Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Book of Mormon, Prince of Wales Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Matthew Lunn

Share

5 gwiazdek

Zarezerwuj bilety | Więcej informacji The Book of Mormon zaczyna się na długo przed zajęciem miejsca na widowni. Londyn jest usiany plakatami, a w biurach wciąż rozbrzmiewają nucone piosenki i powtarzane żarty z widowiska. Zmierzając w stronę Leicester Square, tłum naturalnie gęstnieje przy Prince of Wales Theatre – szczególnie w dni premier filmowych – a przed samym wejściem otaczają nas kolejki spragnionych wrażeń widzów. Atmosfera jest elektryzująca, a oczekiwania ogromne. Moje zostały spełnione z nawiązką – The Book of Mormon to nieskrępowany, radosny spektakl, przy którym śmialiśmy się do łez. Rzadko spotyka się przedstawienie, w którym publiczność tak entuzjastycznie stoi po stronie obsady. Biorąc pod uwagę kultowy status sztuki oraz ceny biletów, trudno wyobrazić sobie na widowni kogoś sceptycznego. Jeśli nawet nie znacie fabuły, twórczość Matta Stone'a i Treya Parkera (a w szczególności South Park) jest doskonałym papierkiem lakmusowym tego, czy będziecie się dobrze bawić. Choć The Book of Mormon nie ma tak ostrego pazura satyrycznego jak ich najsłynniejsza animacja, zachowuje ten specyficzny, nieco naiwny humanizm, nadając tej dynamicznej sztuce zaskakująco głęboki wydźwięk.

The Book of Mormon The Prince of Wales Theatre, 21 września 2015 r.

Uważam, że przed obejrzeniem spektaklu warto unikać szczegółów dotyczących fabuły, więc wprowadzenie ograniczę do minimum. Starszy Price (Nic Rouleau) to „złote dziecko” ośrodka szkoleniowego dla misjonarzy, który marzy o dwuletniej misji w Orlando na Florydzie. Los przydziela mu jednak towarzysza w osobie Elder Cunninghama (Brian Sears) – społecznie niezdarnego pasjonata fantastyki. I tu zaczynają się schody. Zamiast do wymarzonej arkadii Price’a, trafiają do Ugandy. Zaraz po przyjeździe zostają okradzeni, otrzymują muzyczną lekcję, że Bóg nie jest tak wspaniały, jak go malują (za sprawą wpadającego w ucho utworu „Hasa Diga Eebowai”) i spotykają despotycznego Generała (Chris Jarman). Kryzys wiary Price’a pogłębia fakt, że misjonarze stacjonujący już na miejscu (pod dowództwem Eldera McKinleya granego przez Stephena Ashfielda) nie zdołali nawrócić ani jednej osoby. Iskrę nadziei daje miejscowa dziewczyna, Nabalungi (Alexia Khadime) – pełna wiary i mająca wpływ na wioskę. Czy Price i Cunningham zdołają przynieść chwałę swojemu kościołowi mimo piętrzących się trudności?

Jak można się domyślić, sama intryga ma drugorzędne znaczenie. Stanowi raczej tło dla niezwykle zabawnych numerów muzycznych, przeplatanych dialogami o naturze wiary i funkcjach religii. Spektakl delikatnie kpi z mormonizmu, ale sami wierni są tu postaciami pozytywnymi. Kluczem do sukcesu jest genialna obsada, z którą przebywanie to czysta przyjemność. Nic Rouleau błyszczy jako narcystyczny Elder Price, wnosząc niespożytą energię do początkowych utworów („You and Me (But Mostly Me)” oraz „All-American Prophet” wypadły komicznie egocentrycznie) i bawiąc gorzkim rozczarowaniem, gdy los przestaje mu sprzyjać.

Do Eldera Cunninghama w wykonaniu Briana Searsa trzeba się chwilę przyzwyczaić (postać ta zdecydowanie nie zna pojęcia „umiarkowany ton”), ale jego niespożyta energia i wyczucie komizmu porywają od początku do końca. Gdy przejmuje stery, staje się niemal filozoficznym sercem sztuki – choć najbardziej zapada w pamięć w pełnej podtekstów scenie „Baptize Me”, którą dzieli z Nabalungi, stylizowaną na księżniczkę Disneya.

Ciepła i charyzmatyczna kreacja Alexii Khadime na długo pozostanie w pamięci. Jej utwór „Sal Tlay Ka Siti” był idealną parodią marzeń o lepszym świecie, a skala emocji, którą zaprezentowała, imponowała w każdej scenie. Stephen Ashfield jako tłumiący swoje popędy Elder McKinley był radosnym punktem programu, zwłaszcza w czarno-komediowym „Turn it Off”, a Richard Lloyd King zasługuje na uznanie za rolę Mafali Hatimbiego, ojcowskiej figury dla wolnej duchem Nabalungi.

Choreografia i scenografia są po prostu olśniewające. Casey Nicholaw może być dumny ze swoich wykonawców, którzy tańczyli z niezwykłą precyzją i polotem. Scenografia Scotta Paska była kreatywna i wciągająca – od cukierkowego Orlando, przez „Spooky Mormon Hell Dream” (z Szatanem grającym na gitarze), aż po ugandyjskie slumsy, gdzie toczy się większość akcji. Biorąc pod uwagę, jak The Book of Mormon analizuje zdolność religii do pomagania ludziom w kryzysie, niezbędne było odpowiednio mroczne tło. Uganda Paska jest surowa i jałowa, co jaskrawo kontrastuje ze sterylnym Utah – to idealna sceneria do rozważań nad tym, co poszło nie tak. Jeśli jesteście fanami twórczości Stone'a i Parkera, pokochacie The Book of Mormon. Obsada jest znakomita, piosenki niezapomniane, a choreografia nienaganna. To mogą być najlepiej spędzone dwie godziny w teatrze w tym roku. ZAREZERWUJ BILETY NA THE BOOK OF MORMON W LONDYNIE ZAREZERWUJ BILETY NA THE BOOK OF MORMON W NOWYM JORKU

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS