Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Birds Of Paradise, Drayton Arms Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Birds Of Paradise

Drayton Arms Theatre

Piątek, 5 maja 2017

3 Gwiazdki

Zarezerwuj teraz

Ambitna firma MKEC Productions prezentuje nam kolejne mało znane dzieło w zgrabnej i sprawnej inscenizacji, wystawionej w tej niezwykle przydatnej sali nad pubem w South Kensington. Widziałem ich tam już wcześniej w udanym „The Baker's Wife”, a następnie, co zachwyciło mnie najbardziej, w „Lucky Stiff”. Tym razem doczekaliśmy się brytyjskiej premiery zabawnej historii, która choć trzydzieści lat temu przemknęła przez Off-Broadway niemal niezauważona, dziś wydaje się coraz bardziej aktualna i dopasowana do współczesnych gustów. Słowa uznania dla Marca Kelly’ego i Elizabeth Chadwick za wygrzebanie tego tytułu z archiwum „spektakli, którym się nie udało” i ponowne zaprezentowanie go publiczności.

Wkraczamy w świat „zwykłych ludzi” – niepozornych, przeciętnych i często pomijanych; to mogliby być dzisiejsi „zapomniani”, którzy masowo głosują na Trumpa. Z pewnością przypominają postaci, które obecnie przechadzają się – oraz śpiewają i tańczą – na broadwayowskich scenach w takich produkcjach jak „Fun Home”, „Waitress” czy „Come From Away”. Grupa entuzjastów amatorskiego teatru z małego miasteczka Harbour Island (sądząc po klimacie, raczej w Rhode Island niż na Florydzie) podejmuje się radykalnej innowacji: muzycznej adaptacji uroczej rosyjskiej komedii pt. „Mewa”. Jeśli uważaliście, że sposób, w jaki Schoenberg i Boublil-Natel przekształcili Victora Hugo, był „interesujący”, poczekajcie, aż zobaczycie, co ta ekipa wyprawia z Antonem Czechowem.

Akcja toczy się w zaadaptowanej kaplicy, która służy lokalnej społeczności jako centrum sztuki, a prywatne perypetie obsady są tu znacznie ważniejsze niż samo zaangażowanie w spektakl. Wszystko zmienia się wraz z przybyciem najsłynniejszego syna miasteczka, Lawrence’a Woodsa (kolejny sympatyczny występ Ashleya Knighta), który odniósł sukces jako gwiazda teatru i wraca, by „podpatrzeć” próbę. Odżywa w nim dawne uczucie do Marjorie (Victoria Waddington), która przypomina Irinę, ale znajduje też czas, by – niczym Trigorin – wdać się w romans z Julią (Lottie Johnson), której podobieństwo do Niny jest aż nadto oczywiste. Podobnie jak u Czechowa, sztukę w sztuce pisze syn Marjorie/Iriny, Homer/Konstantin (James Kenneth Haughan), i jest ona porównywalnie fatalna – w dość cudowny sposób. Numer otwierający drugi akt, zaczerpnięty z opus magnum Homera pt. „Penguins Must Sing”, jest absolutnie uroczy. Podobnie zresztą jak bogata partia chóralna w finale pierwszego aktu, „Imagining You”, która zapada w pamięć na długo po wyjściu z teatru. Dyrektor muzyczny, Oli Rew, wykonał świetną robotę przy tej partyturze, dyscyplinując wszystkich ze swojego miejsca przy klawiszach na scenie.

Cała inscenizacja jest w zasadzie utrzymana w szkicowym, niemal improwizowanym stylu, co kieruje uwagę bezpośrednio na bohaterów, którzy w zabawny i wzruszający sposób naśladują postaci i wydarzenia z dramatu Czechowa. Stuart Scott jest komiczny jako Dave, Elizabeth Chadwick wciela się w rolę Hope, Stephanie Lyse to Stella, a Ryan Taylor gra Andy’ego. W niewielkiej przestrzeni dostępnej dla ośmioosobowej obsady jest trochę ruchu, ale w gruncie rzeczy to sztuka z piosenkami. Numery są dobrze napisane, melodyjne, trafnie charakteryzują postaci i są zwięźle sformułowane. Autorzy tego dzieła (David Evans – libretto i muzyka oraz Winnie Holzman – libretto i teksty piosenek) stworzyli później wiele innych rzeczy, ale to Holzman zyskała nieśmiertelność dzięki współpracy ze Stephenem Schwartzem przy „Wicked”. Tutaj czuć, że testują genialny pomysł i są o krok od pełnego sukcesu.

Problem z dramatami Czechowa polega na tym, że niewiele się w nich dzieje. I choć Woods daje się wciągnąć coraz głębiej w bagno pod tytułem „Mewa: Musical”, będąc namówionym do pozostania i porządnego wyreżyserowania całości – a Knight wkłada w to mnóstwo energii, przypominając nieco postać reżysera graną przez Kirka Douglasa w „Pięknym i złym” – w tej sytuacji można osiągnąć tylko tyle. Nawet pierwszy reżyser tego dzieła, sam Arthur Laurents, nie zdołał uczynić z niego sukcesu. Twórczo Evansowi i Holzman tak daleko do Moskiewskiego Akademickiego Teatru Artystycznego, że po prostu nie wiedzą, jak tchnąć w to życie, a tym bardziej nie wydają się mieć nic konkretnego do „powiedzenia” na ten temat. A jeśli mieli, to – klasyczny błąd – postanowili tego nie artykułować, woląc wtłoczyć oryginalność i szczerość Czechowa w klisze i formuły konwencji broadwayowskiego musicalu, licząc zapewne, że to ich uratuje. Tak się nie dzieje.

Cóż, trudno. Przynajmniej mamy okazję usłyszeć wszystkie dowcipy i piosenki (które często są urokliwe). Warto zajrzeć.

KUP BILETY NA BIRDS OF PARADISE W DRAYTON ARMS THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS