WIADOMOŚCI
WYWIAD: David Walliams o spektaklu "The Boy In The Dress"
Opublikowano
Autor:
redakcja
Share
Podczas prób David Walliams rozmawiał z Terri Paddock o tym, co zainspirowało go do napisania Chłopca w sukience, o jego rozwijającej się karierze pisarza dziecięcego oraz o tym, jakie to uczucie widzieć swoją twórczość adaptowaną przez legendarny zespół RSC.
David Walliams. Fot. Sara Beaumont Chłopiec w sukience był Twoją pierwszą powieścią dla dzieci. Dlaczego zdecydowałeś się pisać dla najmłodszych?
Po prostu wpadłem na pomysł na historię, której głównym bohaterem było dziecko. Pomyślałem, że skoro to on jest w centrum wydarzeń, być może będzie to dobra lektura dla dzieci – opowieść o tym, co to znaczy być innym, czyli o czymś, co tak często odczuwa się w dzieciństwie.
Czy istniało jakieś konkretne przesłanie, które chciałeś przekazać?
To dość dorosły temat – chłopiec przebierający się za dziewczynkę – ale został przedstawiony w prosty sposób. Nie chciałem przypinać Dennisowi, tytułowemu chłopcu w sukience, żadnych łatek. On nie do końca rozumie wszystko, co dzieje się na świecie, ani co to wszystko oznacza. On jest po prostu Dennisem. Chce być inny i wyrażać siebie, a robiąc to, zmienia otaczający go świat na lepsze.
Czym różniło się pisanie książek od pisania scenariuszy telewizyjnych?
W książce można zrobić tak wiele rzeczy, które są niemożliwe w skeczu komediowym – na przykład opowiedzieć historię rozwijającą się w czasie, a przede wszystkim nadać postaciom życie emocjonalne. Nigdy wcześniej nie próbowałem tworzyć niczego emocjonalnego, zawsze zależało mi tylko na rozśmieszaniu ludzi. Skecze trwają zaledwie dwie, trzy minuty, więc nie ma tam na to czasu ani miejsca. W książce jest go znacznie więcej. Odkryłem, że naprawdę polubiłem pisanie takich fragmentów i że może nawet jestem w tym dobry. Czułem, że jest to autentyczne.
Bardzo poruszył mnie widok mojego pierwszego dzieła w druku, tak pięknie wydanego z ilustracją Quentina Blake'a na okładce. Telewizja, choć uwielbiam ją tworzyć, jest dość ulotna. Wiem, że są płyty DVD i serwisy VOD, ale przez większość czasu po prostu pojawiasz się na ekranie, a następnego dnia wszyscy oglądają już coś innego. Książka ma w sobie znacznie więcej życia, trwałości. Same w sobie są też pięknymi przedmiotami.
Dzięki temu całemu procesowi naprawdę czerpałem z tego radość i zapragnąłem pisać dalej.
I to doprowadziło do zupełnie nowej kariery jako poczytnego autora książek dla dzieci.
Tak, piszę teraz rocznie jedną powieść, jedną nowelę, zbiór opowiadań i książkę obrazkową. W zasadzie piszę bez przerwy. To się nigdy nie kończy. Gdy tylko kończę jedną, wiem, że muszę zacząć kolejną.
Twoje dwie pierwsze książki dla dzieci – Chłopiec w sukience oraz Pan Smród – zilustrował Quentin Blake, którego kreska jest również punktem odniesienia w inscenizacji scenicznej. Co jego ilustracje wnoszą do Twojej historii? Quentin nadał ton Chłopcu w sukience i wydobył emocje na pierwszy plan. W jego rysunkach jest coś niezwykle czułego i wrażliwego. Poza tym, ponieważ wielu z nas dorastało z jego ilustracjami, patrzenie na jego prace z perspektywy dorosłego wywołuje natychmiastową nostalgię. To sprawia, że myślisz o własnym dzieciństwie. Jak zaczęła się Twoja współpraca z Royal Shakespeare Company? Z pewnością nigdy nie sądziłem, że pewnego dnia Chłopiec w sukience zostanie musicalem wystawianym przez RSC. Jakieś cztery lata temu Mark Ravenhill zapytał o możliwość adaptacji. Wtedy nie wspomniał jeszcze, że ma to być musical. Myślałem, że powstanie tradycyjna sztuka. Spotkałem się z Markiem kilka razy. Bardzo go polubiłem, podobnie jak jego twórczość. Pomyślałem: „Cóż, to poważny dramaturg, to genialne, że chce się tym zająć”. Widziałem wszystkie jego sztuki – od słynnego Shopping and F***ing, przez Mother Clap's Molly's House i Some Explicit Polaroids, aż po The Cane. Jego twórczość zazwyczaj nie kojarzy się z rozrywką dla dzieci, zwłaszcza z takim tytułem jak Shopping and F***ing. Wiedziałem jednak, że on będzie potrafił nadać tej historii teatralny wymiar, a biorąc pod uwagę tematykę jego wcześniejszych prac, wierzyłem, że poradzi sobie z wątkami zawartymi w książce w sposób niezwykle delikatny.
Później spotkałem się z Markiem i Gregiem Doranem, którzy ogłosili: „Chcielibyśmy zrobić z tego musical i poprosić Robbiego Williamsa oraz Guya Chambersa o skomponowanie muzyki”. Znam Robbiego i Guya przelotnie, więc pomyślałem: „Możecie ich zapytać, ja tego nie zrobię”. Kiedy wrócili z informacją, że wchodzą w to, pomyślałem: „Uwierzę, jak usłyszę piosenki”. Potem, gdy przyszedłem na warsztaty i usłyszałem 18 niesamowitych utworów, dotarło do mnie: „O rany, to dzieje się naprawdę”.
Praca nad musicalem to długi proces, więc nie chciałem zapeszać, zanim stało się to rzeczywistością. Ale teraz, gdy bilety są już w sprzedaży, wiem, że to się wydarzy.
Obsada spektaklu Chłopiec w sukience. Fot. Joe Bailey Brałeś udział w przygotowaniu kilku wersji Chłopca w sukience. Czy miałeś jakieś opory przed oddaniem sterów i pozwoleniem innym na własną interpretację Twojego dzieła?
Jako autor myślisz tylko o tym, by inni nie zmienili przesłania twojej historii w sposób, którego nie zamierzałeś. Mark dokonał genialnej, a przy tym bardzo wiernej adaptacji. Historia, którą napisałem, stworzeni przeze mnie bohaterowie i niektóre z moich kwestii pozostały nienaruszone. Musical jest w pełni wierny duchowi książki.
Ostatecznie książka pozostaje książką i zawsze tam będzie, gotowa do czytania. Każda kolejna wersja jest na swój sposób inna, a wszystko, co nowe, stanowi jedynie wartość dodaną.
Co konkretnie Guy Chambers i Robbie Williams wnoszą do Chłopca w sukience? Są genialni. To, co wywarło na mnie największe wrażenie, gdy po raz pierwszy usłyszałem ich utwory, to ich bezpośredniość. Mają w sobie prostotę i siłę rażenia. Czasami na musicalach człowiek zastanawia się: „Zaraz, o czym oni śpiewali?”. Ponieważ Guy i Robbie na co dzień piszą hity popowe, ich piosenki błyskawicznie wpadają w ucho i są zrozumiałe. Co więcej, choć ich utwory bazują na wątkach z książki, nie trzymają się ich niewolniczo. Znaleźli własny język, a przy tym w jakiś sposób nadali całości rozmachu. Sprawili, że historia stała się odważniejsza. Piosenki mają taką moc, prawda?
Wszystkie są niesamowicie chwytliwe, a każdy utwór jest unikalny dla danej postaci, jej głosu i emocji, które wyraża.
RSC odniosło ostatnio wielki sukces z musicalem Matylda. Jesteś fanem? Uwielbiam w Matyldzie absolutnie wszystko. Wracałem na ten spektakl wielokrotnie na przestrzeni lat z różnymi członkami rodziny i za każdym razem odkrywam w nim coś innego. Prawdę mówiąc, zawsze marzyłem, żeby w nim wystąpić – chętnie zagrałbym panią Trunchbull. Proponowałem to nawet, rany, ale trzeba się zdeklarować na pół roku. Przy moich zawodowych zobowiązaniach to niemożliwe, ale gdybym mógł to zrobić na krócej... Może kiedyś. Jestem pewien, że niektórzy będą porównywać Chłopca w sukience do Matyldy, ale nie wolno się tym zbytnio przejmować. Są podobieństwa – obie to książki dla dzieci przerobione na musicale – ale różnią się diametralnie tonem i samą historią. Choć podziwiam Roalda Dahla, nie sądzę, by kiedykolwiek napisał taką opowieść.
Obsada Chłopca w sukience. Fot. Joe Bailey Twoja twórczość dla dzieci jest często zestawiana z dziełami Roalda Dahla. Jak wielki wpływ miał on na Ciebie?
Choć nigdy go nie poznałem, to dzięki niemu zacząłem czytać. Nie zostaje się pisarzem, jeśli nie kocha się lektury. Jako dzieciak uwielbiałem jego książki. To pochlebiające być porównywanym do kogoś, kto był tak ważną częścią twojego dzieciństwa i czyją pracę tak bardzo podziwiasz. Ale twórczość Dahla jest jedyna w swoim rodzaju. Porównania wynikają głównie z faktu, że obaj współpracowaliśmy z ilustratorem Quentinem Blakem.
Jak duże znaczenie w Twoim życiu i karierze miało przebieranie się za kobiety (cross-dressing)? Myślę, że mam w tej dziedzinie sporą historię. Moja starsza siostra chciała mieć siostrzyczkę, a nie braciszka, więc przebierała mnie, gdy byłem brzdącem. Potem były szkolne przedstawienia. Chodziłem do męskiej szkoły i nikt inny nie chciał grać ról kobiecych. Pamiętam, że gdy omawialiśmy Makbeta, nauczyciel angielskiego napisał w moim raporcie: „bardzo zapadająca w pamięć Lady Makbet”. W Małej Brytanii, mimo że robiliśmy to we dwóch, chcieliśmy pokazać różne aspekty życia i naturalne wydawało się granie postaci kobiecych – niektóre z nich stały się całkiem sławne. Cross-dressing nie jest czymś, o czym rozmyślam na co dzień, ale wiem, że ludzie mnie z tym kojarzą i to jest w porządku. Zawsze uważałem, że to świetne, gdy ludzie wyrażają siebie. To należy celebrować. Czy miałeś jakieś doświadczenia z RSC w młodości? Szkoła zabrała nas na Makbeta do Stratford w 1985 lub 86 roku. To wydarzenie wyryte w mojej pamięci, bo był to pierwszy Szekspir, jakiego widziałem na żywo, a na scenie wystąpili Jonathan Pryce, Sinead Cusack i David Troughton. Spotkałem ich później wszystkich i mówiłem im, jak wielkie wrażenie na mnie zrobili.
Będąc aktorem czy reżyserem, musisz pamiętać, że każdy spektakl może być dla kogoś tym pierwszym w życiu i ciąży na tobie odpowiedzialność. Nie chcesz, żeby ktoś, kto nigdy nie był w teatrze, wyszedł z niego zniechęcony na zawsze.
Jak się czujesz przed swoim „debiutem w RSC”?
RSC ma niesamowite dziedzictwo, renomę i specyficzny model pracy. Tam panuje standard, poniżej którego nigdy się nie schodzi. Przez lata widziałem u nich mnóstwo rzeczy i zawsze chciałem z nimi współpracować. Więc jestem zachwycony. To jak znak jakości. Trochę jak wtedy, gdy Quentin Blake zgodził się zilustrować moją pierwszą książkę. To pieczęć aprobaty. RSC chce wystawić moją książkę? Oho, w takim razie to musi być naprawdę dobre.
Prace nad musicalem Chłopiec w sukience trwały kilka lat. Czego nauczył Cię ten proces?
Pisanie książki to bardzo intymne zajęcie – jesteś tylko ty i kartka papieru lub ekran komputera. Pracujesz w samotności. Nawet przy wydaniu książki zaangażowana jest mała liczba osób – ilustrator, projektant, redaktor. Doświadczenie wystawiania musicalu z RSC to zupełnie inna bajka... Na pierwszej próbie było ponad 100 osób – aktorzy, reżyserzy, scenografowie, choreografowie – to było niemal przytłaczające. Czułem pokorę i spore zdenerwowanie, widząc tych wszystkich ludzi pracujących nad przeniesieniem mojej wizji na scenę. To był jeden z tych momentów, w których teoretycznie powinieneś czuć dumę, a ja po prostu chciałem zapaść się pod ziemię ze skrępowania.
Ale obserwowanie ich współpracy było niesamowite – fakt, że każda z tych osób musi wykonać swoją pracę genialnie, aby całość nabrała wiatru w żagle. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Co chciałbyś, aby widzowie wynieśli z tego musicalu? Choć Chłopiec w sukience porusza kilka poważnych tematów, to przede wszystkim zabawne show. Mam nadzieję, że ludzie będą się świetnie bawić, śmiać i śpiewać, ale też wyniosą coś, co będzie nieco zaskakujące i skłoni do myślenia. Guy Chambers mówi, że to spektakl typu „feel-good” – wiem, że to nadużywane słowo, ale taka jest prawda. To podnosząca na duchu sztuka. Widz powinien wyjść z teatru z bardziej pozytywnym nastawieniem do świata.
KUP BILETY NA SPEKTAKL CHŁOPIEC W SUKIENCE
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności