WIADOMOŚCI
RECENZJA: Beat The Devil, Bridge Theatre w Londynie ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Libby Purves
Share
Theatrecat Libby Purves powraca na widownię, by obejrzeć Beat The Devil w Bridge Theatre w Londynie – i jest to początek w wielkim stylu Fiennesa!
Ralph Fiennes w Beat The Devil. Fot.: Manuel Harlan Beat The Devil
Bridge Theatre, Londyn
4 Gwiazdki
Po dziewięciu miesiącach wygnania – moja chemioterapia zakończyła się akurat w momencie wprowadzenia lockdownu – czułam się jak Stary Marynarz, któremu dane było powrócić:
„Zjawienie miłe! niechaj nie znika! Czyliż to kabina oświetleniowa?
To scena, to spektakl? Czy to mego kraju ziemia ojcowa?”
W eleganckim teatrze Steve'a Tompkinsa przerzedzono rzędy foteli, a publiczność rozproszono parami lub grupami rodzinnymi. Od czasu do czasu trafiały się też „samotne wilki” jak ja, siedzące w pojedynczym, wygodnym fotelu pośród pustki. Miejsca na nogi tyle, że żyrafa by się nie powstydziła. Na scenie trzy blade ekrany rzucały upiorny, niebieskawy blask na nasze zamaskowane, na wpół ludzkie twarze. Dzielny, skłonny do ryzyka teatr komercyjny wreszcie powraca, podczas gdy poczciwe stare National Theatre i South Bank w dalszym ciągu trwają w ciszy i błogim spokoju dotacji.
Dystans społeczny to oczywiście nie jedyne ograniczenie: przed Bridge Theatre sezon monodramów w minimalistycznej oprawie. W planach są wznowienia Talking Heads, a także spektakle Yolandy Mercy, Inua Ellamsa i Zodwy Nyoni. Pierwsze słowo musi jednak należeć do Covid-19, więc sezon otwiera Ralph Fiennes w reżyserii Nicholasa Hytnera, wygłaszając monolog Davida Hare'a. Rzecz traktuje o tym, jak Hare zaraził się wirusem (na samym początku), o szesnastu dniach cierpienia i z furią obserwowanych poczynaniach rządu. Złośliwi podsumowali to krótko: „Starszy pan złapał grypę i obwinia torysów”. To oczywiście krzywdzące uproszczenie – to było coś znacznie gorszego niż grypa. Co ważne, sytuacja ta była dla wszystkich zagadką, bo mierzyliśmy się z czymś zupełnie nowym.
Właściwie najciekawsze fragmenty pięknie napisanej opowieści Hare'a dotyczą właśnie tej nowości, choć kiedy zachorował po raz pierwszy – w połowie marca – do opinii publicznej nie docierało jeszcze tyle informacji medycznych, co później. Dziś wiemy o specyficznych przypadkach, gdy pacjenci mają niebezpiecznie niski poziom tlenu we krwi, a mimo to czują się całkiem nieźle, nie mając duszności, jakich można by się spodziewać, podczas gdy ich narządy są niszczone przez „burzę cytokinową”. To powód, dla którego warto mieć w domu pulsoksymetr obok termometru i wcześnie wyłapać moment, gdy nasycenie tlenem spada w okolice 90%. (Dla jasnego zrozumienia nauki, oto mój artykuł w Timesie opublikowany kilka tygodni później.
Ralph Fiennes w Beat The Devil. Fot.: Manuel Harlan
Hare opowiada, jak po złapaniu tej „złej nowiny owiniętej w białko” w dusznym i nieświeżym studiu montażowym – to typowe dla West Endu klitki rozgrzane maszynami – przeszedł przez dość powszechne doświadczenie nagłego pogorszenia stanu w drugim tygodniu. Najpierw odczuwał „głód powietrza”, spodziewając się jednak spokojnej grypy z dawnymi filmami wojennymi w telewizji („Noel Coward w białych szortach udający kapitana”) i myśląc w piątym dniu, że jest w stanie przyrządzić rodzinną kolację. Gorączka skoczyła, rósł strach i gniew. W pewnym momencie odmówił pójścia do szpitala, tłumacząc, że ludzie w nim łapią COVID, na co jego lekarz rodzinny trzeźwo zauważył, że on już przecież go ma. Wzruszający jest hołd złożony żonie, Nicole: gdy po gwałtownym skoku temperatura spadła mu niebezpiecznie nisko, położyła się na nim, by go ogrzać. Jak sam sucho zauważa, nie była ona kobietą skłonną do przestrzegania dystansu społecznego w jego rzekomej izolacji.
Spektakl jest zabawniejszy i bardziej przystępny, niż sugerowałyby niektóre relacje, i zdecydowanie wart tych pięćdziesięciu minut w masce. Poglądy polityczne Hare'a nie są żadną niespodzianką, a w jego opisie Borisa Johnsona „zmagającego się z własnym instynktem” libertarianina zamykającego naród, któremu tak pragnął przewodzić, tkwi głęboka przenikliwość. Wirus jest tu „stworzony na miarę, by obnażyć jego słabości”. Hare pomstuje na brak przygotowania, niedobory środków ochrony osobistej, fiasko wczesnych testów i absurdalne przyzwolenie na organizację zawodów w Cheltenham. Czasami wydaje mu się, że rząd tkwi w głębszym malignie niż on sam. Zza oceanu zerka Trump, doprowadzając go do jeszcze większej wściekłości.
To wszystko prawda, odświeżająca i znakomicie skonstruowana – i trzeba się cieszyć, że szesnastego dnia stan Hare'a się poprawił. Choć wciąż zdawał sobie sprawę, że nie nadaje się jeszcze do normalnej pracy – jak choćby do rządzenia krajem, co czynił Boris Johnson na czele gabinetu, dla którego określenie „mierny” było w mniemaniu Hare'a nazbyt pochlebne. Autor boleje nad ofiarami, które zmarły. Bezkrytycznie uwielbia Merkel i Ardern, pomijając jednak milczeniem Szwecję. Momentami nagina ramy czasowe: mówiąc o dziesiątym dniu choroby – 26 marca – wścieka się na brak skruchy rządu z powodu wysokiej śmiertelności w drugim tygodniu maja. Jako argument jest to uzasadnione, jako narracja – nieco naciągane.
To była jednak porywająca godzina, a Fiennes serwuje ją po mistrzowsku. Brawo dla Bridge Theatre.
Spektakle do 30 października
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności