WIADOMOŚCI
RECENZJA: Another Country, Trafalgar Studios ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Another Country
Trafalgar Studios, obecnie na trasie po Wielkiej Brytanii
27 marca 2014
5 Gwiazdek
Jedną z najwspanialszych cech teatru jest fakt, że potrafi on robić wiele rzeczy naraz: rzucać światło na konkretny okres w historii; pozornie zajmować się jednym tematem, podczas gdy w rzeczywistości porusza inne; wykazywać aktualność w stosunku do współczesności; być czymś zupełnie innym, niż się spodziewamy; bawić i uczyć; oszałamiać językiem i emocjami.
Pięknie napisana sztuka Juliana Mitchella, „Another Country”, grana obecnie w Trafalgar Studios (po sezonach w Bath i Chichester), jest właśnie taką okazją.
Precyzyjna i wnikliwa inscenizacja Jeremy’ego Herrina jest stylowa, autentyczna i – mimo silnego zakorzenienia w odległych latach 30. XX wieku – zaskakująco nowoczesna w tonie i wydźwięku. Lśni i tętni głębokim zrozumieniem zarówno dawnych lat, jak i współczesnej Wielkiej Brytanii.
To właśnie ta sztuka trzydzieści lat temu stała się trampoliną dla karier Ruperta Everetta i Kennetha Branagha, a później Daniela Day-Lewisa i Colina Firtha. Choć żadna z osób w obsadzie Herrina nie wydaje się jeszcze być tej klasy, każdy z aktorów jest więcej niż kompetentny, a jako zespół współpracują znakomicie, emanując obietnicą, gniewem, oszołomieniem i lękiem przed przyszłością.
Sztuka stara się wyobrazić sobie wczesną edukację Guya Burgessa (tutaj zwanego Bennettem) i wyjaśnić, co mogło skłonić go do zdrady ojczyzny. Gra ona jego seksualnością, maltretowaniem, jakiego doświadczył w szkole i na uniwersytecie, jego wczesnym kontaktem z pismami komunistycznymi oraz wyobrażonym zetknięciem z fortelami, szpiegostwem, szantażem i zdradą. Łatwo zrozumieć, dlaczego ktokolwiek – niezależnie od orientacji czy temperamentu – mógłby zdradzić kraj, który pozwala, by jego młodzi studenci doświadczali tortur tradycji, zasad, hierarchii i oczekiwań w elitarnych, prywatnych szkołach z internatem.
Rob Callender (który wygląda jak syn marnotrawny Ruperta Penry-Jonesa) zaczyna nieco niepewnie, ale rozkwita w urzekającego, czarującego i przekonującego Guya. Jest w równym stopniu lekkomyślny, co szczery. Jego triumf nad Fowlerem, gdy grozi szantażem wszystkim, którzy korzystali z uciech jego ciała, jest niezwykły, podobnie jak autentyczny ból, który przekazuje w chwili zemsty Fowlera, niszczącego miłość, która była dla niego ważna, i doprowadzającego do brutalnej chłosty.
W roli zdeterminowanego komunisty-in-spe, Judda, Will Attenborough (najmłodszy przedstawiciel słynnej dynastii Attenborough) jest doskonały. Przypadła mu najbardziej dydaktyczna rola w całym utworze, ale radzi sobie z tą trudnością zgrabnie i z prawdziwym wdziękiem. Wzbogaca każdy istotny moment spektaklu, a więź między nim a Guyem granym przez Callendera jest namacalna, prawdziwa i zaskakująco zrozumiała. Jego poczucie grozy związane z zostaniem prefektem zostało oddane po mistrzowsku.
Julian Wadham, jedyny członek obsady po czterdziestce, jest spektakularny jako pacyfista-pedofil, który odwiedza swojego siostrzeńca (śliskiego, ambitnego i interesownego Devenisha w wykonaniu Marka Donalda), zawstydza establishment i przy kanapkach z ogórkiem oraz muffinach toczy dysputy z Callenderem i Attenborough. To zaskakująca, uwodzicielska i przerażająco szczera obserwacja na temat władzy, przywilejów i cielesności.
Bill Milner jest idealny jako przerażony, zdesperowany i ostatecznie podły Wharton – „fuks” z pierwszego roku, traktowany z pogardą przez wszystkich oprócz Attenborough. Moment, w którym zdradza Callendera, by przypodobać się Fowlerowi, jest uderzający i wynika z bardzo starannie poprowadzonej przez Milnera charakterystyki postaci.
Rowan Polanski jest w punkt jako okropny, brutalny zbir Fowler; Mark Quarterly przekonująco oddaje ból postępowego lidera domu, Barclaya, który czuje się osobiście odpowiedzialny za okrucieństwa popełnione pod jego okiem; Cai Brigden tworzy precyzyjną i konwencjonalną, lecz podstępną postać Delahaya.
Scenografia autorstwa Petera McKintosha to cud drewnianych paneli, internatowych łóżek i boisk do krykieta. Atmosfera lat trzydziestych jest wręcz haptyczna. Zmiany dekoracji nie są jeszcze tak płynne, jak mogłyby być, ale z pewnością dopracują się z czasem.
W programie do tego przedstawienia Mitchell pisze:
„Napisałem tę sztukę po części po to, by zadać kłam ekspertom i pokazać, o ile ważniejsze w rozwoju młodego człowieka są uczucia niż idee ideologiczne – zwłaszcza poczucie przynależności. Po części również, śmiem twierdzić, by zemścić się na klasie średniej za edukację, która okazała się zupełnie nieprzydatna pisarzowi w buntowniczych latach 60. i 70... ale nikt nie chciał tego wystawić. Rzecz była o chłopcach, nie było ról kobiecych ani ról dla wielkiej gwiazdy. Odrzucił nas National Theatre, RSC, Royal Court i komercyjni producenci... a oto jesteśmy 80 lat po wyobrażonych wydarzeniach ze sztuki i 33 lata po tym, jak je opisałem... Szkoły prywatne kwitną jednak jak nigdy dotąd... czy tak będzie zawsze? Na to wygląda.”
Herrin doskonale to rozumie, a jego produkcja pozostaje w genialnej synchronii z wizją Mitchella.
Wspaniałe wznowienie niedocenianego arcydzieła.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności