Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Lakmé, Opera Holland Park ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Lakmé

Opera Holland Park

23/07/2015

5 Gwiazdek

Istnieje wiele powodów, dla których opera odnosząca oszałamiający sukces w dniu premiery, odchodzi w zapomnienie w kolejnych pokoleniach. Może to wynikać ze zmiany gustów, kosztów i logistyki wystawienia wiarygodnej produkcji lub czysto technicznej trudności w znalezieniu odpowiednich głosów. Wszystkie te elementy stoją za słabnącą reputacją „Lakmé” Léo Delibesa, wystawionej po raz pierwszy z wielkim uznaniem w Opéra Comique w 1883 roku. Współcześni inscenizatorzy czują się nieswojo z jej nieukrywanym orientalizmem i mają trudności z wystawieniem jej zgodnie z oryginałem lub stworzeniem alternatywnego scenariusza. Akcja w świątyni, rozbudowane chóry, duża liczba głównych ról i wielka orkiestra symfoniczna nie pozwalają na żadne cięcia budżetowe. Do tego dochodzi wyzwanie koloraturowe wymagającej roli tytułowej, której ostatnią uznaną mistrzynią była niezrównana wokalnie Joan Sutherland. Jednak Opera Holland Park, pod wodzą reżyserki Aylin Bozok, udowadnia, że problemy te nie są nie do pokonania, gdy zespół wierzy w jakość samego dzieła i wykonuje je z wrażliwością oraz pełnym zaangażowaniem. Pierwszą i najprostszą rzeczą, którą należy powiedzieć o „Lakmé”, jest to, że to dzieło o niezmiennie wysokim poziomie muzycznym. Każdy zna mieniące się, wciągające linie słynnego Duetu kwiatów z pierwszego aktu, który raz po raz pojawia się w coraz mniej wiarygodnych reklamach telewizyjnych. A to tylko jedna z wielu natychmiast zapadających w pamięć melodii, demokratycznie rozdzielonych między główne role w trzech aktach. Co więcej, instrumentacja jest w różnych momentach bujna, delikatna i subtelna, z niejedną nieoczekiwaną zmianą harmoniczną w chwilach szczególnego dramatyzmu i udręki. Wbrew pozorom, niewiele jest tu czystej dekoracyjności. Delibes kształcił się u Adolphe'a Adama i dziś może być bardziej znany jako kompozytor baletów takich jak Sylwia czy Coppélia, ale on i jego libreciści doskonale wiedzieli, jak rozwijać historię i postacie, wykorzystując pełne zasoby opery w wielkim stylu. W sercu tej opery, pod warstwą orientalizmu, kryje się ciekawsza opowieść o zderzeniu kultur, która antycypuje motywy z Drogi do Indii. Nilikantha (David Soar), zbuntowany bramin, trzyma swoją córkę (Fflur Wyn) w całkowitej izolacji w świątynnych ogrodach jako symbol sakralnej czystości. Grupa brytyjskich turystów przypadkiem wkracza na ten teren, a jeden z nich, oficer armii Gérald (Robert Murray), zostaje na miejscu, spotyka Lakmé i zakochuje się w niej pod nieobecność ojca. Fabuła skupia się na pragnieniu zemsty Nilikanthy na Angliku, wewnętrznym konflikcie tego ostatniego między nową miłością a obowiązkiem wobec pułku oraz determinacji Lakmé, by pozostać wierną zarówno religii, jak i kochankowi. Do kulminacyjnych punktów należą dwie tętniące życiem sceny zbiorowe z nowatorskimi synkopami, słynna „Aria z dzwoneczkami” z drugiego aktu, którą Lakmé jest zmuszona zwabić kochanka z powrotem do świątyni, oraz popisowa aria Géralda, w której mierzy się on ze swoim dylematem. Wybór scenerii i scenografii jest w tej operze ważniejszy niż zazwyczaj. Musi istnieć ostry kontrast między prywatnością, odosobnieniem i niewinnością świątyni Lakmé a zgiełkiem targu – publicznej areny grożącej przemocą, chaosem i obaleniem rasowych, społecznych i religijnych pewników. Zostało to świetnie oddane przez scenografa Morgana Large’a. Długa i głęboka scena w Holland Park, która bywa problematyczna w kameralnych operach, tutaj okazała się atutem. Wielki chór ma pełne pole do popisu choreograficznego, budując nastroje od codziennej krzątaniny po złowrogie groźby przemocy. W martwym centrum akcji stoi pozłacana świątynia otoczona rzędem wielkich, ażurowych płatków lotosu, przypominających nieco herbatniki mille-feuille wbite w lody. Płatki są przesuwane przez służbę świątynną, by odsłaniać lub zasłaniać wnętrze sanktuarium, zajmowanego przez samą Lakmé lub tancerza baletowego, który co jakiś czas interpretuje dramat. Kolorystyka kostiumów oparta na turkusach i błękitach, w połączeniu ze złotymi wnętrzami, tworzy ton chłodnej powściągliwości i wyrafinowania, unikając jarmarcznego stylu Bollywood. W obsadzie nie ma słabych ogniw. Murray i Soar w pełni radzą sobie z wokalnymi i aktorskimi wyzwaniami swoich ról, a epizodyczne postacie Brytyjczyków są zgrabnie i wyraziście zarysowane. Frédéric, drugi oficer, pozostający wzorem konformizmu, to rola dość niewdzięczna, ale Nicholas Lester śpiewa i gra z przekonaniem. Jako pani Bentson, Fiona Kimm jest gotowa głośno protestować przy najmniejszej obrazie jej kulturowych uczuć, a jej dwie podopieczne, Rose (Fleur de Bray) i Ellen (Maud Millar), maksymalnie wykorzystują szansę na odkrywanie Indii. Dwaj słudzy świątynni, Mallika (Katie Bray) i Hadji (Andrew Dickinson), są obecni na scenie przez większość czasu. Choć ich rola często polega na samym asystowaniu, co nie zawsze jest łatwe do utrzymania przez cały wieczór, wywiązali się z tego z klasą. Chór jest filarem akcji w każdym akcie: artyści doskonale radzili sobie ze swoimi partiami, grając przekonująco zarówno jako jednostki, jak i zbiorowość. Jednak sukces tej opery zależy od wykonawczyni roli tytułowej. Fflur Wyn, która gra również główną rolę w Przygodach Alicji w Krainie Czarów, sprostała zadaniu. Jako aktorka posiada wdzięk i spokój, który od początku przykuwał uwagę, a przy tym doskonale rozłożyła siły wobec morderczych wymagań roli. Szczególnie imponujące było wykonanie „Arii z dzwoneczkami” – to właściwie trzy potężne arie połączone w jedną, z których każda kończy się coraz wyższymi wokalizami. Wyn połączyła czystość i kontrolę z przejmującym oddaniem kontekstu dramatycznego. Łatwo potraktować tę arię jako zwykły popis techniczny, podczas gdy w rzeczywistości jest to desperacka, wymuszona manifestacja bycia ofiarą pod maską spektaklu. Te emocje wybrzmiały w jej występie bardzo mocno i poruszająco.

Dyrygent Matthew Waldren, gdy trzeba, wydobywał burzliwe brzmienia z City of London Sinfonia, ale znajdował też przestrzeń dla kameralnych solówek instrumentalnych – zwłaszcza fletu i innych instrumentów dętych drewnianych. Wielką przyjemnością było widzieć pełną orkiestrę zamiast tradycyjnego kanału, a doskonały balans między śpiewakami a muzykami potwierdził słuszność tej decyzji. Choć Opera Holland Park rzadko od razu wznawia swoje spektakle, należy mieć nadzieję, że ta nieskazitelna i pełna wdzięku produkcja powróci na afisz w przyszłych latach.

Więcej informacji na stronie www.operahollandpark.com

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS