WIADOMOŚCI
RECENZJA: Blithe Spirit, Duke Of York's Theatre, Londyn ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves recenzuje produkcję „Blithe Spirit” Noëla Cowarda w reżyserii Richarda Eyre'a, którą można obecnie oglądać w Duke of York's Theatre w Londynie.
Jennifer Saunders w spektaklu Blithe Spirit. Zdjęcie: Nobby Clarke Blithe Spirit Duke of York's Theatre,
10 marca 2020 r.
3 gwiazdki
Tak, oto kolejna odsłona nieśmiertelnej opowieści Noëla Cowarda o seansach spirytystycznych, cyganerii z klasy średniej i kilku duchach. Sztuka, zrodzona w 1941 roku w mrocznym okresie II wojny światowej i sfilmowana – przepięknie i w kolorze – zaledwie trzy lata później, to czysty eskapizm, który w odpowiednich rękach potrafi oczarować każdą publiczność.
Cóż, prawie każdą. Zaledwie kilka lat temu ceniony i niezwykle doświadczony producent Lee Dean zaprezentował nam tę samą historię na West Endzie z weteranką Angelą Lansbury w popisowej roli medium, Madame Arcati. Spektakl odniósł wielki sukces. A teraz powraca z tą samą sztuką, choć w innej inscenizacji.
Obsada Blithe Spirit. Zdjęcie: Nobby Clark
Tym razem za reżyserię odpowiada Richard Eyre – niezwykle doświadczony i mądry interpretator niemal wszystkiego (choć Coward rzadko gościł w jego dorobku). Scenografię i kostiumy przygotował równie sprawdzony Anthony Ward, światło zaprojektował powszechnie krany Howard Harrison, a dźwięk – równie uznany John Leonard. Konsultantem ds. iluzji jest Paul Kieve. Gdy kurtyna poszła w górę, pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, było słowo „sztywny” (ang. wooden): krokwie, belki, nieskończone regały z książkami, kręcone schody, boazerie i drzwi... wszystko z litego drewna. I w tym samym momencie to samo przymiotnik nasunął mi myśl, że może on – w jakiś sposób – odnosić się również do gry aktorskiej, którą zaraz zobaczymy. Nie mam pojęcia, dlaczego tak pomyślałem – czy ten wygląd był „aż nazbyt” idealnie przywiązany do wczesnych lat 40., czy wszystko było zbyt drobiazgowe i przytłaczające? Niezależnie od przyczyny, ogarnął mnie niepokój.
Emma Naomi i Geoffrey Streatfeild. Zdjęcie: Nobby Clark
Kiedy aktorzy kolejno pojawiali się na scenie, moje najgorsze obawy się potwierdziły. Wszyscy zdawali się wpadać w te same sztywne, ogólnikowe gesty i pozy, używając nienaturalnych, zduszonych głosów i marnując niemal każdą szansę, by mnie czymkolwiek zaskoczyć. Zrealizowana we współpracy z Theatre Royal Bath i Jonathan Church Productions, jest to propozycja być może dla nowicjuszy lub tych, którzy wolą, by „aktorstwo” było proste i łatwo przyswajalne w każdej chwili, nie wymagając od widza myślenia.
Jeśli uważasz, że łatwo poddasz się takiej „rozrywce”, pewnie nie zobaczysz nic złego w dołączeniu do grona tych, którzy siedzieli i z porozumiewawczym uśmieszkiem zaśmiewali się z tej lekkiej komedyjki. Jednak w tej wersji nie znajdziecie salw szczerego śmiechu, farsowego szaleństwa ani komediowego żywiołu. To „echt” poprawny, ugrzeczniony i powierzchowny teatr prowincjonalny. Nie twierdzę ani przez chwilę, że takiemu produktowi teatralnemu czegoś brakuje, ale czy koniecznie jest to coś, na co chce się wydawać pieniądze przy cenach biletów na West Endzie?
Geoffrey Streatfeild, Emma Naomi, Jennifer Saunders i Lisa Dillon. Zdjęcie: Nobby Clark
Ocenę pozostawiam Państwu. Tymczasem możecie podziwiać Jennifer Saunders (Arcati) grzebiącą swój komediowy geniusz pod grubą warstwą dziwacznego akcentu i brwi a la Susan Boyle. Możecie wstrzymać oddech, gdy Lisie Dillon (żona autora, Ruth) udaje się wywołać niemal jedyny spontaniczny śmiech wieczoru: (DŁUGA PAUZA...) „On ją wiezie do Folkestone”. Przetrzecie oczy ze zdumienia, widząc Geoffreya Streatfielda (autor badający spirytystów) będącego skrzyżowaniem Michaela Denisona z przeszywająco nieprzyjemnym, nosowym tenorem. Będziecie podziwiać nietrafiony styl Emmy Naomi (żona-duch Elvira, przypadkowo przywołana do kłopotliwego życia). I poczujecie współczucie dla Lucy Robinson (pobłażliwa sąsiadka, pani Bradman) oraz Simona Coatesa w roli jej bezbarwnego małżonka, lokalnego lekarza, dr. Bradmana. Wreszcie drinki serwuje – i z aktorską manierą rozlewa – Rose Wardlaw w roli papierowej służącej, Rose.
Obsada Blithe Spirit. Zdjęcie: Nobby Clark
Jeśli chcecie spędzić dwie lub trzy godziny w takim towarzystwie, nikt Wam nie zabroni. Radziłbym jednak zachować ostrożność. Produkcja jest pełna dobrych chęci, ale zamiast brukować drogę do komediowego nieba, prowadzi nas – choć nigdy tam nie dociera – prosto w otchłań nużącego i ociężałego piekła.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności