Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Not A Game For Boys, King's Head Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Daniel Coleman-Cooke

Share

Bobby Davro jako Eric i Oliver Joel jako Tony w Not A Game For Boys. Zdjęcie: Lia Waber Not A Game For Boys

King's Head Theatre

12 czerwca 2015

4 gwiazdki

Sztuki i filmy o tematyce sportowej są ostatnio bardzo modne, jednak niewiele z nich zagłębia się w pozornie spokojny świat tenisa stołowego. King’s Head w Islington, jeden z najstarszych londyńskich teatrów w pubie, postanowił to zmienić, zapraszając do współpracy byłego aktora serialu Eastenders i znanego komika, Bobby’ego Davro.

Występuje on we wznowieniu sztuki Simona Blocka Not a Game for Boys – dzieła, które w połowie lat 90. było trampoliną dla kariery autora. To opowieść o trzech taksówkarzach, którzy szukają odskoczni od życiowych trosk w lokalnej lidze tenisa stołowego. Przed nimi mecz życia i widmo spadku z ligi. Jednak dawne urazy i podziały szybko rozbijają grupę, a prawdziwa gra przenosi się poza stół, gdy zespół musi zmierzyć się z własnymi demonami.

Kapitan drużyny Eric (Davro) zmaga się z problemami małżeńskimi i trudną sytuacją w domu, Oscar (Alan Drake) to człowiek przepełniony samotnością, a żonaty Tony (Oliver Joel) ku oburzeniu małżonki regularnie zabiera pewną młodą damę „na przejażdżkę po Aldwych”. Wszystkie te bolączki wyostrza śmierć „Grubego Dereka” – powszechnie nielubianego krzykacza, który zmarł nagle przy stole pingpongowym. Oscar zaczyna zastanawiać się, czy życie oferuje coś więcej niż cotygodniowe odbijanie piłeczki i podaje w wątpliwość swoje oddanie drużynie.

Te wątki poboczne ożywają dzięki błyskotliwemu i pełnemu energii (choć mocno naszpikowanego wulgaryzmami) scenariuszowi, który idealnie oddaje ostrą, brutalną wręcz wymianę zdań, tak charakterystyczną dla męskich klubów sportowych. Dialogi i kameralna inscenizacja mają w sobie coś z Pintera; duża część akcji toczy się, gdy jeden z zawodników jest „na meczu”, co pozwala na serię dialogów obnażających narastające napięcia. Dla tego tria trawa u sąsiada zawsze wydawała się bardziej zielona – z zazdrością patrzyli na swoje style życia: kawalerska wolność (lub samotność) Oscara kontrastowała z nieszczęśliwym małżeństwem (lub domową sielanką) Erica. Główne motywy sztuki – lojalność, zaangażowanie i przyjaźń – są tu analizowane i wystawiane na próbę w sposób wyważony i przemyślany.

Davro jest genialny jako Eric – seksistowski, zgorzkniały kapitan z piekła rodem. To człowiek, który każdy mecz traktuje jak finał Mistrzostw Świata i pęka z dumy na myśl o jakości ciastek, które serwuje kolegom z drużyny. Davro świetnie oddaje tragizm tej postaci i jej potrzebę ucieczki od rzeczywistości, zwłaszcza w scenie, gdy Eric przyznaje, że te 45 minut tygodniowo przy stole to jedyny czas, kiedy czuje się naprawdę szczęśliwy. Ten król estrady wciąż imponuje wyczuciem komizmu, ale głębia i emocjonalność jego występu może zaskoczyć zarówno fanów, jak i krytyków.

Pozostali dwaj członkowie obsady dotrzymują mu kroku, prezentując solidne aktorstwo. Alan Drake był doskonały jako racjonalny i sumienny Oscar, pod którego wizerunkiem singla kryje się głęboki smutek. Długi, poruszający monolog o naturze samotności został wygłoszony po mistrzowsku, kompletnie zaskakując widownię. Tony, najmłodszy z grupy, grany jest z chłopięcym entuzjazmem przez świetnego Olivera Joela. Postacie są angażujące i solidnie zarysowane; świetnym zabiegiem było opisanie ich stylów gry jako „blokujący”, „popychający” i „uderzający”, co podkreśliło kontrastujące osobowości stworzone przez Blocka.

To pierwsza sztuka, z jaką się zetknąłem, w której oprócz tradycyjnego programu widz otrzymuje kopię scenariusza. To bardzo trafiona innowacja, choć lektura didaskaliów ujawniła, że postać Oscara powinna być po pięćdziesiątce. O ile Alan Drake nie stosuje jakiejś cudownej pielęgnacji i nie jest znacznie starszy, niż wygląda, ta dojrzałość wieku nie była specjalnie odczuwalna ani w wyglądzie, ani w interpretacji. Scenariusz przydał się też, by sprawdzić, czy jedyne potknięcie Davro tego wieczoru (bardzo dosłowne wyłożenie się) było zaplanowane – jak się okazało, nie było!

Reżyser Jason Lawson przygotował świetną inscenizację, a obsada dała z siebie wszystko, wykazując się dużą energią w ruchu scenicznym. Jest to tym bardziej godne podziwu, że temperatura wewnątrz przypominała małą saunę. Choć trudno winić za to ekipę, było to bardzo niekomfortowe i pod koniec spektaklu widać było, że publiczność cierpi z upału. Scenografia Fiony Martin była minimalistyczna, ale skuteczna, podkreślając obskurność i mrok, które często towarzyszą amatorskim obiektom sportowym.

Kiedy powiedziałem znajomym, że zamierzam spędzić piątkowy wieczór, oglądając Bobby'ego Davro grającego w ping-ponga, mogli pomyśleć, że znów przesadziłem z whiskey. Jednak „Not A Game for Boys” to fantastyczny wieczór w teatrze ze świetnym aktorstwem i genialnym tekstem – zdecydowanie warto o tę sztukę narobić trochę szumu!

Spektakl Not A Game For Boys jest grany w King's Head Theatre do 5 lipca 2015 roku

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS