WIADOMOŚCI
RECENZJA: W męskiej obsadzie – Iolanthe, Richmond Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje męską produkcję „Iolanthe” Gilberta i Sullivana w reżyserii Sashy Regan w Richmond Theatre w ramach trasy po Wielkiej Brytanii.
Męska „Iolanthe” Sashy Regan – Wróżki. Fot. Harriet Buckingham Iolanthe
Richmond Theatre (Trasa po Wielkiej Brytanii)
17 maja 2018 r.
5 Gwiazdek
Gilbert i Sullivan, podobnie jak problemy dnia codziennego, zawsze będą nam towarzyszyć. Przynajmniej tak się stanie, jeśli armia odnowicieli ich twórczości postawi na swoim: na całej długości i szerokości Wysp – a nawet daleko poza nimi – talenty mniejsze i większe od lat zajmują się odkurzaniem dziedzictwa Savoy Opera Co. Robią to, by przywrócić operetki tego wiktoriańskiego duetu w formie odpowiadającej współczesnym gustom.
Obecnie jedną z głównych pochodni renesansu opery buffa „w angielskim stylu” niesie właścicielka teatru, producentka i reżyserka Sasha Regan wraz ze swoim niezastąpionym zespołem z niezmordowanego Union Theatre w południowym Londynie. Z tego tygla inwencji twórczej wyszła seria genialnie przemyślanych produkcji: „Piraci z Penzance”, „Mikado”, „HMS Pinafore”, a teraz – odwiedzając znacznie większe i prestiżowe sceny podczas trasy – najsłodsza z nich, czyli „Iolanthe”. Kiedy zawitała do niemal rówieśniczego wiekiem teatru przy Richmond Green, miałem szczęście udać się na seans.
Męska „Iolanthe” Sashy Regan. Fot. Harriet Buckingham Wybór artystyczny Regan wzbudza sporo dyskusji: reżyserka płynie pod prąd panującemu trendowi obsadzania coraz większej liczby kobiet, zamiast tego reinterpretując owe dzieła wyłącznie w męskiej obsadzie. Jakież to bulwersujące! Obserwowanie tego jako wprawki z estetyki kampu, gdzie panowie śpiewają swoje partie tenorem, barytonem czy basem, by za chwilę wzbić się na falsetowe rejestry altu, mezzosopranu i – choć trudno to sobie wyobrazić – sopranu koloraturowego, jest doprawdy niezwykłym przeżyciem. Muszę przyznać, że pierwszy raz konfrontowałem się z tym naładowanym testosteronem zespołem z pewną obawą, oglądając „Pinafore” w Hackney Empire. Szybko jednak dałem się przekonać… no właśnie, przez co? Wciąż próbuję zrozumieć, co w tej niezwykłej metodzie wystawiania operetek ma w sobie tyle uroku, czaru i… piękna?
Trudno to jednoznacznie określić. Ale mniejsza z tym. Mocując się z takimi estetycznymi zagadkami, czułem się w ten czwartek szczęśliwy, siedząc w pięknym teatrze zaprojektowanym przez Matchama i dając się porwać produkcji o tak nieopisanej gracji, lekkości oraz niewinnej prostocie. Wszystko to podano nam z drobiazgową dbałością o tekst i partyturę, przez co trudno mi sobie wyobrazić inną interpretację – tak przekonująca i całkowicie „właściwa” wydawała się ta wersja. Prawdziwa magia!
Męska „Iolanthe” Sashy Regan – Lordowie. Fot. Harriet Buckingham
Kluczem do sukcesu jest ogromna obsada. To nie jest skromna operetka: na niemal pustej scenie tłoczy się 16-osobowy, solidny zespół. Gdy tylko rusza olśniewająca choreografia Marka Smitha (pełna nawiązań od Bournonville’a, przez Massine’a i Petita, aż po Hermesa Pana i Gene’a Kelly’ego), łatwo zrozumieć dlaczego: chłopcy potrzebują całej dostępnej przestrzeni, by się poruszać. A robią to w układach o tak zawrotnej precyzji i bezwysiłkowym pięknie, że nie sposób od razu nie dać się im uwieść. Wszystko to dzieje się już podczas pomysłowo zainscenizowanej „uwertury”, od której stajemy się ich radosnymi jeńcami, gotowymi na wszystko, co nam zaserwują.
A jednak sekret może tkwić również gdzie indziej: od pierwszych dźwięków niezwykle subtelnej, kameralnej frazy Richarda Bakera w preludium do I aktu – linii melodycznej, która mogłaby wyjść spod pióra XIX-wiecznego kompozytora tworzącego utwory dla utalentowanych amatorów – zostajemy wciągnięci, a wręcz schwytani, w świat pełen powściągliwej introspekcji. Ukazuje się nam delikatna „prawda”, która leży u podstaw radosnego chaosu mającego za chwilę wybuchnąć. Kiedy więc chłopcy wpadają do zaciemnionej sali z małymi latarkami, dokazując jak psotne dzieci przebrane za dżentelmenów z początku XX wieku w świetnych kostiumach Stewarta Charleswortha – zawsze idealnie oświetlonych przez Tima Deilinga – w skrócie, kiedy pojawiają się jako „wróżki”, jesteśmy już całkowicie po ich stronie, gotowi przyjąć każdą dawkę szaleństwa.
Męska „Iolanthe” Sashy Regan. Fot. Harriet Buckingham
Na czele tych nadprzyrodzonych istot stoi Richard Russell Edwards jako Królowa Wróżek (przypominająca postać Dr Hildy Brackett) z fenomenalnym głosem. Zresztą cały zespół jest wokalnie bardzo silny. Christopher Finn jako godna i pełna stoicyzmu Iolanthe równie dobrze odnalazłby się w operze seria – tak głęboko wchodzi w tragiczne jądro tej roli. Joe Henry, Dominic Harbison i Lee Greenaway grają Phyllis, Celię i Leilę z równą finezją. Ich lekkie, czyste głosy splatające się w te charakterystyczne, porywające harmonie typowe dla wysokich rejestrów sprawiają, że zupełnie zapomina się o płci wykonawców: są po prostu wspaniali i to wystarczy. Pomostem między dwoma światami jest pół-śmiertelny Strephon, w którego wciela się Richard Carson; jego doświadczenie z West Endu nadaje mu intrygujący rys, wyraźnie wyróżniając go na tle reszty. Nie przeszkadza mu to jednak uczynić z duetu z Phyllis w II akcie momentu rozczulającego zachwytu.
Naprzeciw tym apollińskim biesiadnikom stają przyziemni lordowie pod wodzą Alastaira Hilla w roli wyjątkowo młodego, ale olśniewająco trafionego Kanclerza (jego narracja o koszmarze w II akcie to słusznie jeden z najjaśniejszych punktów tej produkcji). Adam Pettit jest dźwięcznym Lordem Tollollerem, a Michael Burgen – który zdaje się nie mieć granic w swoich scenicznych możliwościach – jest idealnym Lordem Mountararat: ich wspólne sceny to czysta błogość. Niesamowity seksapil i świetne, komediowe wyczucie czasu prezentuje Duncan Sandilands ze swoim imponującym basem. Resztę zespołu tworzą niezmordowani i wszechobecni Benjamin Mundy, Reece Budin, Jack Hinton, Daniel Miles, Sam Kipling i James Gulliford.
W gruncie rzeczy jest to jednak produkcja, która rozumie, jak wielkim arcydziełem jest sama partytura, i robi wszystko, by wyeksponować jej zalety. Pierwsza połowa jest ekscytująca, ale to po przerwie zaczynają się prawdziwe fajerwerki! Młodzieńcze głosy obsady, zwłaszcza w tak dobrze dobranym teatrze o boskiej akustyce, brzmią czysto jak dzwon, a prosty akompaniament fortepianu pozwala wybrzmieć każdej nutcie. Co ważniejsze – każda ostra, świeża sylaba genialnego libretta Gilberta lśni w powietrzu niczym kryształy w westminsterskiej sali balowej. Efekt końcowy jest urzekający i jest po prostu triumfem. Idźcie i zakochajcie się w tej niebiańskiej produkcji jednego z najlepszych dzieł brytyjskiej sceny muzycznej.
MĘSKA IOLANTHE – SZCZEGÓŁY TRASY
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności