Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Groan Ups, Vaudeville Theatre Londyn ✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje „Groan Ups”, pierwszy spektakl Mischief Theatre w ramach ich najnowszej rezydencji w londyńskim Vaudeville Theatre.

Jonathan Sayer (Simon), Henry Shields (Archie), Charlie Russell (Katie), Henry Lewis (Spencer) i Nancy Zamit (Moon). Zdjęcie: Robert Day Groan Ups Vaudeville Theatre

10 października 2019 r.

2 gwiazdki

Zarezerwuj bilety Kiedy twórcy „The Play That Goes Wrong” (Dziewczyna z pociągu), czyli ekipa Mischief Theatre, ogłaszają nowy tytuł, oczekiwania są ogromne.  Musimy jednak pamiętać, że u progu swojej kariery ta przełomowa komedia była surowym i nieociosanym projektem, który wcale nie wzbudzał salw śmiechu.  Dopiero długa metoda prób i błędów przed nieliczną widownią w niszowych teatrach pozwoliła dopracować ją do rangi monumentalnego sukcesu, jakim stała się później.

Henry Lewis (Spencer), Henry Shields (Archie) i Charlie Russell (Katie). Zdjęcie: Robert Day

Obawiam się, że tego samego czasu na rozwój zabrakło najnowszemu dziełu.  Zamiast tego, spektakl ten sprawia wrażenie pospiesznie wypchniętego na West End, zanim jeszcze stał się gotowy do wystawiania na tak dużej komercyjnej scenie.  A szkoda.  Autorzy – Henry Lewis, Jonathan Sayer i Henry Shields – stworzyli ciekawy punkt wyjścia: trzy sceny z życia tej samej piątki bohaterów, których podglądamy w wieku 6, 13 i dwudziestu-paru lat.  Całość dopełnia urocza scenografia Fly Davis i kostiumy Roberto Surace’a, sprawnie połączone przez reżyserkę Kirsty Patrick Ward.  W środku znajdziemy momenty – wręcz genialne przebłyski – wybornego humoru.  Jednak ogólnie rzecz biorąc, sztuka cierpi na brak spójności, typowy dla projektów, przy których dłubało zbyt wiele rąk, a ostateczny kierunek wciąż nie został ustalony: z kuluarów docierają do nas wieści, że tekst jest nieustannie poprawiany, co prawdopodobnie potrwa przez cały okres grania na West Endzie – i może to wyjść przedstawieniu tylko na dobre.

Henry Lewis (Spencer), Henry Shields (Archie). Zdjęcie: Robert Day

Obsada dwoi się i troi.  Oprócz wspomnianych autorów, na scenie zobaczymy Bryony Corrigan, Dave'a Hearna, Charlie Russell i Nancy Zamit, którzy tchną życie w bohaterów i również dołożyli swoją cegiełkę do procesu tworzenia scenariusza.  Być może pod wpływem energii płynącej od płacącej za bilety publiczności, uda im się nadać spektaklowi bardziej konkretny kształt.  Na ten moment mamy jednak do czynienia z zestawem dość luźno powiązanych ze sobą riffów, przypominających nadmiernie rozciągnięty skecz.  Ogłuszająca muzyka w antraktach (oprawa dźwiękowa Alexandra Faye-Braithwaite) to kolejny symptom produkcji, która czuje kłopoty i próbuje odwrócić uwagę od swoich niedociągnięć.

Jonathan Sayer (Simon), Nancy Zamit (Moon) i Henry Shields (Archie). Zdjęcie: Robert Day

Główny problem polega na tym, że wykreowanym postaciom brakuje głębi i oryginalności.  Każde ich słowo i gest rzadko kiedy niosą ze sobą powiew świeżości.  Można się pośmiać, można poczuć rozbawienie, ale jednocześnie ma się świadomość, że to wszystko już gdzieś widzieliśmy i słyszeliśmy – i to prawdopodobnie w nieco lepszym wydaniu.  Pierwszy akt jest szczególnie powierzchowny i zbędny; drugi wypada nieco lepiej dzięki większej werwie aktorów, choć niekoniecznie dzięki samemu tekstowi.  Dopiero w trzecim akcie, po przerwie, gdy dzieciaki stają się dorosłe („grown-up” – tutejsza gra słów w tytule wciąż mnie nie przekonuje, chyba że autorzy celowo dążyli do stworzenia tak oklepanej opowieści?), spektakl zaczyna nabierać sensu.  Czuć tu wyraźną inspirację stylem Ayckbourna w pokazywaniu spotkań po latach.  Niemniej jednak, przypominanie widzowi o innym wielkim dramaturgu i jego kunszcie nie powinno być chyba głównym celem ich nowej sztuki, prawda?

Zespół odważnie pokazuje nam więc to, co udało im się stworzyć... do tej pory.  Czas pokaże, czy publiczność z entuzjazmem zapłaci pełną cenę za bilet na West Endzie za coś, co w gruncie rzeczy jest wciąż fazą roboczą projektu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS