WIADOMOŚCI
RECENZJA: Our Country's Good, National Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Our Country's Good
Olivier Theatre, National.
26 sierpnia 2015
3 Gwiazdki
„W didaskaliach do 'Our Country's Good' nie ma ani jednej wzmianki o muzyce aż do samego końca. 'I przy triumfalnych dźwiękach V symfonii Beethovena... zaczyna się pierwsze australijskie wystawienie Werbownika'. Jedyną aluzją czynioną przez postacie jest sarkastyczna uwaga oficera, który proponuje budowę opery, by zaspokoić idealizm gubernatora kolonii. A jednak w nowej inscenizacji hymnu Timberlake Wertenbaker na cześć potęgi teatru w National Theatre, piosenki zostały wywołane z kulis.
Autorką oprawy muzycznej jest Cerys Matthews, debiutująca w teatrze... która choć zachwycona propozycją, obawiała się ingerencji w tekst. 'Nie chciałam wchodzić w drogę sztuce' – wyjaśnia – 'Nie chciałam, by muzyka przyciągała zbyt wiele uwagi lub spowalniała narrację'.
Tak relacjonuje Jasper Rees w eseju do programu inscenizacji Nadii Fall, którą można obecnie oglądać na scenie Olivier Theatre w National. Choć muzykę można uwielbiać, z przykrością trzeba stwierdzić, że kompozycje Matthews – momentami urocze, chwilami nastrojowe, a niekiedy zupełnie niepasujące – wchodzą w drogę sztuce Wertenbaker; przyciągają zbyt wiele uwagi i zdecydowanie spowalniają akcję.
W istocie sposób, w jaki Fall wykorzystuje partyturę Matthews, niemal niweczy czar słów Wertenbaker, zwłaszcza w pierwszym akcie. Drugi akt radzi sobie nieco lepiej, ale szkoda została już wyrządzona i spektakl nigdy nie osiąga tych wyżyn magicznego uniesienia, jakie potrafią wywołać same słowa.
To wspaniała sztuka, oda do odkupieńczej mocy teatru. Opierając się na powieści Thomasa Keneally'ego 'The Playmaker', Wertenbaker stworzyła niezwykle teatralną i donośną analizę człowieczeństwa, niesprawiedliwości, izolacji i przemiany, dokonującej się dzięki nieoczekiwanym więziom rodzącym się podczas prób i wystawiania spektaklu. Wszystko opiera się tu na słowach.
Słowach z 'Werbownika' Farquhara, które ćwiczą skazańcy w nowej kolonii karnej w Sydney. Słowach przywołujących poczucie surowej sprawiedliwości wyznawanej przez wojsko. Słowach mówiących o miłości, stracie czy desperacji. Słowach, które nic nie znaczą dla czujnego Aborygena, z konsternacją obserwującego poczynania kolonizatorów. Słowach, które oświecony gubernator ma nadzieję wykorzystać do zmiany życia i przyniesienia cywilizacji do kolonii. Słowach używanych przeciwko skazańcom. Słowach, którymi więźniowie definiują swój los. Słowach, które jedni tłumaczą drugim. Słowa.
Nie muzyka.
Można by wręcz odnieść wrażenie, że brak muzyki w oryginale był zamierzony – że Wertenbaker chciała podkreślić, iż bez teatru nie ma cywilizacji, a zatem i muzyki. Dopiero dzięki sztuce wystawianej przez skazańców muzyka stała się możliwa.
Gubernator Philip mówi w pewnym momencie: 'Grecy wierzyli, że obowiązkiem obywatela jest oglądanie sztuk. Był to rodzaj pracy wymagający uwagi, osądu, cierpliwości – wszystkich cnót społecznych'. W tej sztuce uwaga skupia się na słowach, postaciach i akcji – kluczowych elementach teatru. Partytura Matthews rozmywa ten punkt ciężkości. Muzyka nie wspiera ani nie napędza tej produkcji.
Chodzi tu o wizję reżyserską, a nie o brak umiejętności po stronie Matthews. Fall wydaje się niechętna prostej prezentacji dramatu; zamiast tego próbowała stworzyć coś epickiego z kameralnej opowieści. W tej sztuce drzemie epicki potencjał, ale jej mechanika nie jest epicka.
Wystawienie jej w Olivier Theatre wydawało się dziwnym pomysłem jeszcze przed obejrzeniem spektaklu; po seansie widać wyraźnie, że decyzja ta zrodziła błędne przekonanie, że całość musi mieć ogromną skalę. Kolonia karna to miejsce duszne i ciasne, gdzie życie więźniów i wojska toczy się jedno na drugim. Dla tego tytułu znacznie lepsza byłaby mniejsza przestrzeń, np. Dorfman Theatre.
Scenografia Petera McKintosha jest imponująca i dobrze wykorzystuje ogromną scenę Oliviera. Zaczyna się prosto – Aborygen sam na płaskiej skale. Wspaniałe, nieco surrealistyczne tło przywołuje angielskie wyobrażenie o Australii – czerwoną ziemię i palące słońce. Może nie tak wyglądała rzeczywistość kolonii karnej, ale buduje to koncepcję obcego krajobrazu, w którym rdzenny mieszkaniec jest u siebie, a przybysze z Pierwszej Floty są intruzami.
Skała pęka i zmienia się w pokład oraz ładownię statku wiozącego skazańców, miotanego wiatrem w drodze do nowej kolonii. Żołnierz brutalnie chłoszcze więźnia. Skazańcy skomlą i narzekają, żołnierze krzyczą i rzucają groźne spojrzenia. Cała ta wielka machina hydrauliczna nieustannie się obraca, wprowadzając kolejne poziomy i plany. Jest to jednak tak rozległe, że owa ogromność staje się przytłaczająca.
Postać Aborygena (w programie osobliwie nazwana 'The Aborigine', choć w oryginale to 'An Aboriginal Australian') jest niemal niemym obserwatorem. Patrzy, tańczy, wypowiada pojedyncze słowa, aż w końcu mówi o swojej nadchodzącej śmierci na chorobę przywleczoną przez intruzów. Jego kwestie zostały niezrozumiale pocięte. W tej kreacji nie ma zbyt wiele autentyzmu, ale w produkcji Fall autentyzm nie jest priorytetem. Postać ta jest przedstawiona w sposób niemal operowy, jako egzotyczny kontrapunkt dla wydarzeń w kolonii.
Osobliwe, że w inscenizacji, w której w rolę (historycznie białego) gubernatora Phillipa wciela się czarnoskóry aktor, roli Aborygena nie powierzono osobie o tym samym kolorze skóry. W czasach, gdy Trevor Nunn jest atakowany za obsadzenie wyłącznie białych aktorów w 'Wojnie Róż', wydaje się to co najmniej dziwne. Nie oznacza to, że Gary Wood jest zły w tej roli – wręcz przeciwnie – ale niezaangażowanie czarnoskórego aktora do roli, która z założenia należy do kogoś o innym kolorze skóry niż reszta kolonii, jest zaskakujące.
Zresztą zaskakujących decyzji dotyczących prowadzenia postaci jest tu więcej. Wielu skazańców przedstawiono jako przerysowane karykatury, a wielu wojskowych jest 'czarniejszych niż noc' (w sensie charakteru, nie koloru skóry). Te grube pociągnięcia pędzlem nie pasują do sztuki mieniącej się subtelnościami, gdzie ambicje i pragnienia odkrywają wielowymiarowość ludzkiej natury. Prawdę mówiąc, w tych postaciach nie ma tylko czerni i bieli – prawie każdy ma wady i zalety, i prawie każdy zmienia się pod wpływem pracy nad spektaklem.
Fall poświęca więcej uwagi wplataniu muzyki Matthews w tok akcji niż dbaniu o to, by subtelności, słabości i dylematy bohaterów zostały wyraźnie nakreślone. Liz Morden w wykonaniu Jodie McNee jest na początku tak absurdalnie zwierzęca i ekstremalna, że przemiana jej natury wydaje się mało wiarygodna. Podobnie mjr Ross (Peter Forbes) jest czystym, złowrogim złoczyńcą, podczas gdy rola ta oferuje więcej odcieni. W reżyserii Fall ta dwójka przypomina nieszczęsnych Nancy i Billa z jakiejś topornej inscenizacji 'Olivera!'.
Na szczęście trafiają się też znakomite kreacje. Matthew Cottle jest ciepły i poruszający jako Wisehammer, a jego obsesja na punkcie słów została świetnie oddana. Lee Ross błyszczy jako Sideway, niespełniony koryfeusz sceny marzący o byciu 'Garrickiem Antypodów'. Caoilfhionn Dunne i Tadhg Murphy są uroczy jako Mary i Ketch, a Jonathan Dryden Taylor najlepiej ze wszystkich oddaje to, jak próby do spektaklu odmieniły spojrzenie Arscotta na życie. Jonathan Coote jako sędzia Collins jest odpowiednio formalny, choć momentami zbyt gniewny tam, gdzie przydałoby się więcej przebiegłości.
Jason Hughes radzi sobie jako porucznik Clark, znacznie lepiej wypadając w drugim akcie, choć rola ta ma w sobie potencjał na więcej. Dynamika między Hughesem a Forbesem jest zbyt oczywista, mało skomplikowana, przez co postać nie ma szans w pełni wybrzmieć. Hughesowi nie pomaga też bezbarwna gra Cyrila Niri w roli gubernatora Phillipa (poważny błąd obsadowy). Hughes dobrze jednak wypada w duecie z Mary (Dunne), a ich romantyczna scena w drugim akcie jest naprawdę piękna.
Zupełnie nieprzekonujący i szkodliwi dla sukcesu tego złożonego dramatu byli: Jonathan Livingstone (Caesar), Shalisha James-Davies (Duckling), Paul Kaye (Harry Brewer) oraz Ashley McGuire (Dabby Bryant). Każda z tych postaci była jednowymiarowa i zbyt jaskrawa. To znów kwestia wizji reżyserskiej Fall.
Choreografia (Arthur Pita) i sceny walk (Kate Waters) nie zlewały się harmonijnie z grą aktorską. Podobnie jak muzyka, chwilami raczej przeszkadzały, niż wzbogacały przekaz. Śpiew Josienne Clarke był na najwyższym poziomie, lecz zbędny. Choć oświetlenie Neila Austina było wyjątkowo dobre, a reżyseria dźwięku Carolyn Downing precyzyjna i wyważona, nie wystarczyło to, by tchnąć życie w tę produkcję.
Niestety, Fall nie zrozumiała tej sztuki i próbując odcisnąć na niej swoje piętno, o mało nie pozbawiła jej siły wyrazu. Kiepska obsada i słaba reżyseria nie są jednak w stanie całkowicie pogrzebać wielkiego dzieła Wertenbaker. Ostatecznie magiczne słowa, które napisała, przebijają się przez wszystko – pokonując powierzchowną grę, zbyt bogatą scenografię, za dużą scenę i interesującą, lecz nużąco natrętną muzykę.
Kiedy National Theatre pod wodzą Rufusa Norrisa po prostu zaprezentuje widzom powrót do klasyki, w którym liczy się tekst, a nie reżyser? Czy to zbyt wiele? Sztuczki nie są potrzebne. Ralph i Mary wyjaśniają to w sztuce najlepiej:
„Ralph: Ludzie, którzy nie potrafią się skupić, nie powinni chodzić do teatru.
Mary: Jeśli będziesz dobrze grać, będą musieli słuchać”.
Właśnie tak.
Rezerwuj bilety na 'Our Country's Good' w National Theatre. Spektakl grany do 15 października 2015
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności