WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Miniaturists, Arcola Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Checkout, autorstwa Poppy Corbett. The Miniaturists
Arcola Theatre, Studio 1
15/11/15
2 Gwiazdki
Przez ostatnią dekadę The Miniaturists łączyli dramatopisarzy i innych twórców teatralnych, by wystawić pięć sztuk o długości nieprzekraczającej 20 minut, poruszających różnorodne tematy. Ideą jest prezentacja w pełni zainscenizowanych spektakli, a nie warsztatów czy czytań performatywnych, z wykorzystaniem pełnej oprawy oświetleniowej, kostiumowej i scenograficznej na deskach goszczącej ich sceny – w tym przypadku Arcola’s Studio 1. To znakomity pomysł, jednak jego sukces zależy przede wszystkim od jakości tekstu, a tegoroczne krótkie formy okazały się dość ubogą propozycją.
Pisanie krótkich sztuk przypomina pod pewnymi względami pisanie wykładu lub opowiadania. Najlepiej skupić się na jednym pomyśle i rozwijać go sugestywnie, zamiast przeładowywać strukturę materiałem, który prosi się o dłuższą formę. Widz powinien otrzymać wystarczająco dużo treści podanej w sposób lakoniczny, by jego wyobraźnia mogła dopowiedzieć resztę. Większość autorów tych miniatur trzymała się zasady zwartości, lecz samo wykonanie pozostało pod innymi względami nierówne i niesatysfakcjonujące.
Twins, autorstwa Jamesa Fritza
W sztuce „Twins”, dwoje aktorów siedzi przy stole – jeden z albumem fotograficznym, drugi z podkładką pod dokumenty. To historia bliźniąt, z których jedno dożyło starości, a drugie umiera krótko po urodzeniu w ramach czasu akcji odmierzanego przez zegar cyfrowy na stole. Phyllis McMahon używa albumu jako pretekstu do opowiedzenia o swoim życiu; tutaj tekst jest pełen czułości, barwny i skutecznie buduje postać. Simona Bitmate przerywa tę narrację, podając zasadniczo medyczny opis krótkiego życia bliźniaka. Ten zabieg jednak szybko się nuży. Mówienie aktorów równocześnie staje się po chwili męczące, zwłaszcza że oba opisy nie łączą się w twórczy i ciekawy sposób. Linie równoległe, które się nie przecinają, w końcu stają się nudne.
If We Could Get Some More Cocaine, autorstwa Johna O'Donovana
Druga sztuka, „If we got some more cocaine I could show how I love you”, to kolejny duet. Mikey Shannon (Sean Fox) i Casey Brennan (Mark Conway) siedzą na szczycie rzędu krzeseł, co ma symbolizować dach budynku. Ukrywają się tam po kradzieży pieniędzy na sfinansowanie nałogu. Dialogi są dowcipne, dobrze rozwinięte tematycznie i dają aktorom duże pole do popisu. Całość sprawia wrażenie wyjętej z większej całości niż samodzielnej miniatury, lecz mimo to płynie wiarygodnie i efektownie.
„Checkout” to tekst o większej skali, w którym Poppy Corbett powraca do motywu sądu pośmiertnego, tak sławnie przedstawionego w filmie Franka Capry „To wspaniałe życie”. Trzech klientów i trzy kasjerki w supermarkecie są zajęci nabijaniem towarów, ale to nie jest zwykły sklep. To czas ostatecznego rozrachunku, gdy klienci uświadamiają sobie, że są oceniani za swoje czyny w doczesnym życiu. Cała trójka wypada blado, choć po drodze trafiają się błyskotliwe żarty z marketowego żargonu, którego tak nie lubimy (znajdziemy tu kilka naprawdę „niespodziewanych artykułów w strefie pakowania”!). Jednak sposób, w jaki co najmniej dwie postacie otrzymują „torbę na całe życie” (bag for life) – czyli drugą szansę – jest dziwnie pośpieszny i niewyjaśniony, a utwór kończy się zbyt gwałtownie w stosunku do tego, co zapoczątkował.
Damage Done, autorstwa Owena McCafferty’ego
Druga połowa wieczoru zaoferowała świetne aktorstwo, choć wykorzystane w bardzo szkicowym materiale. Karl Johnson i Sue Porrett to doświadczeni artyści, ale w skromnym tekście Owena McCafferty’ego ich talent nie został w pełni wystawiony na próbę. To rzecz o starszej parze próbującej nawiązać kontakt po długim okresie milczenia, by ostatecznie zatracić się w tym samym braku zrozumienia i frustracji, które doprowadziły do ich separacji. Publiczność bardzo polubiła te dialogi, ale to terytorium tak silnie skolonizowane przez Becketta i Pintera, że niezwykle trudno jest tu otworzyć nowe perspektywy.
Kampala, autorstwa Stephena Jeffreya
Ostatnim i najbardziej zagadkowym punktem programu była „Kampala” Stephena Jeffreysa – trzy winiety z postkolonialnej historii stolicy Ugandy i jej mieszkańców. Całość wykonana z werwą, precyzją językową i dużą dawką energii przez czwórkę aktorów, jednak nie było dla mnie jasne, do czego ten utwór zmierza. Scena otwierająca, przywołująca uroczystości niepodległościowe z 1962 roku, była bardziej opisowa niż analityczna, a ton dwóch kolejnych scen z czasów rządów Idi Amina był nieustabilizowany – ani w pełni komiczny, ani tragiczny, z niemal zerowym rozwiązaniem. Moim zdaniem dramaturg nigdy nie wyłożył kart na stół.
Mija właśnie rok, odkąd zacząłem regularnie recenzować spektakle. W tym czasie wielokrotnie odnotowywałem niezwykłą rozpiętość i jakość talentu aktorskiego oraz technicznego wsparcia kreatywnego w Londynie. Prawie zawsze znajdzie się rola warta pochwały czy element scenografii godny uwagi, niezależnie od tego, jak niszowy jest to teatr offowy i jak skromny ma budżet. Równie często jednak zauważam rzadkość występowania czystego talentu dramatopisarskiego. Często sztuki, które oglądam, zawierają przebłyski wnikliwości lub interesujące koncepty, które zyskałyby na dalszych warsztatach lub współpracy z dramaturgiem. Muszę jednak iść dalej i stwierdzić, że widziałem też mnóstwo prac po prostu wtórnych, opartych na zbyt małym doświadczeniu życiowym lub zbyt abstrakcyjnych pomysłach, które nigdy nie ożywają na scenie.
Prawdziwy talent dostrzegam częściej w materiałach pochodzących od autorów tworzących z dala od metropolitalnego Londynu. Może się to wydawać paradoksem, biorąc pod uwagę różnorodność londyńskiego życia, ale życie miejskie może też prowadzić do zawężenia horyzontów, zwłaszcza gdy pisarze skupiają się zbyt mocno na duchowej i materialnej nędzy w przewidywalny, lamentacyjny sposób. Wraz z upadkiem prowincjonalnych teatrów repertuarowych, więzi między Londynem a „prowincją” zanikły. To właśnie tutaj The Miniaturists mogliby coś zmienić – przenosząc swój projekt zainscenizowanych krótkich form do innych części kraju i zbierając prace lokalnych autorów.
Niedawna produkcja sztuk ze szkoły z Lancashire, którą recenzowałem w Finborough Theatre, przypomina o nieocenionej pracy pionierów takich jak Annie Horniman, która w erze edwardiańskiej wspierała nową dramaturgię spoza Londynu. Potrzebujemy dziś więcej takiej przedsiębiorczej energii, jeśli chcemy, by prawdziwy talent literacki, który drzemie w głębi kraju, mógł się w pełni rozwinąć i zaistnieć w świadomości publicznej.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności