WIADOMOŚCI
RECENZJA: Blood Knot w Orange Tree Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Tim Hochstrasser recenzuje sztukę Athola Fugarda „Blood Knot”, którą można obecnie oglądać w Orange Tree Theatre w Richmond.
Kalungi Ssebandeke i Nathan McMullen w „Blood Knot”. Zdjęcie: Richard Hubert Smith Blood Knot
Orange Tree Theatre
13 marca 2019
3 Gwiazdki
Zarezerwuj bilety Jest to jedna z wielu wznowień sztuk Athola Fugarda, mająca na celu upamiętnienie dwudziestu pięciu lat od upadku apartheidu w RPA. Blood Knot to de facto debiut Fugarda z 1960 roku i dzieło przełomowe, gdyż po raz pierwszy na jednej scenie pojawili się czarnoskórzy i biali aktorzy. Łatwo tu dostrzec zalążki motywów, które autor rozwijał w późniejszej twórczości i jako dokument historyczny sztuka ta jest bez wątpienia istotna. Jednak jako dramat wydaje się dziś nieco toporna i przestarzała – zbyt wiele tu nieosadzonej w akcji gadaniny, a polityka rasowa, która w latach 60. uchodziłaby za odważną, dziś wybrzmiewa zbyt łopatologicznie. Dowodem na to, jak bardzo zmieniły się nastroje, jest niedawna polemika w USA dotycząca obsadzenia białego aktora w roli, która w tekście jest opisana jako postać mieszanego pochodzenia. To, co dla samego Fugarda było rewolucyjne, dziś bywa uznawane za niedopuszczalne.
Kalungi Ssebandeke i Nathan McMullen w „Blood Knot”. Zdjęcie: Richard Hubert-Smith
Akcja toczy się w ponurych slumsach na obrzeżach Port Elizabeth, odtworzonych przez scenografkę Basię Bińkowską za pomocą pasów blachy falistej okalających scenę arenową Orange Tree. Dwa łóżka, prymus i garść podstawowych sprzętów wystarczy, by pokazać dom dwóch braci, Morriego i Zacha. Obaj należą do niejednoznacznie sytuowanej społeczności Koloredów (Cape Coloured) – mają tę samą matkę, ale różnych ojców. Morrie mógłby uchodzić za białego, podczas gdy wygląd Zacha jednoznacznie wskazuje na czarnoskóre pochodzenie. Sztuka rozpoczyna się i kończy w punkcie nieuchronnych wyroków społeczeństwa apartheidu, opartych na pochodzeniu rasowym i ich niszczącym wpływie na wszystkich, nawet na tych, którzy nie zajmują najgorszej pozycji w hierarchii.
Zach zarabia na życie męczącą i upokarzającą pracą tragarza i strażnika, podczas gdy Morrie skrupulatnie zajmuje się domem, starając się oszczędzać skromne środki, by mogli opuścić slumsy i kupić ziemię. Zach szuka ucieczki w alkoholu i kobietach, aż w końcu bracia wypracowują kompromis: znajdują Zachowi korespondencyjną przyjaciółkę, by dać mu upust dla romantycznych uniesień. Jednak to Morrie, jako ten wykształcony, pisze miłosne listy. Sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy okazuje się, że adresatka nie tylko odwzajemnia zainteresowanie, ale jest biała, a więc – dla nich – niebezpiecznie nieosiągalna. Postanawiają, że to Morrie ma się z nią spotkać, ubrany w elegancki, nowy garnitur, na który wydali wszystkie oszczędności.
Kalungi Ssebandeke w „Blood Knot”. Zdjęcie: Richard Hubert-Smith
Do tego momentu akcja, choć chwilami nużąca, cechuje się przekonującym realizmem doprawionym humorem, co świetnie ogrywa dwójka utalentowanych aktorów. Południowoafrykańskie akcenty brzmią wiarygodnie, na scenie panuje duża dynamika i dobre tempo. Wyraźnie widać tu rękę świetnego reżysera, Matthew Xia, który ma spore doświadczenie w pracy z tekstami tego autora. W braterską więź bohaterów wierzymy bez zastrzeżeń. Nathan McMullen jest w pełni przekonujący jako drobiazgowy, zorganizowany Morrie, desperacko pragnący aprobaty brata i skupiony na marzeniu o innym życiu. Kalungi Ssebandeke gra Zacha z luzem i swobodną elegancją, nie dając się złamać codziennej harówce i emanując pewnością siebie w swoich fantazjach. Warto docenić też stronę kreatywną, zwłaszcza wybitną sferę dźwiękową autorstwa Xany, która kreuje wiarygodne odgłosy afrykańskiej ulicy, przeplatając je syntetycznymi dźwiękami budującymi napięcie.
Nathan McMullen w „Blood Knot”. Zdjęcie: Richard Hubert-Smith. Jednak w ostatnim pół godziny ton zmienia się diametralnie i ruszamy w podróż, która choć może i wierna tamtym czasom, nie przekonuje jako zmiana dramatyczna. Wchodząc w odgrywanie ról, które zaczęło się w czasach ich dzieciństwa, bracia ujawniają wzajemną niechęć. Morrie nie może wybaczyć bratu, że ten przypomina mu o jego mieszanym pochodzeniu, a przebrany za białego człowieka, emanuje zuchwałą wyższością rasową. Zach z kolei traci szacunek do brata, gdy opadają pozory. Wiadomo powszechnie, jak podstępna ideologia rasistowska napuszczała na siebie różne warstwy społeczne, deprawując ofiary systemu. Jednak ta długa, finałowa gra pozorów nuży i wydaje się nieautentyczna, doczepiona do naturalistycznego dramatu, który wcześniej toczył się spokojnym rytmem. Wygląda to tak, jakby Fugard przed napisaniem sztuki spędził zbyt dużo czasu na lekturze Samuela Becketta i nie do końca go przetrawił. Energia i emocjonalna intensywność wypracowana w pierwszych scenach drugiej połowy ulatuje, mimo heroicznych wysiłków technicznych aktorów. Znacznie lepiej poprowadzony i wiarygodny przykład tego, jak kwestie rasowe wykrzywiały życie zwykłych ludzi, czyniąc z każdego ofiarę, można obecnie zobaczyć w A Lesson from Aloes w Finborough Theatre.
Ostatecznie wybór tej konkretnej sztuki wydaje się niefortunny. W bogatym dorobku Fugarda jest wiele świetnych dramatów czekających na wznowienie, które stanowiłyby równie dobre lub wręcz stosowniejsze upamiętnienie ćwierćwiecza bez apartheidu. Nie można nic zarzucić warsztatowi aktorów ani samej inscenizacji, pozostaje jednak niedosyt – co mogliby osiągnąć z bardziej dojrzałym materiałem tego samego autora.
ZAREZERWUJ BILETY NA BLOOD KNOT
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności