WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Seth Concert Series z Jeremym Jordanem ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje koncerty z cyklu The Seth Rudetsky Concert Series, których gwiazdą w tym tygodniu był as Broadwayu, Jeremy Jordan.
Jeremy Jordan The Seth Concert Series: z udziałem Jeremy'ego Jordana
Niedziela 13 i poniedziałek 14 września
Streaming online
To był powrót do wielkiej formy nieustraszonego Setha Rudetsky'ego, który stawia wszystko na jedną kartę w tym rozbrajająco szczerym, intymnym i pełnym improwizacji formacie kabaretowego talk-show. Niewielu twórców odważyłoby się na taką swobodę w prezentacji lub pokładało tak całkowitą wiarę w gości, by grali na zasadach, które on wyznacza. Jednak ta seria koncertów ukazała go jako gospodarza o wyjątkowym wyczuciu, a także kogoś, kto potrafi zaryzykować – co jest przecież istotą teatru, niezależnie od tego, czy na scenie pojawia się muzyka, czy nie.
Tym razem Seth zabrał swoje widowisko „w trasę”. Rozpoczęliśmy w luksusowym salonie jego przyjaciółki Barbary, a – starym zwyczajem – dzięki cudom Internetu dołączył do nich gość, tenor o aksamitnym głosie, Jeremy Jordan. Na otwarcie usłyszeliśmy „Hurricane” z „Death Note” (Frank Wildhorn i Jack Murphy w szczytowej formie), stosunkowo nowego musicalu z 2015 roku, do którego Jordan nagrał demo. Utwór ten pokazał jego mistrzostwo w technice śpiewania blisko mikrofonu, uwodząc nas i wciągając w świat piosenki, by potem uderzyć dramatyzmem i akcją opowieści. To był bez wątpienia powrót do świetności. Radosna chemia między panami była wyczuwalna od samego początku. Pojawiły się nawiązania do roli Jordana w serialu o Supermanie (choć bez supermocy), co zaowocowało (bezbłędnym) improwizowanym fragmentem „Eye of the Tiger”, po czym rozmowa zboczyła na temat „West Side Story”, a następnie objęła jego pasję do gier wideo (klasyki typu Mario i Zelda, choć obecnie jego numerem jeden jest „Rocket League” – dla niewtajemniczonych słuchaczy: to w zasadzie piłka nożna samochodami). Przekomarzania trwały w najlepsze. Bo widzicie, ci dwaj znają się od lat i mają wspólną historię...
Cofnęliśmy się do koncertu w Hollywood Bowl, gdzie Jeremy wystąpił u boku Gustavo Dudamela (tylko najwyższa półka). Usłyszeliśmy „Maria” (Bernstein/Sondheim) – ja i milion innych widzów czekaliśmy na to z niecierpliwością, bo tak, w tym cyklu można ZAMAWIAĆ utwory! Wykonanie zaczęło się cicho, rozwijając się powoli i słodko, unikając zbędnego popisu, ale pozwalając nam zobaczyć na własne oczy przemianę Tony’ego. Jordan budował napięcie, by w końcu rozsunąć kurtynę i pozwolić, by blask i dźwięk uderzyły z pełną mocą, kończąc całość zapierającym dech w piersiach wyciszeniem. Potem przeszliśmy do „Bandstand” Richarda Oberackera i Roberta Taylora – kolejnego spektaklu, w którym Jordan nie dostał roli: „najważniejszą umiejętnością w tej branży jest radzenie sobie z odrzuceniem”, stwierdził. Nie powstrzymało to jednak Setha przed zaprezentowaniem, co Jeremy potrafi zrobić z utworem „I am” postaci Donny'ego Novitskiego. To popularny wybór na przesłuchania i kabarety, ponieważ pozwala tenorowi pokazać pełnię blasku i skali głosu. Poza techniczną wirtuozerią, Jordan śpiewa z namiętną fizycznością – obserwowanie, jak wkłada całe ciało i duszę w tworzenie postaci, jest elektryzujące. Robi to zresztą zawsze: 100% autentycznego zaangażowania i prawdy, a po występie – w obliczu braku braw z powodu braku publiczności w studiu – serwuje nam ten swój chłopięcy, rozbrajający uśmiech.
Jakby mało było opowieści o porażkach, przeszliśmy do kolejnej roli, której nie otrzymał. Jordan nie tylko pokazuje swoje słabości, ale wręcz jest z nich dumny. Wydaje się, że jego fundamenty jako artysty i człowieka są zbudowane właśnie na tych kruchych emocjach, których niektórzy artyści nie chcą ujawniać – to motyw przewodni tego cyklu koncertów. Następnie usłyszeliśmy dramatyczny numer Chrisa z „Miss Saigon”, „Why, God, Why?” (Schönberg/Boublil), w którym Jordan pokazał heroiczną godność, malując jaskrawymi barwami skalę uczuć w tej opowieści o miłości i poświęceniu. Seth był zdziwiony, że Jeremy nie dostał tej roli, i każdy, kto słuchał tego występu, z pewnością się z nim zgodzi. Pojawiły się anegdoty o „Waitress” (Sara Bareilles) oraz o „Bonnie i Clyde” – spektaklu, w którym Jordan faktycznie zagrał (ponownie Wildhorn, tym razem z Donem Blackiem). Zaskoczeniem była jednak inna interpretacja: męskie wykonanie wielkiego hitu „She Used To Be Mine” – przejmującej spowiedzi Jenny z „Waitress”. Jordan przedstawił najbardziej złożony i przekonujący dowód na to, że utwory mogą przekraczać granice płci; to wybitna piosenka, a tylko artysta klasy Jordana jest w stanie oddać jej pełną sprawiedliwość.
Seth Rudetsky
Następnie przenieśliśmy się do kolejnej roli, której nie zagrał – Eldera Price’a z „Book of Mormon” (Parker, Lopez, Stone) i utworu „You and Me (But Mostly Me)”. Wykonał go perfekcyjnie (podczas gdy Seth w duecie wiciskał postać Cunninghama w podłogę). Widzicie? Z takim głosem można zrobić absolutnie wszystko. Nawet dubbing w animacjach: pogadaliśmy chwilę o humorze dla dzieci, po czym przeszliśmy do piosenki Jasona Roberta Browna „If I Didn't Believe In You” z „The Last Five Years” – musicalu, który doczekał się świetnej ekranizacji z Jordanem w roli głównej. To numer wymagający ogromnej palety barw i bezwysiłkowej techniki. I tak dotarliśmy do „Santa Fe” z musicalu „Newsies” (Menken/Feldman/Fierstein) – potężnego finału pierwszego aktu, który w brawurowym wykonaniu zwycięzcy konkursu, Raya Watersa, stał się pomostem do rozmowy o sprawiedliwości społecznej i zaangażowaniu obu artystów w tę tematykę. Seth chciał wiedzieć, dlaczego Jordan wybrał tę drogę, na co ten odpowiedział po prostu: „To przecież kwestia zdrowego rozsądku”. Zanim jednak usłyszeliśmy więcej o tym spektaklu, Jeremy zaprezentował własną interpretację „Over The Rainbow” Arlena i Harburga, łącząc swój seksowny, a zarazem niewinny miks tenora i falsetu w tym hymnie marzeń z przepiękną balladą w stylu Steviego Wondera: „Home” Charliego Smallsa z musicalu „The Wiz”.
By przełamać te wzruszenia odrobiną manhattańskiej goryczy, usłyszeliśmy „Grow For Me” Seymoura (Alan Menken i Howard Ashman) z „Little Shop of Horrors”, co przywróciło nas do rzeczywistości pełnej niewygodnego realizmu. (Nie lada wyczyn w przypadku pastiszu horrorów science-fiction klasy B z lat 60.) David Katz i Kieran Edwards po raz kolejny wznieśli się na wyżyny w kwestii dźwięku: wszystkie szalone skoki głośności, energii i nastroju były wyłapywane przez ich mikrofony tak, jakbyśmy byli w profesjonalnym studio nagraniowym. Zwieńczeniem wieczoru było „Soliloquy” z musicalu „Carousel” (Rodgers i Hammerstein), w którym Jordan znalazł nowy sposób na opowiedzenie historii Billy'ego Bigelowa. Był to kolejny szczodry i niezwykle dopracowany występ, czuły na każdy cień i blask partytury, niepokorny jak myśli Hammersteina i operujący frazą Rodgersa z taką swobodą rubato, która Richardowi Rodgersowi mogłaby grozić zawałem, ale współczesną publiczność absolutnie zachwyca.
Podsumowując – wspaniały powrót do doskonałej formy.
W kolejnym odcinku: Judy Kuhn
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności