WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bananaman w Southwark Playhouse ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Obsada musicalu Bananaman Bananaman
Southwark Playhouse,
4 stycznia 2017
3 gwiazdki
Raz po raz twórcy próbują tchnąć musicalowe życie w komiksowe ramoty, a rezultaty niemal nigdy nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Prawdopodobnie tylko „Annie” była (prawie) całkowicie udaną transformacją tego formatu – bez wątpienia dlatego, że korzysta z czegoś, czego brakuje większości komiksów: silnej, jasno zdefiniowanej osi narracyjnej. A nawet wtedy, w porównaniu z lekkością i urokiem jej wyśmienitej ścieżki dźwiękowej, w scenariuszu wyczuwa się pewną toporność.
O ileż mniej pewny jest teren, na którym porusza się ta współczesna konfekcja, oparta na komiksie z lat 80., który brzmi jednak tak, jakby wyłonił się w pełni ukształtowany z narodowej psychiki dobre trzy dekady wcześniej – tak beznadziejnie przestarzałe są jego wyobrażenia i stereotypy. Można by się zatem zastanawiać, po co zadawać sobie tyle trudu przez lata, by stworzyć musical na podstawie tej historii? Leon Parris, odpowiedzialny za całość tej propozycji, najwyraźniej ma obsesję na punkcie swojego tematu, a deklarowanym celem reżysera Marka Perry'ego jest odtworzenie tego „ciepłego, miłego uczucia”, jakie dają mu oryginalne komiksy. To chwalebny cel, ale czy koniecznie „dramatyczny”? Kiedy po raz pierwszy pokazano to publiczności podczas festiwalu „From Page To Stage” w kameralnym Tristan Bates Theatre, półsceniczne czytanie było rozwlekłe, ale często wesołe i zabawne. Od tego czasu, jak nam zasugerowano, włożono w spektakl mnóstwo „pracy”. Niestety, w tym procesie z opowieści ulotniła się spora część ikry i blasku.
Patrząc na efekty wystawione w Southwark, można jedynie zachodzić w głowę, jak do tego doszło. Zdeterminowany autor, działając w pojedynkę, dodał do opublikowanego materiału kilka melodii, które powtarzane są na tyle często, by naprawdę zapaść w pamięć. Parrisowi nie brakuje umiejętności. Nie ma możliwości, by wyjść z teatru, nie potrafiąc zanucić przynajmniej jednego z jego utworów – wznoszącego się arpeggiem utworu tytułowego – tak niezmordowanie i natarczywie jest on repryzowany. Piosenki pozostają jednak raczej dżinglami niż motywami przewodnimi, mimo usilnych starań Alana Berry'ego (kierownictwo muzyczne, orkiestracja i złożone aranżacje wokalne). Tymczasem obfite teksty piosenek niosą dużą część ekspozycji na początku spektaklu, co jest problematyczne, gdy gra się „do przodu”, podczas gdy dwie trzecie widowni siedzi po bokach, a dwa głosy śpiewają nad sobą zamiast ze sobą, na tle dość głośnego zespołu (pod batutą Mala Halla, nagłośnienie Andrew Johnson). Odpowiada za to oczywiście reżyser Perry i nie rozumiem dlaczego: spektaklowi nie pomaga fakt, że nigdy do końca nie wiadomo, kim są bohaterowie, skąd się wzięli i dlaczego robią to, co robią. To wielka szkoda, bo spora część partii mówionych jest bardzo zabawna. Niestety, żarty nie mają odpowiedniego tempa; sypią się gęsto, ale nigdy nie wydają się trafiać w jasno zdefiniowany i przystępny „ton”.
Carl Mulaney (General Blight) i Marc Pickering (Dr Gloom) w musicalu Bananaman
Te niedociągnięcia nie są winą niezwykle trafnie dobranej i zdolnej obsady. To zdecydowanie show czarnych charakterów (podobnie jak w Tristan Bates), z Marciem Pickeringiem w roli Doktora Glooma, który daje popis aktorskiego kunsztu. Matthew McKenna zdaje się pochłaniać lwią część budżetu na scenografię w swoim niezwykle dopracowanym stroju tytułowego bohatera (scenografia i kostiumy Mike'a Leopolda oddają jasny, radosny świat, a krótkie sceny płynnie łączą się ze sobą bez zbędnego zamieszania): z pewnością prezentuje się jako wspaniała postać macho, z tak spektakularnie rozwiniętą muskulaturą, że jakikolwiek sens parodiowania superbohaterów z DC gdzieś umyka. Zamiast tego staje się on, jak wiele postaci z tego gatunku, figurą z fantazji homoerotycznych, a w spektaklu, gdzie czynnikiem przemiany jest zjedzenie banana... cóż, można się tylko domyślać, z jak bogatej i osobliwej osobowości wyłoniła się ta kreacja.
Wokół tego oszałamiającego żółto-niebieskiego zjawiska krążą dusze znacznie bardziej prozaiczne. Eric Wimp, dzieciak o niezbyt lotnym nazwisku i apetycie na zakrzywione żółte owoce, to nie kto inny jak Mark Newnham, którego owłosione nogi potwierdzają status dorosłego mężczyzny, a którego mama, Lizzii Hills, wydaje się niemal zbyt młoda, by go urodzić – niemniej z zadziwiającym opanowaniem radzi sobie z okropną, seksistowską karykaturą, jaką jej zaoferowano. Jej jedynak ma samozwańczego pomocnika w postaci Wrony, granej przez sprawnie sypiącą żartami Jodie Jacobs. Ponownie: to świetni wykonawcy, którzy gwarantują salwy śmiechu, ale raz po raz widać, że pracują strasznie ciężko, by poderwać do lotu coś, co po prostu nie chce wystartować. Emma Roulston daje imponujący popis wokalny jako Fiona i jest to na swój sposób porywające, ale materiał nie oddaje sprawiedliwości jej talentowi. Carl Mullaney jako General Blight, T J Lloyd jako Chief O'Reilly, Brian Gilligan jako Mad Magician oraz Chris McGuigan i Amy Perry w zespole uzupełniają obsadę i wszyscy wkładają solidny wysiłek w komiksowy styl gry. Najlepiej sprawdzają się elementy slapstickowe – głupie upadki i niedorzeczne zachowania dają sporo frajdy. Choreografię przygotował Grant Murphy (również asystent reżysera), ale rzadko pokazuje ona jego najlepsze strony. Całość jest całkiem nieźle oświetlona przez Mike'a Robertsona.
Niemniej jednak, ogólnie rzecz biorąc, spektakl nie może znaleźć swojego rytmu. Można się nim cieszyć w uproszczony sposób, ale to umniejsza jego autentycznie dowcipną i pomysłową stronę, której tak bardzo chce się ulec, a która uporczywie pozostaje irytująco poza zasięgiem i ostrością. Dzieciaki będą się nieźle bawić, dorośli docenią niektóre riposty, ale prawdopodobnie nie będzie to świąteczne przedstawienie, które zapadnie w pamięć na długo.
Grane do 20 stycznia 2018
KUP BILETY NA MUSICAL BANANAMAN
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności