Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Gigi, Neil Simon Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Gigi na Broadwayu. Zdjęcie: Joan Marcus Gigi

Neil Simon Theatre

4 kwietnia 2015

4 Gwiazdki

Nie sposób mieć pewności, co działo się tej nocy, gdy wynaleziono szampana, ale można założyć, że jego twórcy nie przypuszczali, iż ich osiągnięcie stanie się kiedyś racją bytu dla żywiołowego finału pierwszego aktu broadwayowskiego musicalu. A jednak. „The Night They Invented Champagne”, zaraźliwy i uroczo absurdalny utwór na każdą okazję, stanowi porywające zwieńczenie pierwszej części „Gigi”, którą oglądamy właśnie podczas pokazów przedpremierowych. To pierwszy broadwayowski wznowienie od czasu słynnej adaptacji filmowej przeniesionej na scenę w 1973 roku.

Tak, zgadza się. To ten numer kończy pierwszy akt. Nie mamy tu do czynienia ze zwykłym wznowieniem, lecz z gruntownym przebudowaniem dzieła. W wersji z 1973 roku akt pierwszy kończył się sceną, w której Gaston zabierał Gigi (oraz jej babcię, Mamitę) na plażę, a perspektywa zmiany ich relacji – z niemal rodzeństwa w układ między majętnym milionerem a kurtyzaną – stawała się realna.

Zakończenie pierwszego aktu radosnym utworem „The Night They Invented Champagne” sprawia, że nowe livretto dzieli oba akty w innym miejscu. Teraz pierwsza część skupia się na radosnej relacji Gastona, Mamity i Gigi, planach ciotki Alicji dotyczących szkolenia Gigi na kurtyzanę oraz uroczej możliwości odrodzenia dawnej miłości między Mamitą a Honoré, wujem Gastona.

Akt drugi w całości poświęcono zmianie relacji między Gastonem a Gigi oraz konsekwencjom, jakie niesie ona dla nich samych, a także dla Mamity, Honoré i ciotki Alicji. Całość sprawdza się znakomicie, a w tym nowym układzie drzemie duża doza artystycznego sensu.

Moment otwierający drugi akt, gdy Gaston i Gigi są na plaży – ona zafascynowana lotem mewy, on patrzący na nią tak, jak nigdy wcześniej – jest jednocześnie wzruszający i ekscytujący. Prosty gest Gigi, która opiera głowę na jego ramieniu szukając naturalnego wsparcia, sprawia, że przez widownię przebiega dreszcz romantycznego uniesienia.

Wprowadzono też inne zmiany, które transformują to dzieło. „Thank Heavens For Little Girls” zawsze brzmi nieco niezręcznie, gdy śpiewa to mężczyzna w kwiecie wieku lub starszy; czasy się zmieniły, a twórcy, świadomi współczesnego kontekstu, powierzyli tę pieśń Mamicie i ciotce Alicji. W ich wykonaniu utwór odzyskuje cały blask i radość, na jakie zasługuje.

„Say A Prayer”, przepiękna ballada Fredericka Loewe, zyskała nową, drżącą świetlistość jako kluczowy numer Mamity. Gra ją obdarzona niebiańskim głosem Victoria Clark, która wydobywa pełne piękno z każdej nuty. Utwór ten, obecny w filmie, ale wcześniej pomijany w adaptacjach scenicznych, pierwotnie należał do Gigi graną przez Leslie Caron (choć śpiewała za nią Betty Wand). Oddanie go Mamicie to genialne posunięcie, choć nieco osłabia wagę samej Gigi w musicalu, którego jest przecież tytułową bohaterką.

Najciekawsze w tej nowej wersji jest to, że choć spektakl nazywa się „Gigi” i ciągle się o niej mówi, dziewczyna staje się tu postacią drugoplanową. W rzeczywistości musical powinien nosić tytuł „Gaston”, ponieważ ta produkcja skupia się na nim w każdym aspekcie.

Historia oparta jest na noweli Colette. Oryginalne libretto i teksty piosenek wyszły spod pióra Alana Jaya Lernera, a za nową adaptację odpowiada Heidi Thomas, genialna twórczyni serialu „Cranford”. W dialogach czuć szczerość i wrodzony urok, a struktura zdań oddaje ducha epoki – roku 1900, okolic Wystawy Światowej. Język i styl przypominają nieco Oscara Wilde'a – to łagodna, wytworna satyra na ówczesne francuskie wyższe sfery (które nie różniły się zbytnio od angielskich).

Gaston to młody, bajecznie bogaty kawaler (majątek zawdzięcza handlowi cukrem), znany z upodobania do pięknych kochanek i będący obsesją śmietanki towarzyskiej, która chłonie plotki na jego temat z prasy. Schronienia szuka w spokojnej normalności mieszkaniu Mamity, gdzie ta mieszka z wnuczką Gigi. Cała trójka darzy się wielką przyjaźnią – Gaston polega na mądrości i radach Mamity, a Gigi traktuje jak młodszą siostrę, której nigdy nie miał.

Siostra Mamity, Alicja, była w młodości odnoszącą sukcesy kurtyzaną i zamierza wyszkolić Gigi na swój wzór, by zapewnić jej jak najlepszy start w życiu. Mamita przystaje na to, dopóki Gigi jest szczęśliwa. Sama Gigi nie pojmuje sensu tych lekcji – chce się po prostu bawić, cieszyć życiem i ufać własnemu instynktowi.

Gaston kończy związek z sopranistką Liane i planuje wakacje nad morzem, by uciec przed wścibskimi spojrzeniami paryskich salonów. Gigi oszukuje w karty, wymuszając obietnicę, że zabierze ją i Mamitę ze sobą. Gaston wie o oszustwie, ale się zgadza. Na plaży uświadamia sobie, że Gigi dorasta i przestaje być tylko kumpelą. Ciotka Alicja rusza pełną parą z naukami, chcąc wypromować siostrzenicę jako idealną kandydatkę na kochankę. Po powrocie z podróży służbowej Gaston jest w szoku, widząc Gigi w eleganckim, kobiecym stroju, zaprojektowanym tak, by wzbudzić w nim pożądanie.

Gaston wpada w furię, obraża Gigi oraz jej suknię i wybiega w noc. Na parkowej ławce uświadamia sobie, że jego reakcja wynikała z miłości. Wraca do Mamity i przeprasza, zapowiadając, że poleci swoim prawnikom poczynienie odpowiednich ustaleń z ciotką Alicją, by mógł formalnie rozpocząć romans z Gigi. Dziewczyna nie chce być kochanką, ale przyznaje przed sobą, że woli być nieszczęśliwa z nim niż bez niego. Kontrakt zostaje zawarty, a Gaston i Gigi spotykają się w restauracji Maxim's, jednak żadne z nich nie czerpie z tego radości. Ostatecznie Gaston rozumie, że chce z nią spędzić całe życie i dochodzi do małżeństwa.

W międzyczasie Mamita odnawia znajomość z wujem Gastona, lowelasem Honoré. Byli kochankami przed dekadami, o mało nie wzięli ślubu, ale przeszkodziła w tym jego niewierność i jej duma. Mimo jego zawodnej pamięci co do tamtych wydarzeń (w genialnym duecie „I Remember It Well”), Honoré pragnie powrotu. Mamita się waha i dopiero w finałowych scenach wieczoru Honoré otrzymuje odpowiedź.

Budząca dziś sprzeciw koncepcja młodej dziewczyny „sprzedawanej” w seksualną niewolę bogatym, aroganckim mężczyznom, zostaje niemal całkowicie zatarta w tym wystawnym i subtelnym wznowieniu w reżyserii Erika Schaeffera. Być może dlatego uwaga skupia się bardziej na Gastonie? Dzięki temu narracja staje się opowieścią o tym, jak Gaston porzuca sztywne konwenanse socjety, by uratować Gigi przed planami Alicji, a nie jedynie zapisem przygód samej dziewczyny.

Scenograf Derek McLane kreuje wizję Paryża poprzez symboliczne detale kultowych punktów orientacyjnych, unikając ciężkich dekoracji. Restauracja Maxim's to uczta z czerwonego aksamitu i złota, a mieszkanie Mamity pasuje do niej tak idealnie, jak wystawne wnętrza Alicji do jej charakteru. Wszystko jest tu niedopowiedzeniem; ogólny efekt przypomina kuszące mignięcie jedwabnej pończochy spod wytwornej sukni. Nie widzimy wszystkiego, ale to, co dostrzegamy, wystarczy, by zbudować nastrój – kreatywnie i uwodzicielsko. Elegancja to słowo klucz, a każdy element projektu McLane'a tylko to podkreśla.

Z wizją McLane'a współgrają wykwintne kostiumy Catherine Zuber. Każdy wygląda nienagannie szykownie i olśniewająco. Nawet trudny temat strojów plażowych z przełomu wieków został rozwiązany za pomocą pochlebnych i pomysłowych fasonów. Stroje wizytowe to najwyższa półka. Gaston w skórzanym płaszczu automobilowym wygląda jak wzór męskiego stylu; Alicja, Honoré i Mamita są zawsze nienagannie ubrani. Gigi prezentuje się zachwycająco w sukniach wieczorowych, choć jej czarno-biała kreacja zbyt mocno kojarzyła się z sekwencją wyścigów w Ascot z filmowej „My Fair Lady”.

Żywiołowa i pomysłowa choreografia Joshuy Bergasse'a, szczególnie w dużych numerach zbiorowych, robi ogromne wrażenie. Dyscyplina tancerzy jest wyjątkowa, a kroki mają w sobie wyrafinowane poczucie zabawy. W połączeniu ze scenografią i kostiumami, choreografia Bergasse'a emanuje czarem dawnego świata w nowoczesnym wydaniu.

Pod względem muzycznym spektakl jest w dobrych rękach Jamesa Moore'a, Grega Jarretta i Matta Aumenta. Choć partytura Loewe zasługuje na znacznie liczniejszą sekcję smyczkową, orkiestra dęta brzmi świetnie, a instrumenty klawiszowe dobrze dopełniają brzmienie. Śpiew całego zespołu stoi na najwyższym poziomie – dykcja i czystość tonu są bez zarzutu.

Victoria Clark i Dee Hoty są bezbłędne odpowiednio jako Mamita i Alicja, wnosząc powagę i kunszt w każdy aspekt swoich ról. Clark to najlepsza wokalistka na scenie – dusza spektaklu unosi się za każdym razem, gdy zaczyna śpiewać. Jej pełny, ekspansywny sopran jest swobodny i niczym klejnot mieni się wieloma barwami. Jest lekka w „Thank Heavens For Little Girls” oraz „I Remember It Well”, radosna w „The Night They Invented Champagne” i pełna pasji w „Say A Prayer”. To po prostu wspaniały dźwięk.

Hoty jest cudownie zabawna jako przebiegła, bogata i wyniosła była kurtyzana. Przypomina nieco Madame Armfeldt i ma w sobie siłę, by zdusić niesubordynację jednym uniesieniem perfekcyjnie wyregulowanej brwi. Jej znakami rozpoznawczymi są maniery i dystans; choć postać bawi, humor płynie tu z prawdy jej kreacji.

W oku Howarda McGillana widać diabelny błysk, gdy przechadza się po scenie z majestatem godnym Honoré. Jest nienagannie czarujący i czarująco nienaganny. Śpiewa z lekkością, a jego duety z Clark pulsują stylem – tworzą razem piękną parę. Steffanie Leigh jako Liane, odtrącona kochanka Gastona, wyciska z roli wszystko, co się da, będąc odpowiednio efektowną i zachłanną.

Gdy Vanessa Hudgens wychodziła do ukłonów, publiczność oszalała, fundując jej entuzjastyczną owację na stojąco. Obsadzenie jej w roli Gigi wydaje się jednak błędem podobnym do obsadzenia Patti LuPone jako Elizy Doolittle. Jej krzykliwy głos i styl po prostu nie pasują do delikatnej konstrukcji postaci i całego spektaklu. Powinna śpiewać mniej jak Eponina, a bardziej jak Kozeta. To nie wina Hudgens, to kwestia nietrafionego castingu.

Mimo to, zwłaszcza w drugim akcie, Hudgens poprawnie wywiązuje się z zadania. Najlepiej wypada w scenach z Clark, a moment pisania listu do Gastona to jej najlepszy występ. Bardzo stara się grać wbrew swoim naturalnym warunkom, ale nie udaje jej się w pełni oddać delikatności i ogromnej naiwności, której Gigi potrzebuje w pierwszym akcie. Wokalnie Hudgens jest zbyt silna; trafia w nuty, ale nie trzyma stylu reszty obsady. Ma jednak niezaprzeczalną charyzmę, dzięki której udaje jej się obronić tę rolę w oczach większości widzów.

Prawdziwą gwiazdą produkcji jest jednak Corey Cott. Jako Gaston jest po prostu fenomenalny. Cott to uosobienie męskiego amanta o urodzie gwiazdy filmowej, który potrafi tańczyć, grać i śpiewać z najwyższym kunsztem. Jego mocny baryton jest niezwykle atrakcyjny – tytułowa piosenka „Gigi” to wokalny punkt kulminacyjny wieczoru; dramatyczne odkrycie uczuć wyrażone poprzez perfekcyjne frazowanie i aksamitne legato.

Jeśli chodzi o charakter postaci, jego Gaston jest idealny. Pewny siebie, gładki, towarzyski, a przy tym młodzieńczy i nieco szelmowski. Cott świetnie współpracuje z partnerami scenicznymi, zwłaszcza z Clark, McGillanem i Hudgens. Jasne staje się, dlaczego każda kobieta w Paryżu go pragnie, a każdy mężczyzna chce być nim – Cott magnetyzuje od początku do końca.

Zmiany w partyturze i libretcie, w połączeniu z przekonującym i uwodzicielskim występem Cotta, eliminują większość słabych punktów dawnej „Gigi” i tworzą ramy dla sukcesu tego spektaklu.

W tej produkcji jest wiele do pokochania – zespół kreatywny stanął na wysokości zadania, a Clark, Hoty i McGillan błyszczą jak przystało na prawdziwe legendy Broadwayu. Jednak to Cott jest wschodzącą wielką gwiazdą, a dla obserwowania jego pewnych kroków na tej drodze warto spędzić ten wieczór w teatrze.

REZERWUJ BILETY NA GIGI NA BROADWAYU

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS