Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Naked Boys Singing, Eagle Garden Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje Naked Boys Singing – rewię, którą można obecnie oglądać przez ograniczony czas w Garden Theatre przy klubie The Eagle w Londynie.

Naked Boys Singing

Eagle Garden Theatre

19 października 2020

3 gwiazdki

Kup Bilety

Rewia to trudna forma, a ten spektakl nie jest wyjątkiem. Dzieło wielu rąk (wymieniono aż 13 autorów) stanowi wyjątkowo luźny zbiór scenek skupionych wokół jeszcze luźniejszego konceptu, zawartego w bezpretensjonalnie szczerym tytule. Brakuje tu konkretnego motywu przewodniego, przez co treść błądzi w różnych kierunkach, nie tworząc spójnej całości. To po prostu sekwencja numerów, i to wyłącznie muzycznych: brak scen dialogowych sprawia, że bliżej mu do „cyklu pieśni” opartego na wizualnym chwycie niż do pełnokrwistego spektaklu. Otwierający numer „Gratuitous Nudity” mówi wszystko. Nie ma co oczekiwać niczego więcej po tej szóstce chłopaków, którzy często (choć nie zawsze) występują bez ubrań. Nawet początkowa próba wciągnięcia szóstego członka trupy z widowni na scenę nie prowadzi do niczego konkretnego, a szkoda, bo nawiązanie relacji między sceną a widzem jest zawsze mile widziane. Choć zapowiadany jako „kampowy musical”, w rzeczywistości nie ma tu zbyt wiele kampu ani śladu fabuły – jeśli szukacie postaci i akcji, możecie o tym zapomnieć.

Obsada jest jednak sympatyczna. Liam Asplen gra pechowego widza, „zmuszonego” do wejścia na scenę za korzystanie z telefonu, próbując przywołać Lynn Barber (to zabawny, lokalny żart, który obiecuje coś więcej w scenariuszu – szkoda, że ostatecznie do niczego nie prowadzi, ale tak jest tutaj ze wszystkim). Asplen ma lekki, wręcz niewinny głos. W rzeczywistości panuje tu dość grzeczny i słodki nastrój; spokojnie moglibyście zabrać na to mamę, a pewnie uznałaby show za uroczy. Nic dziwnego, że utrzymał się na Off-Broadwayu przez dwanaście lat.

Nick Brittain prezentuje się znakomicie ze swoją sylwetką tancerza i czystym tenorem, świetnie odnajdując się w pastiszach numerów Boba Fosse'a. Choreografia Carole Todd (która również reżyseruje) to jeden z największych atutów tej produkcji: jest pomysłowa i zachwycająca. Todd sprawnie prowadzi zespół na małej scenie, gdzie przy akompaniamencie Aarona Clinghama na instrumentach klawiszowych, wykonawcy dokonują cudów w temperaturze bliskiej 7 stopni Celsjusza (to jak występ w lodówce, choć trzy grzałki nad sceną próbują walczyć z zimnem – nie wiem, czy chłopcy coś czuli, ale siedząc w pierwszym rzędzie, nie odniosłem wrażenia, by działały). Aktorzy z pewnością kochają najbardziej energetyczne układy Todd, bo dają im one szansę na rozgrzanie się. Jednak zaskakująco dużo utworów jest stonowanych, co ma nieco usypiający efekt. Obsada śpiewa bez mikrofonów w tej kameralnej przestrzeni i nie mam pojęcia, jak dbają o struny głosowe w takim chłodzie, ale udaje im się wydobyć piękne harmonie i czyste brzmienie.

Obsada Naked Boys Singing

W międzyczasie ja siedziałem opatulony w sweter, szalik, wełnianą czapkę i rękawiczki, drżąc z zimna w lodowatym przeciągu, który dął na mnie niczym wyjątkowo złośliwa klimatyzacja. To było wyzwanie. Jak obsadzie udaje się nie dygotać – nie mam pojęcia. Ale kiedy ma się budowę Kane'a Hoada – najbardziej wysportowanego w zespole – widocznie jest się ulepionym z innej gliny! Jednak ta męskość nie do końca współgrała z lekkim, dość powierzchownym humorem tekstów, mimo zapewnień, że nagość to tylko kolejne „okno do duszy”. Niestety, duszy w tym show nie dostrzegłem: bywała sentymentalność, ale nic głębszego. Przy tej błahostce musical „Hair” wygląda jak dramat Howarda Barkera.

Mimo to, Daniel Ghezzi wniósł na scenę nieco bardziej refleksyjną energię i spokój. Daniel Noah miał swoje urocze momenty, grając typ marzyciela z tęsknotą w oczach. Z kolei Jensen Tudtud wywołał najwięcej śmiechu swoim numerem o „nagim sprzątaczu”. Ich występy dostarczają dokładnie tego, czego można się spodziewać – „robią to, co obiecuje opakowanie”, jak stwierdził inny recenzent. Jeśli szukacie w teatrze jedynie prostego spełnienia oczekiwań, to show może wam się spodobać.

Ten spektakl nie zabierze was w podróż, nie zada niewygodnych pytań i z pewnością nie zmusi do myślenia. Oferuje jednak trochę ciała w rytm muzyki i kilka zgrabnych ruchów. Przy obecnym braku innych propozycji, ta pozycja na pewno nie zaszkodzi. Oglądając ją, macie też świadomość, że wspieracie teatr w czasie, gdy rząd zdaje się dążyć do autodestrukcji całej brytyjskiej branży kulturalnej. Gospodarz wieczoru, The Eagle, działa przy 25% obłożeniu i przetrwał tylko dzięki tej plenerowej przestrzeni kabaretowej na tyłach lokalu. Show jest grany na zmianę ze wznowieniem „Pippina”, a w zimowym programie zapowiedziano już kolejne tytuły – o ile pozwolą na to obostrzenia i lockdowny. To odważne przedsięwzięcie, a producenci dobrze znają swoją widownię. Miejmy nadzieję, że ten hazard im się opłaci.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS