WIADOMOŚCI
RECENZJA: Piaf, Bridewell Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Piaf
Bridewell Theatre
30 październik 2015
4 gwiazdki
W 1979 roku Pam Gems napisała sztukę o życiu Edith Piaf, francuskiej supergwiazdy piosenki, której życie zakończyło się tragicznie w 1963 roku. Spektakl stał się przepustką do sławy dla Jane Lapotaire, został wyprodukowany przez RSC i trafił na West End oraz Broadway, przynosząc aktorce nagrodę Tony w 1981 roku.
Chociaż sam występ był wychwalany pod niebiosa, sztuka Gems już nie. Pisząc dla New York Timesa, Frank Rich był bezlitosny:
„Mimo to, sam potok rynsztokowego słownictwa nie ukryje faktu, że »Piaf« często powiela dramatyczne klisze show-biznesowych sag typu »od nędzy do pieniędzy«. Niczym stara biografia filmowa, sztuka pani Gems rozwija się w migawkach, w których drugoplanowe postacie (prawie trzydzieści!) przelatują przez scenę tylko po to, by przekazać wiadomość (»Wojna została wypowiedziana!«) lub odegrać w absurdalnym skrócie słynne wydarzenia z życia bohaterki. Zapisani tutaj mężczyźni Piaf to często nieodróżnialne od siebie figury, czy to menedżerowie, kochankowie, czy przygody na jedną noc. Jeśli taki był zamysł autorki, to nagięła ona fakty do swojej tezy. Wiele postaci wydaje się być tylko mglistymi zlepkami innych osób; próżno czekać, aż tak barwni faworyci Piaf jak Yves Montand czy Charles Aznavour odegrają swoje role w jej historii.
Zamiast poruszać istotne kwestie dotyczące Piaf, te kreskówkowe archetypy stawiają pod znakiem zapytania warsztat autorki. Jeśli największą miłość Piaf, boksera Marcela Cerdana (Robert Christian), poznajemy tylko przez dwie nieistotne minuty, to jak mamy się przejąć, gdy bohaterka przez resztę wieczoru raz po raz opłakuje jego śmierć? Dlaczego autorka tworzy epizod dla Marleny Dietrich (Jean Smart), nie zadając sobie trudu, by naświetlić jej relację z główną postacią? Te szkicowo nakreślone postaci jedynie napędzają narrację i zabierają zbyt wiele czasu. Pojedynczo mogą być nieszkodliwe, ale zbiorowo stają się martwym ciężarem u szyi spektaklu”.
Przez dekady nic się nie zmieniło. Sztuka wciąż kuleje pod względem formy i treści, a krytyka Richa pozostaje aktualna. Potwierdza to stylowe wznowienie „Piaf” w reżyserii Jari Laakso, które można obecnie oglądać w Bridewell Theatre. Nawet przy użyciu poprawionego scenariusza, który Jamie Lloyd wprowadził do Donmar Warehouse, oraz z wybitną odtwórczynią głównej roli, utalentowanym zespołem, świetnym kierownictwem muzycznym i wrażliwą, wnikliwą inscenizacją, pęknięcia w tekście Gems straszą i irytują.
Częścią problemu jest to, że Gems nie pozwala widzowi dowiedzieć się wystarczająco dużo o samej Piaf, jednocześnie zalewając go nadmiarem informacji. Narracja przekazuje zbyt mało szczegółów dotyczących relacji i uczuć, mimo że faktów jest mnóstwo. Ponieważ Piaf miała osobowość skłonną do nałogów, w sztuce pojawia się wiele powtarzalnych fragmentów, zwłaszcza w drugim akcie. Wymagają one solidnych cięć, a przeróbki mogłyby pomóc lepiej zrozumieć głębię jej życia, kryzysów i triumfów.
Ostatecznie są to jednak rozważania czysto akademickie. W inscenizacji Laakso problemy te zostają zniwelowane przez pewną rękę reżysera i fenomenalną kreację Cameron Leigh w roli Piaf.
Bridewell Theatre to doskonała, plastyczna przestrzeń i aż dziw bierze, że nie gości ona częściej tak profesjonalnych produkcji. Laakso osadza akcję głównie na jednym poziomie, ale w kluczowym momencie znacząco wykorzystuje górną galerię. Oświetlenie Chrisa Randalla jest rewelacyjne przez cały czas, a scena otwierająca robi szczególne wrażenie, tworząc trwały i przejmujący obraz, który trafnie podsumowuje agonię i ekstazę kariery Piaf.
Phillippa Batt stworzyła sprytną scenografię; rozsądnie dobrane meble kreują wiele lokalizacji i służą różnym celom. Najczulszy moment spektaklu, między Piaf a jej wielką miłością Marcelem (ujmujący Mal Hall), odbywa się w łóżku – Batt wykorzystuje krzesła, by stworzyć jego wrażenie. To nie tylko pragmatyzm; to nawiązanie do życia Piaf. Często tworzyła coś z niczego, a ta improwizowana scenografia podkreśla to w nieuchwytny sposób.
Biorąc pod uwagę słabe punkty tekstu, spektakl nie ma szans na sukces bez potężnego występu gwiazdy – i tutaj Laakso trafił w dziesiątkę. Leigh jest wybitna pod każdym względem. Jej głos jest mocny i urzekający, pełen gardłowej zmysłowości i żarliwych, chropowatych ornamentów. Bez trudu można uwierzyć, że potrafiła śpiewać tak głośno, by przebić się przez zgiełk paryskich ulic.
Leigh z wielką klasą wykonuje wszystkie utwory, ale prawdziwie zachwyca w „La Vie En Rose”, „Mon Dieu” i oczywiście w popisowym numerze Piaf – „Non, Je Ne Regrette Rien”. Mimo to, nieoczekiwany punkt kulminacyjny osiąga w „Jimmy Brown” – piosence nie po francusku i nie przesiąkniętej bólem; jednak nawet w tej chwili brawurowej radości, Leigh pokazuje cierpienie kryjące się za uśmiechem i strach pod maską radości.
Jest ona również jedną z tych aktorek, które potrafią obdarzyć swoją postać grubiaństwem i brutalnymi, twardymi cechami, zachowując przy tym empatię widza. Leigh nie idzie na skróty – to kobieta z krwi i kości, ostra, żyjąca bez tchu, kochająca i pożądająca bez końca, która przy okazji ma najlepszy głos na świecie. To fascynujące i przerażające jednocześnie. Idealnie wyważa wulgarne słownictwo; nie razi ono, lecz podkreśla rodzaj języka i zachowań, które stały się dla Piaf normalne ze względu na jej życiowe doświadczenia.
Leigh otrzymuje ogromne wsparcie od Samanthy Spurgin, która z wyczuciem i energią wciela się w postać Toine, wieloletniej przyjaciółki Piaf. Poczucie siostrzanej więzi między dwiema kobietami jest pięknie oddane – czy to gdy na siebie wrzeszczą, czy głośno się śmieją, czy nawet gdy dzielą się względami pewnego napalonego jegomościa pod latarnią. Spurgin umiejętnie ogrywa nienawiść i zazdrość wobec Piaf, ale pod tym wszystkim zawsze czuć solidny fundament lojalności, jaką daje tylko dekada bliskiej przyjaźni.
Mal Hall gra większość partnerów seksualnych Piaf (przynajmniej tych, na których jej zależało) i przez cały czas jest niezwykle czarujący. Jego komiczne wykonanie „Deep In The Heart Of Texas” to prawdziwa perła wieczoru, który skądinąd rzadko skłania do głośnego śmiechu. Jego Marcel jest świetnie zagrany i w kilku krótkich scenach udaje mu się przywołać wizję tego, jak mogłoby wyglądać życie Piaf, gdyby nie zostało przerwane tragedią. Sprawdza się również doskonale jako młody Charles Aznavour.
Max Gallagher wciela się w wiele ról, każdą kreśląc wyraźną kreską. Ma w sobie swobodę, która sprawia, że łatwo go polubić, nawet gdy musi mierzyć się z bardziej melodramatycznymi aspektami życia Piaf. Jego rola jako agenta Piaf jest szczególnie udana – śledzimy w niej drogę od nadziei kogoś na rowerze do znużonego światem sukcesu. Świetną robotę wykonuje też Maxime Yelle, który po niepewnym początku jako żongler/akrobata na rozgrzewkę (co z perspektywy czasu idealnie nastroiło widzów na to, co miało nadejść) staje się aktywnym członkiem zespołu i gra Bruna, impresaria kluczowego dla sukcesu Piaf. Obaj aktorzy tryskają zaangażowaniem i energią w każdym momencie.
Jedynym rozczarowaniem są nieco sztywne występy Kita Smitha i Valerie Cutko. Cutko gra Marlenę Dietrich, co samo w sobie jest nie lada wyzwaniem. Jednak jej wersja jest tak wyniosła i bezbarwna, że niemal zupełnie traci wyraz, podczas gdy obecność Dietrich w sztuce ma stanowić kontrast i inspirację dla Piaf. Cutko lepiej radzi sobie jako asystentka, którą Piaf źle traktuje – wnosi do tej roli cichą wrażliwość. Smith natomiast nieustannie odstaje od reszty, a jego słaba dykcja niestety burzy spójność zespołu.
Ruch sceniczny (Katya Bourvis) jest użyty z umiarem i na szczęście nigdy nie dominuje, a jedynie wzbogaca momenty. Szczególnie imponująca jest sekwencja, w której zwykli mężczyźni zmieniają się w żołnierzy i ruszają na wojnę – proste, a niesamowicie efektowne. Isaac McCullough zapewnia pierwszorzędną oprawę muzyczną; w pełni panuje nad trudnymi utworami, dbając o ich świetne wykonanie i idealny akompaniament. Słuchanie tak dobrze prowadzonego fortepianu to czysta przyjemność.
„Piaf” to sztuka satysfakcjonująca, choć niepozbawiona wad. Produkcja Laakso wyciska z niej wszystko, co najlepsze, podając materiał w świeży i skuteczny sposób. Z potężną kreacją Leigh w centrum, jest to bardzo udana teatralna uczta.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności