Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Giles Terera i przyjaciele, The Pheasantry ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Giles Terera i Przyjaciele

The Pheasantry

27 listopada 2016

5 Gwiazdek

Wspaniale było wpaść na Judi Dench – wraz z przyjaciółmi – w drodze do kameralnego, piwnicznego baru kabaretowego The Pheasantry parę niedziel temu. Widok tak znakomitej publiczności wspierającej Gilesa Tererę napawał radością: w pełni na to zasługuje. To artysta najwyższej klasy, który podczas swojej krótkiej, trzydniowej rezydencji, zaserwował nam całe mnóstwo niespodzianek i zachwytów.

Zaczęło się od odważnego wykonania „Feeling Good” a capella, zaintonowanego w ciemnościach kulis, a zakończonego feerią barw i świateł przy pianinie, z którego płynnie przeszliśmy w – a jakże inaczej – „The Tale of the King’s Road Piano”. Utwór ten brzmi dla mnie jak numer Leonarda Cohena, ale w rzeczywistości wyszedł spod pióra samego Gilesa. Następnie atmosfera gospel rozgorzała na dobre dzięki Clintowi Dyerowi, który ze swoją harmonijką zmierzył się m.in. ze starym hitem Harry’ego Belafonte „Matilda” oraz pięknym fragmentem „What A Friend We Have In Jesus”.

Giles jest też sprawnym kompozytorem: tego wieczoru usłyszeliśmy jego „Nicky”, znakomitą, samodzielną kompozycję, która przeszła w „Grandma’s Hands” Billa Withersa, przy czym artysta sam akompaniował sobie na gitarze. W jego programie kabaretowym urzeka to, że nigdy nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę: każdy zwrot akcji kwitowany był pełnymi zachwytu westchnieniami, które potęgowały się, gdy odkrywaliśmy, jak wszechstronnie utalentowany jest Giles. Jego konferansjerka również była bez zarzutu – od rodzinnych wspomnień, przez sprawy bieżące, po plotki ze świata show-biznesu, często powiązane z jego własnym dorobkiem zawodowym.

I tak na przykład: wkroczyliśmy na odważniejsze terytoria z przepięknym bluesem Roberta Johnsona „Come On In My Kitchen”, a potem – prosto z „Ma Rainey’s Black Bottom” (o ile się nie mylę) – wybrzmiało „Hear Me Talkin’ To You”. To doprowadziło nas do „Ramblin’ Man” i – dla odmiany – „Raspberry Beret” Prince’a. W ramach genialnej zmiany nastroju przenieśliśmy się w emocjonalne serce pierwszej części wieczoru, czyli „Georgia” – utwór, który w interpretacji Terery potrafi wycisnąć łzy.

W chwili, gdy wydawało się, że lepiej być nie może, na scenę wszedł Tyrone Huntley i obaj panowie fenomenalnie wykonali w duecie „A Bridge Over Troubled Waters”. Następnie, w idealnie wymierzonym zwrocie o 180 stopni, pojawił się Jon Robyns – w odświeżająco ciętym i prowokacyjnym nastroju – jako Princeton z „Avenue Q”, by wyśpiewać (z naddatkiem) „The Wind Beneath My Wings”. A potem? Potem pojawiła się boska Alexia Khadime, która mimo tego, że przygnała prosto z pantomimy w Hackney, zdarła gardło w „Had I A Golden Thread” z porażającym skutkiem. Giles zwieńczył to wszystko pięknym „At Last” Harry’ego Warrena – w tym momencie wszyscy pilnie potrzebowaliśmy czegoś pysznego do picia. Przerwa nadeszła w idealnym momencie.

Druga część była równie urokliwa, zaczynając od zręcznego „Singin’ in the Rain” (z elementami stepowania na wykładzinie podestu), a następnie żywiołowego trio w składzie Myra Sands, Finty Williams i Chris Logan w interpretacji „You Gotta Have A Gimmick” z musicalu „Gypsy”. Właściwy ton szybko przywrócił Terera swoim popisowym już numerem „Pure Imagination”. Jego wykwintna barwa i frazowanie, promieniujące barytonową głębią, czynią z tego utworu najbardziej uwodzicielską pochwałę duchowej swobody. Potem przeszedł do bardziej współczesnego „Sweet Dreams Are Made Of This”, pokazując po raz kolejny swoją wielką wszechstronność. Dostaliśmy nawet odrobinę „Jailhouse Rock”, zanim artysta przeszedł do ostrego „When God’s On Your Side” Dylana (idealnie pasującego do obecnej sytuacji politycznej w USA i nie tylko), a następnie do pogodnego humoru starego numeru Slima Whitmana „Lonesome Cattle Call”.

I wreszcie…! Rachel Tucker wpadła do lokalu i mimo braku jakichkolwiek prób, wraz z akompaniującym na pianinie panem Tererą, niemal roznieśli dach utworem „A Change Is Gonna Come”. Cóż to był za wieczór! Ale czy to był koniec? Skądże znowu. Giles miał w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę: „Mr Bojangles”, wykonane z właściwą mu powściągliwością i kryształową czystością głosu. Gdy wszyscy wrócili na scenę do wspólnego ukłonu, wiedzieliśmy, że uczestniczyliśmy w czymś wyjątkowym. A tych z Państwa, którzy go przegapili, zachęcam do czujności: on na pewno tu wróci!

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O WYDARZENIACH W THE PHEASANTRY

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS