Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

Wyrazista Lorna na nasze niespokojne czasy – Pleasure Dome Theatre Company

Opublikowano

Autor:

helenapayne

Share

Nasza Helena Payne opowiada o inscenizacji „Lorny Doone” w wykonaniu Pleasure Dome Theatre Company w Dolinie Skał (Valley of the Rocks).

To już czwarty rok, gdy Pleasure Dome Theatre Company rzuca wyzwanie żywiołom na smaganym wiatrem wybrzeżu północnego Devonu – i tym razem produkcja przynosi wiele „pierwszych razów”: nową obsadę, okrągłą rocznicę (powieść „Lorna Doone” ukazała się 150 lat temu), nowy scenariusz – w adaptacji Heleny Stafford Northcote – a przede wszystkim: znakomitą pogodę. Po trzech latach walki z wichurami, ulewami i kozami, które uparcie wchodziły na scenę, Pleasure Dome wreszcie miało szczęście do aury.

I trzeba to powiedzieć wprost: publiczność była zachwycona – rekordowa frekwencja i świetne reakcje widzów mówią same za siebie. Pod precyzyjną, pięknie skomponowaną choreograficznie reżyserią Scotta le Crassa akcja pędzi naprzód, a tempo ani na moment nie siada – co przy XIX-wiecznym, salonowym tomiszczu jest miłą odmianą.

W dramatycznej scenerii Valley of Rocks widać, że zespół nauczył się sprytnie wykorzystywać dzikie otoczenie z maksymalnym efektem. Sama przestrzeń gry rozciąga się na niemal 30 metrów; cały świat natury – od skał, przez wrzosowiska i zarośla, po górskie ścieżki – staje się płótnem, na którym rozwija się fabuła. Publiczność, posadzona w samym środku wydarzeń, ma uwagę nieustannie kierowaną w różne strony – a sceny są na tyle wciągające, że potrafią zatrzymać piknik w pół kęsa. Światło Jai’a Morjarii wydobywa dramatyzm skalistego krajobrazu, tworząc chyba najwspanialsze tło dla „Lorny Doone”, jakie można sobie wyobrazić: surową, a zarazem majestatyczną rzeczywistość Exmoor.

Muzyka w aranżacji Kimona Pallikaropoulosa stała się znakiem rozpoznawczym produkcji Pleasure Dome Theatre. Dawne pieśni biesiadne z West Country oraz pięknie wykonany śpiew zespołowy konsekwentnie budują i wzmacniają magiczną atmosferę. Spektakl otwiera solo Tabithy Payne – sopran, który niesie się ponad wrzosowiskami. Kostiumy Kathleen Nellis to kolejny mocny element, osadzający akcję w realiach XVII wieku: arystokraci noszą peleryny i surduty, a chłopi skłaniają się ku płótnu i jutowym tkaninom.

Dwoje zakochanych – Lorna Doone i John Ridd, westcountry’owscy Romeo i Julia – ujmująco sportretowani są od dzieciństwa przez Freyę Warren-Brand i Taylora Rose’a, aż po młodą dorosłość, w którą wcielają się urzekająca Josephine Rattigan i wyrazisty Edward Kaye. Scena, w której bohaterowie „przemieniają się” z dzieci w dorosłych, należy do najbardziej angażujących momentów wieczoru – tym bardziej poruszająca dzięki swojej prostocie. Rattigan i Kaye dźwigają większość kluczowych scen, ale jest to bez dwóch zdań przedstawienie zespołowe.

Cała obsada (z wyraźnym wyjątkiem Lorny) bez przerwy gra podwójnie. Jamie McKie tworzy odpowiednio złowrogiego Carvera Doone’a – pełnego niezdrowej obsesji i zastraszającej agresji. Jednak jako Tom Faggus, swojski i sympatyczny miejscowy rozbójnik, pokazuje dużo cieplejszą, bardziej ujmującą stronę – zwłaszcza w rozwijającej się relacji z Annie Ridd, graną z werwą przez Roxanne Tandridge.

Steven Jeram czyni z Charliego Doone’a, obleśnego pomagiera Carvera, postać odpychającą i tchórzliwą. A jednak kradnie przedstawienie jako stary wieśniak Jem, którego ludowa mądrość wnosi lekkość w najbardziej napięte momenty spektaklu.

Nayomie James, jako Sarah Ridd oraz nieszczęsna Margery Badcock, jest filarem – spaja rodzinę mimo niemal nie do pokonania przeciwności. Znakomicie wspiera ją Gwenny Carfax w wykonaniu Heleny Payne: jej obecność przez cały spektakl dodaje i wzruszenia, i rubasznego humoru, a także kilku naprawdę pięknych momentów wokalnych.

Rachel Rose gra Mother Meldrum – lokalną czarownicę lub wiedźmę, która podobno mieszkała właśnie w dolinie, gdzie rozgrywa się spektakl. Nic dziwnego, że wśród skał i morskiego pejzażu wyglądała jak u siebie: z laską uniesioną wysoko, wypowiadając mroczne ostrzeżenia.

Matt Gibbs zaczyna przedstawienie jako pechowy John Ridd Senior, by później stać się upadłym arystokratą, sir Ensorem Doone’em. Jednak to jako Jeremy Stickles najbardziej zjednuje sobie sympatię widowni. Gibbs gra tę rolę jak elegancika z sercem na dłoni. Pod koniec – po wielu wyczerpujących przygodach – sugestia jest czytelna: jego serce i serce Sarah Ridd mogą bić jednym rytmem.

Theodore Hadlow stworzył rolę sędziego Jeffreysa, a następnie skradł scenę jako Kaznodzieja w słynnej scenie ślubu. Korzystając z klasycznego, szekspirowskiego chwytu – zapowiadania grozy humorem – moment, w którym Lorna zostaje zastrzelona na terenie kościoła, uderza tym mocniej, że chwilę wcześniej wszyscy śmialiśmy się razem.

Widmo Lorny Doone wciąż nawiedza zbiorową wyobraźnię związaną z tożsamością West Country, ale sama powieść jest złożona i obszerna. Skondensowanie jej do dwóch godzin to ogromne wyzwanie – a jednak Helena Stafford Northcote nie tylko uchwyciła esencję historii utkanej w samym sercu Exmoor, lecz także odtworzyła ją dla widowni XXI wieku, wprowadzając wątki wzmacniania pozycji kobiet, które dopełniają temat wspólnoty.

Ta Lorna nie jest omdlewającym dodatkiem do Johna Ridd’a – podobnie jak jej „siostry” stoi na pierwszej linii walki z niesprawiedliwością. Także Lizzie w interpretacji Tabithy Payne jest postacią sprawczą, wzmocnioną dzięki edukacji zdobywanej na własnych zasadach. A Gwenny Carfax grana przez Helenę Payne zbiera jeden z największych śmiechów wieczoru, gdy brutalnie „usuwa” z fabuły bezradnego Doone’a. To mniej rozdzierająca gorset historyczna opowieść, a bardziej bezceremonialne rozprawianie się z łotrami.

„Lorna Doone” to spektakl pełen barwnych postaci, przygód i walk, zapierających dech naturalnych widoków, pięknych kostiumów, nastrojowej muzyki i czystej teatralnej dramaturgii. To historia o miłości, o rodzinie, ale przede wszystkim o wspólnocie. W tych podzielonych czasach być może siła wspólnoty może pomóc nam lepiej rozumieć i szanować różnice, znajdując więcej tego, co nas łączy, niż tego, co nas dzieli. Jedno jednak połączyło widzów w Valley of Rocks: poczucie, że byli świadkami wieczoru absolutnie wyjątkowego – czarującego i po prostu dającego ogromną przyjemność.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS