Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: I Have A Bad Feeling About This, Vault Festival ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

I Have A Bad Feeling About This

Vaults Festival,

22 lutego 2018

5 Gwiazdek

Cóż za radość odkryć tak ujmujący, błyskotliwy i trafny duet talentów, jaki prezentują Harry Blake i Alice Keedwell. Ich „komedia muzyczna”, pokazana premierowo w zeszłym tygodniu w ramach najnowszej edycji festiwalu The Vaults, to czysta przyjemność w pięknej oprawie. Za reżyserię odpowiada Valentina Ceschi (współautorka spektaklu), konsultację scenograficzną zapewniła Emma Bailey, fantastyczne oświetlenie Richard Williamson, a szczyptę dynamicznej choreografii dodała Jennifer Fletcher.

To intensywne i niezwykle satysfakcjonujące doświadczenie. Numer otwierający, „In Berkhamsted”, to błyskotliwa, rzec można wręcz wielkomiejska riposta na banalność życia na przedmieściach, trafiająca prosto w główny cel przedstawienia. Mamy tu do czynienia z relacją typu miłość-nienawiść: Alice, ucharakteryzowana na współczesną „żonę ze Stepford”, z szerokim uśmiechem i fryzurą utrwaloną lakierem na beton, występuje w lśniącej czerwonej sukience z PVC. Jest niemal zamknięta w świetlistym prostokącie na podłodze, podczas gdy za jej plecami gwiazdy obojętnie spoglądają na bezsensowne pląsy zadufanej w sobie ludzkości. Tak, mamy tu pewien manifest – wyśpiewany z mocą. Teksty autorstwa Alice są dowcipne, w klimacie gdzie Betjeman spotyka grupę Fascinating Aïda oraz bohaterki cyklu Mapp i Lucia. Jej głos tryska pozytywną energią, podczas gdy on, z kamienną twarzą godną Chrisa Lowe’a i flegmatycznym stylem Neila Tennanta (Pet Shop Boys), dorzuca swoje zjadliwe komentarze. To właśnie on ma nieustannie „złe przeczucia”. Alice przeprowadziła się właśnie do hrabstw okalających Londyn. Próbuje ułożyć sobie życie na nowo, planuje wstawać o 7 rano, po czym nienawidzi się za to, że zwlekła się z łóżka dopiero o 10, żałując, że nie dorównuje sąsiadom, którzy „osiągają sukcesy”.

Alice jednak prze do przodu – wcielenie optymizmu. Jej drugi numer, rodzaj czardasza w d-moll zatytułowany „Our Local Pub”, ma w sobie werwę godną Lesliego Bricusse’a i brzmi jak powieść Barbary Pym przefiltrowana przez prozę Kathy Lette. Opisuje on kolejny krok: nawiązywanie znajomości. Jej podejście jest nadzwyczaj bezpośrednie. Urok spektaklu polega na tym, że jej niemal obłąkańcza obsesyjność nie spotyka się z ostracyzmem – wręcz przeciwnie, zostaje sowicie nagrodzona przez życzliwych mieszkańców Hertfordshire. Co ciekawe, w roli postaci drugoplanowych obsadza nas, publiczność, angażując nawet jednego odważnego widza do roli „Sarah” (z kwestiami wydrukowanymi na dużych kartach). I tak idzie dalej. „I Can Do This” to spiżowy hymn do jej determinacji. Alice wydaje przyjęcie: inauguracyjne spotkanie jej inicjatywy – klubu kolacyjnego. Blake zza klawiszy drwi ze wszystkich jej starań, lecz niezrażona Alice maszeruje naprzód.

„Thanks So Much For Coming” to fenomenalna scena z oszałamiającą oprawą świetlną. To punkt kulminacyjny, w którym Alice relacjonuje katastrofalne skutki swojego nieszczęsnego wejścia do towarzystwa w Berkhamsted. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło. Alice jest zrozpaczona. „Alice, You Twat” to jej przejmująca ballada, naprawdę piękny utwór, który sprawia, że wstrzymujemy oddech i dostrzegamy wrażliwą istotę uwięzioną w tym potworze społecznych aspiracji. Jedynym mankamentem spektaklu jest może fakt, że numer ten przechodzi w kolejną balladę, „Maybe I Need Someone To Talk To”, co nieco osłabia siłę rażenia tej pierwszej. Jestem pewien, że twórcy szybko to skorygują. Na szczęście nie trwa to długo.

Po katastrofie nadchodzi niespodziewane pocieszenie – duch niemal Dickensowskiej wyrozumiałości uśmiecha się do porażek Alice i pozwala jej powrócić w szeregi ludzi „kulturalnych i ustawionych”. Show kończy porywający finał z entuzjastycznym udziałem widowni: „There’s Not A Magic Happy Ending”. Tekst piosenki leżał na krzesłach od początku wieczoru i wreszcie mogliśmy go użyć. Nikt jednak nie był przygotowany na ambitną linię melodyczną – musieliśmy uważnie słuchać siebie nawzajem, by przez to przebrnąć. Cóż za wspaniałe, jednoczące doświadczenie! Finałowy akord z wielogłosową harmonią przyniósł dreszcz satysfakcji: sztuka naprawdę uleczyła rany zadane przez życie. Wracamy do domu w znacznie lepszych nastrojach, niż gdy tu przychodziliśmy.

Trudno o lepszą rekomendację, czyż nie?

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O VAULT FESTIVAL

ODWIEDŹ STRONĘ HOUSE OF BLAKEWELL

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS