Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: La Bohème, Opera Holland Park ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Tim Hochstrasser recenzuje operę La Bohème Pucciniego, wystawianą w ramach sezonu 2023 w Opera Holland Park.

La Bohème (Cyganeria)

Opera Holland Park

3 Gwiazdki

Strona internetowa Opera Holland Park

Biorąc pod uwagę (nadmierną) znajomość tej opery, wyzwanie stojące przed każdym reżyserem jest ogromne. Pokusa, aby przenieść akcję jak najdalej od XIX-wiecznego Paryża, jest silna, ale z drugiej strony mamy do czynienia z kluczowym dziełem nurtu werystycznego, gdzie surowy realizm stanowi istotę estetyki. Gdzie zatem leży złoty środek?

Natascha Mitchell zdecydowała się osadzić tę produkcję we włoskim studiu filmowym z lat 50. XX wieku, w którym trwają prace nad dramatem kostiumowym z epoki Belle Époque. Wieczór rozpoczyna trzeszczące nagranie utworu Edith Piaf, a wszystkie postacie Pucciniego są zaangażowane w zdjęcia – Rodolfo jest scenarzystą, Mimi asystentką kostiumografki, Musetta piosenkarką, a Marcello scenografem i tak dalej. W teorii to błyskotliwy koncept, ale przez trzy z czterech aktów okazuje się on bardziej rozpraszający niż odkrywczy.

Obsada i Chór La Bohème. Fot. Craig Fuller.

Scenografię zagracają rekwizyty filmowe, w tym wielka kamera przesuwająca się przed orkiestrą, a przestrzeń wypełniają tłumy statystów i pracowników technicznych, którzy w pewnych momentach łączą się z chórem. Można podziwiać kunszt, z jakim wszystkie te zazębiające się elementy płynnie się przenikają, kwestionując jednocześnie, czy jest to najlepsza atmosfera dla dramatu, który – poza sceną w Café Momus – składa się głównie z serii intymnych spotkań celebrujących przyjaźń, romans lub obie te rzeczy naraz. Tutaj prostota byłaby lepsza niż gorączkowy tłok, nawet jeśli ryzykowałoby to bardziej konwencjonalną interpretację. Gdy prostota powróciła w Akcie 3, wszystko nagle odzyskało ostra i przekonującą wyrazistość dramatyczną.

Adam Gilbert jako Rodolfo i Katie Bird jako Mimi. Fot. Craig Fuller

Mimo to, strona muzyczna wieczoru stoi na bardzo wysokim poziomie. City of London Sinfonia pod batutą George'a Jacksona delektuje się smakowitymi fakturami orkiestrowymi, wydobywając wiele warstw instrumentalnych barw, które Puccini wyczarował w służbie dramatyzmu. W tym wykonaniu nie ma nic z rutyny, a dzięki temu, że Jackson odważył się na autentyczne pianissimo pod rozległym namiotem Holland Park, mogliśmy usłyszeć partie wewnętrzne orkiestry, zazwyczaj nieuchwytne w ogólnym brzmieniu.

Podobnie kluczowe role zostały zaśpiewane na najwyższym poziomie. Katie Bird stworzyła najlepszą interpretację Mimi, jaką słyszałem od lat. Zbyt często śpiewaczki w tej roli uważają, że muszą niknąć w oczach od pierwszego pojawienia się na scenie; tymczasem Bird oferuje autentyczną, rezolutną osobowość przez cały czas, pięknie poprowadzone partie w kluczowych ariach i znakomitą scenę śmierci, w której – podobnie jak orkiestra – ścisza głos do chwytającej za serce nici dźwięku. Finał, który słyszeliśmy tyle razy, nagle na nowo przykuł uwagę.

Adam Gilbert, Barnaby Rea i Ross Ramgobin. Fot. Craig Fuller

Kroku dotrzymywał jej Adam Gilbert jako Rodolfo, w pełni panujący nad wymaganiami tej roli i śpiewający bez wysiłku. Wokół nich znalazła się bardzo przekonująca grupa przyjaciół. Marcello, Colline i Schaunard byli postaciami z krwi i kości, pełnymi ciepła, energii i humoru. W szczególności Barnaby Rea jako Colline pożegnał się ze swoim płaszczem tak, jakby zależało od tego jego życie, a Ross Ramgobin z dużą wiarygodnością oddał zmienne nastroje Marcella. Musetta w wykonaniu Elizabeth Karani dorównywała mu na każdym kroku, dominując w Akcie 2 – tak jak powinna – łącząc kokieterię z sercem.

 

Elizabeth Karani jako Musetta. Fot. Craig Fuller

Mimo skupienia na głównych bohaterach, sukces tej opery opiera się na zbiorowym wysiłku w odmalowaniu konkretnego środowiska. Chór odgrywa tu ogromną rolę i jak zwykle Opera Holland Park spisała się pod tym względem znakomicie – czy to w roli gości Café Momus, ulicznych sprzedawców, czy grup dzieci. Śpiewacy z różnych zespołów połączyli siły, tworząc spójny i przekonujący obraz scen zbiorowych. Tutaj uznanie należy się reżyserce, mimo moich zastrzeżeń co do ogólnej koncepcji – sceny, w których cała scena była pełna, wypadły bardzo przekonująco.

Elizabeth Karani jako Musetta. Fot. Craig Fuller

Podtrzymuję swoją opinię, że reżyserka zbyt mocno próbowała zaszczepić wielki koncept w operze, która często najlepiej sprawdza się w kameralnej, intymnej skali. Nie ma jednak wątpliwości, że publiczność wypełniająca salę po brzegi w wieczór prasowy cieszyła się spektaklem, który muzycznie oferował znacznie więcej niż zazwyczaj, przypominając nam na nowo, jak po mistrzowsku ta opera jest skonstruowana na każdym poziomie.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS