WIADOMOŚCI
RECENZJA: 17c, Old Vic Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje występ grupy Big Dance Theater Annie-B Parson, która zaprezentowała spektakl „17c” na deskach Old Vic Theatre.
17c The Old Vic
27 września 2018 r.
4 gwiazdki
Gore Vidal powiedział kiedyś, że „mody przemijają, ale awangarda jest zawsze taka sama”. Potwierdza to to przegadane, dość statyczne i monumentalne widowisko prosto ze stajni amerykańskiego Big Dance Theater pod wodzą Annie-B Parson, które zawitało do londyńskiego Waterloo na krótkie, czterodniowe gościnne występy. Jako riposta wobec wizji Ameryki Trumpa, spektakl jest niemal bezkonkurencyjny: pod każdym względem stara się zagrać na nosie obecnym prawicowym świętościom, nie pozwalając nam na emocjonalne uniesienia i kładąc nacisk nie tylko na zasadność, ale i prymat życia intelektualnego jako siły napędowej narodu. To swego rodzaju inscenizowany wykład z elementami – acz nielicznymi – ruchu. Choć promowany jako show taneczny, unosi się nad nim duch Piny Bausch z jej suchym i nieubłaganym rygorem. Mimo licznych uśmiechów i odwołań do „fikuśności” sztuki, intencja wydaje się śmiertelnie poważna. Środowiskowe żarty zrozumieją tylko wtajemniczeni – na pokazie prasowym śmiali się z nich wystarczająco głośno. Ja jednak do tego grona nie należę i zastanawiam się, jak przeciętny bywalec teatru zareaguje na ten popis świadomego intelektualizmu.
Spektakl miał swoją premierę parę lat temu w Stanach Zjednoczonych i od tego czasu sporo podróżował z zespołem (w zeszłym miesiącu gościł w Berlinie). Punktem wyjścia są tu kanoniczne dzieła literatury angielskiej, a konkretnie siedemnastowieczny sekretny dziennik Samuela Pepysa. Pisarz ten, jak powszechnie wiadomo, spisał go tajemnym kodem, który przez wieki opierał się próbom odczytania. Co dziwne, w programie opisano go jako osobę nadmiernie dzielącą się prywatnością („over-sharing”), choć o ile nam wiadomo, nikt inny nie mógł przeczytać jego zapisków. Co to właściwie ma znaczyć? Być może intencja była inna, ale ten jeden szczegół rzucił cień na błyskotliwą fasadę widowiska i sprawił, że z każdą minutą zacząłem kwestionować coraz więcej. Czy mogliśmy ufać temu, co serwowała nam Parson i jej ekipa?
Cóż, mówiąc wprost, obszerne cytaty z nieocenzurowanych dzienników wydają się być idealną pożywką dla pokolenia #MeToo. Tak, to kolejna opowieść z nurtu rewizjonizmu historycznego, przybliżająca postać kobiety – pani Pepys – która została zepchnięta na boczny tor przez relację ze sławnym mężem. W dzisiejszym świecie swobody obyczajowej często zapominamy, że przez tysiąclecia jedyną drogą dla kobiety było przejście z rodziny ojca pod skrzydła męża. Owszem, już od czasów Chaucera literatura pokazywała nam niezwykłe kobiety potrafiące ominąć tę pułapkę, ale – niestety – nie każda może być tak niezależna jak Żona z Bath (a nawet ona jest definiowana przez swój stan małżeński). Elizabeth, małżonka Pepysa, również prowadziła dziennik, ale Samuel pewnego dnia, w przypływie szału, zniszczył go, uciszając jej głos. (Tołstojowie też spierali się o swoje dzienniki: wciąż czytamy jego, a ignorujemy jej. I tak dalej). Dlaczego więc nie napisała go od nowa, jak T.E. Lawrence, gdy zgubił manuskrypt „Siedmiu filarów mądrości” na peronie stacji Reading? Tego się nie dowiemy.
Parson stara się tu prawdopodobnie obdarzyć Elizabeth Pepys niezłomnością i hartem ducha, których ta nie potrafiła wykrzesać w rzeczywistości. To szlachetne. Tradycja powracania do przeszłości i spoglądania na nią dzisiejszymi oczami ma długi rodowód. Dzięki choreografii wypracowanej przez zespół (Elizabeth DeMent jako pani P., Mikeah Ernest Jennings, Cynthia Hopkins, Paul Lazar i Kourtney Rutherford), otwartej, niemal szkieletowej scenografii Joanne Howard oraz zgrzebnym kostiumom Oany Botez, widz nie ma gdzie się schronić przed nawałnicą idei. To Amerykanie, którzy myślą. Elementu scenicznego blichtru dodają momentami widowiskowe światła Joe Levasseura, znakomita oprawa dźwiękowa Tei Blowa (szczególnie muzyka na żywo) oraz wideo Jeffa Larsona. Całość utrzymana jest jednak w nastroju niemal teutońskiej powagi. Spektakl trwa tylko około 80 minut, ale wydaje się znacznie dłuższy. Intensywność programu, wypełnionego po brzegi wielkimi koncepcjami, byłaby wyczerpująca, gdyby trwała choć chwilę dłużej.
Ostatecznie, po niespełna półtorej godzinie, spektakl wymyka się nam w sposób niemal nonszalancki, wyłączając strumień intelektualnej aktywności równie sprawnie, jak go włączył. Zostajemy zwolnieni z jego uścisku. Wolni, by odejść. I co robić? Myśleć.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O ANNIE-B PARSON
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności