WIADOMOŚCI
RECENZJA: Hansard, National Theatre w Londynie ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Libby Purves
Share
Libby Purves recenzuje debiutancką sztukę Simona Woodsa pt. „Hansard”, wystawianą obecnie w Lyttelton Theatre w kompleksie National Theatre.
Alex Jennings (Robin) i Lindsay Duncan (Diana) w spektaklu Hansard. Zdjęcie: Catherine Ashmore Hansard
Lyttelton Theatre, National Theatre
4 Gwiazdki
W czasie, gdy w pobliskim Parlamencie wrze, National Theatre trafił na idealny moment, by wystawić debiut Simona Woodsa i promować go jako „błyskotliwy i miażdżący portret klasy rządzącej”. To wieczór wprost stworzony na dawkę wybitnych inwektyw dla widzów spragnionych politycznej chłosty „Torysa”. To spójny, 90-minutowy spektakl dla dwojga aktorów, opowiadający o konserwatywnym pośle po Eton, tkwiącym w głęboko nieszczęśliwym małżeństwie z żoną o sarkastycznych, socjalistycznych przekonaniach. Oboje żyją w cieniu tragedii, o której nie potrafią mówić – aż do oczyszczającego finału, w którym odkrywamy, że ta trauma wcale nie ma podłoża politycznego.
Alex Jennings. Zdjęcie: Cathering Ashmore
Akcja toczy się w 1988 roku: w schyłkowej, dziesiątej już dekadzie rządów Margaret Thatcher, kiedy to ustawa o samorządzie lokalnym – w ukłonie wobec przestraszonej starej prawicy – wprowadziła znienawidzony „Paragraf 28”. Głosił on, że szkoła „nie może celowo promować homoseksualizmu ani publikować materiałów z takim zamiarem”, dopełniając to obraźliwym sformułowaniem o „rzekomych relacjach rodzinnych”. Młodszym czytelnikom, którzy mogą naiwnie wierzyć w zero-jedynkowy podział polityczny w tej kwestii, warto przypomnieć, że odwilż nadchodziła: zaledwie dwa lata później konserwatysta John Major zaprosił Iana McKellena, by omówić prawa gejów, a choć pełne uchylenie przepisów nastąpiło za Blaira, to Cameron wprowadził małżeństwa jednopłciowe. Czas płynie. Partie (może poza DUP) zmieniają się wraz z nim.
Lindsay Duncan. Zdjęcie: Catherine Ashmore
Był to jednak gorący temat. „Paragraf 28” zdaje się w sztuce jedynie zapalnikiem furii żony, Diany. Lindsay Duncan, uosobienie kruchej elegancji, o 11 rano wciąż w szlafroku, krąży po swojej surowej, acz szykownej kuchni w Cotswolds. Od początku bije od niej niepokojące poczucie zmarnowanej inteligencji i irytacji latami spędzonymi jako „najlepsza żona wspierająca” – pełna pełnych uwielbienia spojrzeń, apaszek, bliźniaków i swobodnego rasizmu. Jednak pod tą maską kryje się bardziej osobisty gniew, którego przyczyna ujawnia się powoli. Alex Jennings jako Robin, poseł i znużony polityczny karierowicz, początkowo wydaje się jedynie karykaturalnie dystyngowany i pewny siebie, z miną męża przyzwyczajonego do złośliwych przekomarzanek. Para ta znakomicie iskrzy w dialogach, przechodząc przez boleśnie znane punkty sporne: różnorodność, poczucie krzywdy, biedę oraz jego pogardę do powieści i „paskudnych, liberalnych bywalców teatrów” (to nas rozbawiło – „wąski świat odrażających ludzi próbujących zrozumieć samych siebie” zamiast zająć się prawdziwą pracą).
Alex Jennings (Robin) i Lindsay Duncan (Diana). Zdjęcie: Catherine Ashmore
W sztuce nie brakuje śmiechu. Ale Robin nie jest tępym, pozbawionym uczuć ucieleśnieniem prawicowości. Trawnik, który dzień po dniu wałował, by wyrównać każdą kępkę, jest teraz niszczony przez lisy, a jego wygładzone pewniki zostają brutalnie podważone przez ludzką rzeczywistość. W finale, podczas wstrząsającej konfrontacji, u obojga pękają pancerze. Jesteśmy na to przygotowani dzięki umiejętnie prowadzonemu napięciu (choć słowne przepychanki trwają nieco zbyt długo), orientując się, że para miała kiedyś syna, a gdy wydarzyło się najgorsze, matka Robina – „krzyżówka Nancy Mitford z Attylą” – nie odwołała na drugi dzień fryzjera. Ona też nie wierzyła w te „emocjonalne bzdury” i nie nauczyła syna, jak sobie z nimi radzić.
Najlepiej nie zdradzać wszystkiego, lecz dzięki znakomitej grze aktorskiej i precyzyjnej reżyserii Simona Godwina, odwieczny konflikt liberałów z torysami (w stylu Toynbee i Tebbitta czy teatrzyku Punch i Judy) wcale nie jest tu najważniejszy. Kluczem jest żałoba, „stiff upper lip” i dziedzictwo brytyjskiego stłumienia. Oraz fakt, że tak – był czas, całkiem niedawno, gdy 75% narodu w sondażach twierdziło, że homoseksualizm jest zły, a wielu skądinąd przyzwoitych ludzi drżało przed zetknięciem z nim. Godne ubolewania, niesprawiedliwe i okrutne, ale prawdziwe.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności