Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hello Norma Jean, Park Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

Matthew Lunn

Share

Hello Norma Jeane

The Park Theatre

24 lutego 2016

2 gwiazdki

Marilyn Monroe niezmiennie pozostaje jedną z najbardziej zagadkowych i fascynujących postaci Hollywood – uwielbianą przez rzesze, lecz rozumianą przez nielicznych. Pod wieloma względami uosabia ona rozdźwięk między tożsamością prywatną a publiczną, co stanowi główny motyw sztuki Hello Norma Jeane.

Główną bohaterką jest Lynnie (Vicki Michelle), starsza kobieta z zanikami pamięci i niezwykłą tajemnicą. Po ucieczce z domu opieki w Essex, jej wnuk Joe (Jamie Hutchins) odnajduje ją w motelu w Los Angeles. To właśnie tam Lynnie wyznaje, że jest Marilyn Monroe i sfingowała własną śmierć przed dekadami. Joe rozpaczliwie pragnie, by było to prawdą – nie tylko z fascynacji, ale i z nadziei, że ta rewelacja pomoże mu naprawić relację z agresywnym partnerem, Scottem. Gdy na scenę wpada „agent CIA” Bobby (Peter McPherson), rzekomo poszukujący Marilyn, Joe jest już całkowicie przekonany. Szybko jednak odkrywamy, że Bobby to aktor wynajęty przez Lynnie, co rzuca cień wątpliwości na wiarygodność jej opowieści.

Sztuka porusza szereg trudnych tematów, takich jak przemoc domowa, demencja czy powierzchowność sławy. Jest również nasycona licznymi ripostami, z których niektóre są niezwykle zabawne, choć stylem przypominają nieco rubaszny humor z serii Carry On. Jednak mimo że Hello Norma Jeane ma niewątpliwy potencjał na porywający komediodramat, nie do końca wykorzystuje swoją obiecującą koncepcję. Choć spektakl zawiera kilka znakomitych momentów, brak mu spójności; rozwój postaci ginie pod ciężarem żartów i nagłych zwrotów akcji, przez co dramaturgia wydaje się momentami wymuszona.

Znaczna część narracji skupia się na poszukiwaniu przez Joe i Lynnie „dowodów” na jej tożsamość. W swoich najlepszych momentach wątek ten stanowi świetną bazę dla ekscentrycznej, a zarazem czułej historii o babci i wnuku, którzy próbują się nawzajem wspierać. Lynnie opisuje swoje wyznanie jako „coming out”, co w poruszający sposób koresponduje z ujawnieniem orientacji seksualnej przez Joe. Z kolei poczucie winy, które towarzyszy mu po oddaniu babci do domu opieki, staje się ukrytą motywacją do wspierania jej misji, nawet gdy pojawiają się powody, by wątpić w jej słowa.

Niestety, te udane sceny przeplatane są mniej zgrabnymi pomysłami. Wątek przemocy domowej, której Joe doświadcza ze strony Scotta, jest zaledwie zarysowany, podczas gdy rzekomy romans Scotta z byłym partnerem analizuje się bardzo szczegółowo. Rozwijająca się relacja Joe z Bobbym jest niby podyktowana tymi trudnymi doświadczeniami, ale ich emocjonalna więź wypada mało przekonująco, przez co wyznania miłości wydają się dość mechaniczne.

Wewnętrzny świat Joe dodatkowo komplikują regularne halucynacje z udziałem młodej Marilyn (Farrel Hegarty), które – jak wprost zaznaczono – zaczęły się, gdy Scott zaczął go źle traktować. Potencjał tego pomysłu osłabia jednak dziwny brak spójności między wizją a postacią Lynnie. Interakcje Joe z młodą Marilyn nie ewoluują wraz z rozwojem jego relacji z babcią – to niewykorzystana szansa na zderzenie obu tych tożsamości. Co więcej, choć Vicki Michelle jest fantastyczna jako klnąca i bezpośrednia Lynnie, jej wcielenie „Marilyn” oglądamy tylko w rzadkich, wyraźnie zasygnalizowanych momentach. W efekcie te dwa aspekty jej osobowości pozostają całkowicie rozdzielone, co w sztuce o odzyskiwaniu tożsamości pozostawia spory niedosyt.

Spektakl broni się jednak dzięki czterem solidnym rolom głównym. Vicki Michelle to niezwykle sprawna aktorka komediowa, która świetnie rozumie się na scenie z Jamiem Hutchinsem. Mimo kilku drobnych pomyłek w tekście, jej kreacja jest angażująca i z pewnością nabierze jeszcze rumieńców w trakcie sezonu. Peter McPherson jako Bobby jest sympatyczny i przekonujący w swojej niepewności (mimo imponującej budowy ciała), a Farrel Hegarty udanie naśladuje Marilyn i bawi do łez w epizodycznej roli odrażającej prezenterki telewizyjnej. Na największe uznanie zasługuje jednak Hutchins, który z wyczuciem balansuje między komizmem a dramatyzmem postaci Joe. Warto również wspomnieć o scenografii Zoe Hammond – wnętrze małego, obskurnego pokoju motelowego trafnie kontrastuje z blichtrem Hollywood.

Hello Norma Jeane nie w pełni wykorzystuje swój intrygujący potencjał i momentami brakuje mu subtelności. Niemniej, dzięki dobrej obsadzie i kilku świetnym scenom, może to być propozycja godna uwagi dla zdeklarowanych wielbicieli Marilyn Monroe. Spektakl Hello Norma Jeane jest wystawiany w Park Theatre do 19 marca 2016 roku

Zdjęcie: Mia Hawk

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS