy jest on skrytym homofobem? Brutalnym złodziejem? Czy kimś, kto uwodzi, a potem atakuje samotnych gejów? A jeśli tak, to dlaczego wciąż wpuszczają go do klubu? I dlaczego radosny, szalony na punkcie dziewczyn włoski cynik (w tej roli niezwykle przekonujący Ryan Sampson) w ogóle miałby to robić? Czy zostaje uwięziony za bycie gejem?

Okazuje się, że odniesienia do homoseksualizmu zostały pierwotnie wycięte z książki przez cenzurę, ale w ostatnich latach przywróciła je córka nieżyjącego już autora. Kluczowym punktem było to, że postać grana przez Sinatrę/Sampsona pozwalała starszym mężczyznom na usługi seksualne za pieniądze, ponieważ czasy w armii były ciężkie. Być może poprawiona książka czyni to zrozumiałym, ale co ciekawe, ta wersja musicalowa tego nie robi.

Ale to nie koniec niespodzianek. Gilmour szczególnie dobrze oddaje klimat domu publicznego/klubu pani Kipfer, gdzie żołnierze szukają rozrywki. Jest tam brudno, a jednocześnie kusząco – to pierwszy moment, w którym naprawdę czuć ducha epoki. Właściwie za każdym razem, gdy pojawiają się dziewczęta z domu publicznego, spektakl nabiera tempa. Nie jest to zasługa pani Kipfer (słaby występ Julie Armstrong), ale energii, jaką wnosi fantastyczny zespół żeński (prowadzony przez Lucindę Shaw, która idealnie oddaje styl Avy Gardner, oraz zadziorną Rebeccę Sutherland) – większość najlepszych numerów, jak Don'cha Like Hawaii, You Got The Money i The Boys of '41, należy właśnie do nich.

Nie chcę umniejszać zespołowi męskiemu, ale prawdę mówiąc, nie dorównują oni dziewczynom. To ma być twarda kompania bokserskich żołnierzy, ale obsadzono zbyt wielu aktorów, którzy nie wyglądają wiarygodnie w tych rolach. Niemniej jednak, świetną męską energię wnoszą Warren Sollars, James Ballanger, Joshua Lacey (nieco poza swoją strefą komfortu jako udręczony, agresywny żołnierz Bloom), Stephen Webb i Matthew Wesley.

Javier De Frutos prowadzi ruch sceniczny mężczyzn z baletową precyzją – niektóre sekcje są bardzo elektryzujące i imponujące. Bardzo sprawnie zrealizowano też scenę ataku na Pearl Harbor i jego następstwa.

Cały zespół śpiewa bardzo dobrze, a wielkie numery chóralne brzmią z pełną mocą.

Niestety, żadna z głównych postaci nie jest zagrana tak dobrze, jak wymaga tego tekst – to przecież skomplikowani ludzie z bagażem doświadczeń, a nie jednowymiarowe postacie. Po raz kolejny, co często zdarza się w musicalach na West Endzie, obsada zdaje się działać wbrew zamierzeniom i potrzebom sztuki.

Najbliżej celu jest Robert Lonsdale jako główny bohater, Prewitt, ale nie śpiewa wystarczająco dobrze ani nie oddaje w pełni rozterek tego udręczonego człowieka, który ucieka do wojska, by się ukryć, ale nie osiąga żadnego ze swoich celów, mimo że przestrzega surowego kodeksu moralnego. To trudna rola – bokser, sygnalista, cwaniak, kochanek, przyjaciel i zabójca – wymagająca większej głębi, niż oferuje Lonsdale. Trzeba jednak pamiętać, że to wczesny etap i być może aktor rozwinie się w tej roli z każdym kolejnym występem.

Z pewnością on i Sampson to aktorzy, na których warto zwrócić uwagę.

Pozostali odtwórcy głównych ról są albo nijacy (Susan Harrison, Rebecca Thornhill, Darius Campbell), albo wręcz żenujący (Martin Marquez, David Stoller, Brian Doherty). To West End, a nie podrzędny teatrzyk – przy biletach kosztujących do 90 funtów widzowie mają prawo oczekiwać doskonałości, a nie ulubieńców agentów castingowych i reżyserów o wątpliwym wyczuciu.

Co najważniejsze, między dwiema parami głównych bohaterów brakuje jakiejkolwiek chemii.

Lwią część winy za to musi wziąć na siebie Harvey: jej wizja ról, dramatyzmu i napięcia jest przeciętna tam, gdzie powinna być inspirująca.

Oczywiście ani aktorom, ani reżyserce nie pomaga mało błyskotliwe libretto oraz momentami banalna muzyka i teksty. Jest tu do opowiedzenia poważna, dorosła historia, ale pozostaje ona stłamszona.

Znajdziemy tu kilka świetnych numerów – Something In Return robi szczególne wrażenie i widać, że z innymi głosami tytułowa piosenka mogłaby stać się hitem.

Zbyt duża część partytury jest obojętna, a momenty muzyczne, których oczekujemy ze względu na sytuację bohaterów, nigdy nie nadchodzą: libretto Oakesa nie daje kompozytorowi odpowiednich szans. Trudno pozbyć się wrażenia, że bezwzględny producent o ostrym wyczuciu teatralnym mógłby zmienić tę produkcję w coś świeżego i niezwykłego.

Jednak obrana tu droga środka, choć ogólnie całkiem rozrywkowa (wyłącznie dzięki znakomitemu zespołowi oraz Sampsonowi i Lonsdale'owi), nie dorównuje fascynującemu i dramatycznemu dziełu, jakim ten musical mógłby być.

Sir Tim opisuje tę pracę jako musical „dla dorosłych”: nie do końca wiadomo, co to oznacza, ale trudno nie odnieść wrażenia, że wszystkim wyszłoby na dobre, gdyby ten utwór był dojrzały w tonie i wykonaniu, a nie po prostu „dla dorosłych”.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS