WIADOMOŚCI
RECENZJA: Calamity Jane w New Wimbledon Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Calamity Jane
New Wimbledon Theatre w trasie po Wielkiej Brytanii
21 marca 2015
4 Gwiazdki
Sądząc po sile kompozycji do Calamity Jane, wielka szkoda, że Sammy Fain nie stworzył więcej pełnowymiarowych spektakli na Broadway. Pisał dla wielu rewii wystawianych na Great White Way oraz dla filmu (oprócz Calamity Jane jest także autorem oscarowego „Love Is A Many-Splendored Thing”), ale stworzył zaledwie garstkę musicali, z których większość raczej nie doczeka się wznowienia.
Jednak jego ścieżka dźwiękowa do filmowego musicalu z Doris Day i Howardem Keelem jest bogata, melodyjna i pełna hitów: „The Deadwood Stage (Whip Crack Away)”, „The Black Hills of Dakota”, „Just Blew In From The Windy City”, „I Can Do Without You”, „It's Harry I'm Planning To Marry”, „A Woman's Touch”, „My Love Is Higher Than A Hawk” i, oczywiście, nagrodzone Oscarem „Secret Love”. To radosna, żywiołowa i zwodniczo romantyczna partytura – sentymentalna, a zarazem figlarna. Teksty Paula Francisa Webstera stanowią dla niej idealne, dowcipne dopełnienie.
Sama muzyka jest wystarczającym powodem, by obejrzeć film i prawdopodobnie to właśnie ona stoi za jego niesłabnącą popularnością. Sceniczną adaptację filmu pomijano dotąd na Broadwayu i West Endzie, co w dobie musicali opartych na znanych filmach wydaje się nieco dziwne. W 1994 roku w Leicester Haymarket odbyła się premiera z Louise Gold w roli głównej, ale zdaje się, że była to jedyna profesjonalna inscenizacja w Wielkiej Brytanii aż do teraz.
Obecnie w trasie po kraju znajduje się adaptacja filmu pióra Charlesa K. Freemana – produkcja, która narodziła się w pomysłowym Watermill Theatre pod okiem reżysera Nikolaia Fostera. To kolejna z ich propozycji typu „aktorzy-muzycy”, w której tradycyjną orkiestrę w kanale zastępują wykonawcy obecni na scenie, grający na najróżniejszych instrumentach.
Calamity Jane wydaje się najmniej oczywistym materiałem na taki zabieg, ale trzeba przyznać, że znakomite orkiestracje Catherine Jayes sprawiają, że całość brzmi olśniewająco. Owszem, pojawiają się podkłady mechaniczne, ale ich pewna „płaskość” jest z nawiązką rekompensowana przez bogactwo autentycznych dźwięków wydobywanych przez utalentowaną obsadę z szerokiej gamy instrumentów.
Co więcej, cała produkcja opiera się na filozofii „radzenia sobie z tym, co pod ręką”, gdzie akompaniament orkiestralny traktowany jest jako kolejny element błyskotliwego designu typu „coś z niczego”. Matthew Wright przygotował scenografię, która jest jednocześnie skromna i niezwykle funkcjonalna; to pomysłowe i czysto teatralne rozwiązanie. Sztuczne proscenium sąsiaduje z przestrzenią przypominającą salę prób przed małą, lecz efektywną estradą. Mamy więc czytelne wrażenie teatru w teatrze. Ten jeden zabieg rozwiązuje wiele problemów związanych z przenoszeniem akcji filmu na deski sceniczne.
Tam, gdzie film mógł pysznić się naturalnymi plenerami – od pędzącego dyliżansu po sielskie widoki wsi – zmienna scenografia Wrighta pozwala wyczarować wszystkie te miejsca w obrębie umownego proscenium. Oznacza to mniejsze nakłady, a więcej wyobraźni; mniej zamieszania, a więcej wiary w teatralną magię. To pod każdym względem znakomity projekt.
Kostiumy Wrighta są równie sprytne i prezentują całą galerię typów postaci, jakich można się spodziewać po wyobrażeniu o Dzikim Zachodzie. Prawdę mówiąc, niektóre stroje mogłyby lepiej uwzględniać proporcje aktorów zamiast kurczowo trzymać się filmowych pierwowzorów, ale nie jest to błąd krytyczny. Nikt nie wygląda źle, a wielu członków obsady prezentuje się wręcz fantastycznie.
Biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy – poza samą Calamity Jane – muszą grać na instrumentach, obsada jest wyjątkowo utalentowana i wnosi życie, energię i styl do każdego aspektu widowiska. Ognista i pełna werwy choreografia Nicka Winstona jest kluczowa i porywająca, świetnie oddając zarówno izolację Deadwood, jak i poczucie wspólnoty mieszkańców i pobliskiego fortu.
Tom Lister jako Wild Bill Hickok jest ironiczny, lakoniczny i niesamowicie wyluzowany. To rola dająca czystą radość. Lister świetnie śpiewa, a jego wykonanie „My Love Is Higher Than A Hawk” to absolutny majstersztyk, który wspaniale otwiera drugi akt. Jego relacje z Dannym (Alex Hammond) oraz Calamity (Jodie Prenger) są wyważone, co pozwala w pełni wybrzmieć humorowi i wątkom romantycznym. Scena, w której występuje przebrany za królową Wiktorię, jest przezabawna i tylko podkreśla jego męską pewność siebie.
Hammond jest bezbłędny jako Danny: przystojny żołnierz, który doskonale zna swoją wartość i oczekuje, że panie będą tego samego zdania. Elegancja podszyta arogancją sprawia, że jego postać jest idealną przeciwwagą dla Billa i obiektem westchnień Calamity. Bobby Delaney jako Frances Fryer jest równie doskonały, wnosząc do roli nutkę psoty i przekory. Jego muzykalność przebija przez każdą scenę w niezwykle satysfakcjonujący sposób. Dysponuje czystym, ciepłym głosem, a każda chwila z nim na scenie to przyjemność. Delaney świetnie radzi sobie także przy pianinie.
Phoebe Street jako Katie Brown – dziewczyna, która marzy o byciu gwiazdą – to czysty zachwyt. Przemiana z przestraszonej adeptki w diwę z Deadwood została poprowadzona po mistrzowsku. Jej partia w „A Woman's Touch” jest rozkoszna. Street ma wspaniały głos i prawdziwy magnetyzm.
Na pochwałę zasługują także Paul Kissaun (Rattlesnake), Matthew James Hinchcliffe (Buck), Martin McCarthy (Joe), Jamie Noar (Hank) i Justin Wilman (Hank). Wszyscy oni nadają spektaklowi kolorytu i tworzą wyraziste tło obyczajowe.
Nie obyło się jednak bez potknięć. Anthony Dunn jako Henry jest zbyt jednowymiarowy, a reżyser zdaje się kazać mu grać wszystko w zawrotnym tempie. Efektem jest płaska, mało interesująca postać, co dziwi na tle reszty obsady. Christina Tedders jako Adelaid Adams radzi sobie poprawnie, ale niewiele ponadto. Sposób wprowadzenia jej postaci był niefortunny – przy jej talencie i urodzie kobiecy urok powinien zostać wyeksponowany, co tutaj nie do końca się udało. Tedders ma ładny głos, jednak w rzeczywistości musiałby on być o niebo lepszy od głosu Street, aby intryga związana z ich zamianą była wiarygodna.
W roli tytułowej Jodie Prenger daje z siebie wszystko, choć obsadzenie jej wydaje się błędem. Calamity to rola dla kobiety, która potrafi przekonująco udawać mężczyznę; to prawdziwa chłopczyca, która staje się księżniczką. Prenger to piękna kobieta, której kobiecości nie da się ukryć. Przez to docinki i obawy mężczyzn z Deadwood nabierają mimowolnie złośliwego wydźwięku. (Cóż, jeśli taki był zamysł, to jest on zupełnie chybiony).
Prenger posiada jednak swobodny, komediowy styl i potrafi puentować żarty z wielką klasą – czy to spojrzeniem, czy świetnie podaną kwestią. Z ogromnym zapałem odnajduje się w konwencji spektaklu, dzięki czemu sceny takie jak pościg za Katie na koniu i skok do dyliżansu wypadają znakomicie. Prenger sprawia, że widz kupuje tę historię.
Błyskawicznie sięga też po broń, czując się z pistoletem bardzo pewnie. Podobnie jej władanie batem robi wrażenie. Głosowo jest w dobrej formie, choć dykcja mogłaby być wyraźniejsza, szczególnie w otwierającym numerze „The Deadwood Stage”. Najbardziej urzekła mnie w duetach z Billem i Katie – te piosenki były prawdziwą ucztą.
„Just Blew In From The Windy City” wykonuje z żywiołową determinacją, prowadząc obsadę przez ten energetyczny numer, który jest prawdziwym punktem kulminacyjnym widowiska. „Secret Love” nie wybrzmiewa może tak spektakularnie, jak mogłoby (długie nuty wymagają nieco więcej uwagi), ale nie oznacza to, że Prenger sobie nie poradziła. Wyszła z tego obronną ręką.
To prawdziwa teatralna gratka: dobry, staroświecki musical podany w nowoczesnej formie. Wspaniale jest słyszeć tak dobre piosenki w wykonaniu obsady, która sama sobie akompaniuje. Kreacja Prenger, wsparta przez pierwszorzędny zespół z Listerem, Delaneyem, Street i Hammondem na czele, gwarantuje wieczór pędzący w rytm „Whip Crack Away”, po którym sami zatęsknicie za wzgórzami Dakoty. Bez względu na to, jak często ta melodia powraca w trakcie spektaklu...
Kliknij tutaj, aby uzyskać więcej informacji o trasie Calamity Jane.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności