Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Alpha Beta, Finborough Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

Daniel Coleman-Cooke

Share

Christian Roe i Tracey Ifeachor w spektaklu Alpha Beta. Fot. Giulia Savorelli Alpha Beta

Finborough Theatre

24 czerwca 2015

2 gwiazdki

Dla skrępowanych sytuacjami społecznymi Brytyjczyków to prawdziwe piekło na ziemi. Bycie uwięzionym na kolacji lub w samochodzie z kłócącą się parą. Człowiek wpatruje się przed siebie mętnym wzrokiem, mając nadzieję, że wszystko rozejdzie się po kościach, a wszyscy pogodzą się przy filiżance herbaty. Wyobraźcie sobie to uczucie niepokoju i zażenowania rozciągnięte do godziny i czterdziestu minut, a będziecie mieli obraz tego, jak wygląda seans Alpha Beta w Finborough Theatre.

Sztuka autorstwa Teda Whiteheada przedstawia nieszczęśliwe małżeństwo, państwa Elliot, którzy uwięzili się w domowym areszcie uformowanym przez małżeństwo, rodzinę i wścibskie spojrzenia sąsiadów zza firanek. Walcząc ze wzajemną niechęcią dla dobra dzieci, szybko zaczynają niszczyć się nawzajem poprzez odrażającą rutynę awantur, romansów i szantaży samobójczych.

Jest dokładnie tak ponuro, jak brzmi; cała sztuka to jedna długa, małostkowa, rozwlekła i zapętlona kłótnia, rozciągnięta na dziewięć nędznych lat. Próżno tu szukać wytchnienia (poza błogimi pięcioma minutami w trzecim akcie) – ta dwójka celowo się nakręca i atakuje przez całe przedstawienie. Nie oznacza to, że w takim układzie jest coś z definicji złego – wiele wybitnych dzieł teatralnych bazuje na gniewie i napięciu – problemem jest raczej czysta powtarzalność i bezcelowość tego wszystkiego.

Trudno doszukać się tu wyraźnej fabuły i niemal słychać, jak publiczność mruczy pod nosem „znowu to samo”, gdy kolejną nieskończoną kłótnię wywołuje zupełnie niewinny komentarz. Scenariusz jest tak cykliczny, że sprawia wrażenie prequela „Dnia świstaka”. Dlaczego wciąż jesteśmy razem? Dlaczego się w sobie zakochaliśmy? Dlaczego spotykasz się z tą „dziwką”? (Słowo to pada w produkcji tak często, że traci jakiekolwiek znaczenie).

Kolejnym problemem jest fakt, że główni bohaterowie są tak niesympatyczni, iż widzowi niemal nie sposób przejąć się losem ich związku. Przykładowo, chyba tylko czarny charakter z kreskówki zareagowałby na wieść o tym, że żona planuje zabić siebie i dzieci, drwiną w stylu: „Nie mogę pozwolić, byś od razu rozwiązała wszystkie moje problemy”. Bohaterowie tak bardzo pławią się w nienawiści do siebie, że odnosi się wrażenie, iż tkwią w nieszczęściu, na które ostatecznie zasłużyli.

Kolejnym zgrzytem jest sposób osadzenia sztuki w czasie. Alpha Beta miała premierę w 1972 roku i jest mocno zakorzeniona w latach 60. Ceny podawane są w szylingach, a wiele kluczowych tematów – jak dziewictwo, „wstyd” związany z rozwodem czy kwestie wolności seksualnej – wydaje się nieco przestarzałych. Wszystko byłoby w porządku, gdyby była to inscenizacja kostiumowa, jednak scenografia sugeruje współczesność. Widzów witają kojące głosy z nowoczesnego radia (Iain Dale, jeśli się nie mylę), a scenografia Verity Quinn i dobrane rekwizyty mają w sobie nutę nowoczesnego minimalizmu. Jeśli próbowano przenieść tę sztukę w XXI wiek, to ten zabieg zupełnie się nie udał.

Obsada w osobach Tracy Ifeachor i Christiana Roe spisuje się przyzwoicie. Włożyli mnóstwo wysiłku w dość marny scenariusz; odniosłem wrażenie, że para ta doskonale wiedziała, iż próbuje wtoczyć przysłowiowy głaz pod górę, i należą im się brawa za to, że dali z siebie wszystko. Szczególnie Ifeachor udaje się tchnąć prawdziwe uczucie i wrażliwość w postać, która łatwo mogłaby stać się jednowymiarową, zgorzkniałą i porzuconą kobietą. Szyderczy, pretensjonalny i zahamowany seksualnie pan Elliot w wykonaniu Roe bywa momentami przekonujący, choć ma tendencję do nadmiernego krzyku. Ogólne natężenie dźwięku w tej produkcji jest tak intensywne, że gdy pod koniec sztuka osiągnęła swój prawdziwie dramatyczny punkt kulminacyjny, aktorzy nie mieli już skali, by pójść o krok dalej.

Scenografia była zdecydowanie najmocniejszym punktem tego spektaklu. Zamiast konwencjonalnej sceny, cały teatr został zaaranżowany na prawdziwy salon, a widzowie mogli usiąść tam, gdzie im pasowało (wybrałem stół w salonie – idealne miejsce na notatnik recenzenta!). W rezultacie dramat rozgrywał się wokół publiczności, przez co dosłownie czuliśmy się jak podglądacze przyglądający się domowej katastrofie. Zostało to zrobione bardzo sprytnie i czuć było, że przy odpowiedniej sztuce taka oprawa mogłaby zdziałać cuda – podobnie jak świetny Sweeney Todd w lokalu Harrington’s Pie and Mash Shop. Dla jednego z widzów było to jednak doświadczenie aż nazbyt bliskie, gdyż został ochlapany farbą podczas jednej z wielu scen destrukcji!

Zadbano również o detale w rekwizytach; na ścianach zawisły realistycznie wyglądające „zdjęcia rodzinne”, a bohaterom udawało się w jakiś sposób wnosić parujące filiżanki gorącej kawy z kuchni poza sceną – tutaj nikt nie udawał, że pije!

Do końca spektaklu niemal wszystkie meble zostały roztrzaskane, padły wszelkie możliwe wyzwiska, a jeden z bohaterów cztery razy groził śmiercią samobójczą. A mimo to nic nie zmieniło się w kwestii fabuły czy rozwoju postaci. Jestem pewien, że Ted Whitehead powiedziałby, iż idealnie oddaje to naturę nieszczęśliwych małżeństw. Być może to prawda, ale nie tworzy to dobrego teatru, mimo szczerych chęci utalentowanej obsady.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS