Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Can-Can, Union Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical Can-Can, który można obecnie oglądać w Union Theatre.

Zdjęcie: Scott Rylander Can-Can!   Union Theatre 2 Gwiazdki Zarezerwuj Bilety Dla wszystkich tych, którzy mieli nadzieję zobaczyć wspaniały musical Cole'a Portera o hulaszczym życiu w Paryżu epoki fin-de-siècle, to widowisko będzie rozczarowaniem.  Nie uświadczycie tu ani nuty jego cudownej muzyki, ani sylaby jego dowcipnych i eleganckich tekstów.  Zamiast tego otrzymujemy podtytuł informujący, że będzie to „Nowy Musical Offenbacha”.  Można by więc oczekiwać spektaklu typu „the best of”, wykorzystującego muzykę legendarnego francuskiego kompozytora operetek (prawdopodobnie najlepiej znanego z utworu o tym samym tytule, pochodzącego z jego najpopularniejszego dzieła „Orfeusz w piekle”).  Ale to też nie to.  Nie; zamiast tego, gdy dostaniecie w ręce program, odkryjecie w końcu, że jest to właściwie pasticcio, zbierające kolekcję piosenek bardzo szerokiej gamy kompozytorów operetkowych, z których większość to Amerykanie, Austriacy, Brytyjczycy lub Czechy: tylko jedna czwarta numerów jest autorstwa Offenbacha.  Brak francuskich powiązań na tym się nie kończy: libretto jest o lata świetlne od tamtego milieu, bazując na starym scenicznym pewniaku Pinero, „Trelawny of the Wells” – opowieści badającej brytyjski snobizm społeczny w sposób, który francuską operetkę zupełnie by nie obchodził.  Adaptator, niestrudzony Phil Willmott, jest jednak przekonany o słuszności tego pomysłu i po prostu przenosi fabułę i postacie do Francji czasów Trzeciej Republiki lat 90. XIX wieku.  Cóż, niezupełnie;  przy okazji usuwa też większość beztroskiego komizmu brytyjskiej sztuki, zastępując go ponurą, dość smutną atmosferą, czyniąc z niej gorzką parabolę niespełnionych ambicji i metropolitalnych uprzedzeń, co dodatkowo podkreśla sztywna reżyseria Phila Setrena i często mroczne, niemal posępne oświetlenie Matthew Swithinbanka. Grace Manley i James Alexander Chew w Can-Can! Zdjęcie: Scott Rylander\ To wielka szkoda, ponieważ otwarcie obiecuje tak wiele.  Ale za nie odpowiada zupełnie inna wrażliwość twórcza.  Praca choreografa, Adama Haigha, to jedyny powód, dla którego warto pójść na tę produkcję – i uważam, że mimo wszystkich jej wad, powinniście to zrobić.  Jego inscenizacje muzyczne to absolutna rozkosz, a numer otwierający jest tego najlepszym przykładem.  Wykorzystując zręcznie mobilną scenografię Justina Williamsa i Johnny'ego Rusta – łuk prosceniowy na kółkach (jeden z ich najlepszych projektów) – Haigh wrzuca nas w prawdziwy „huragan” scenicznej aktywności, która przypomina najlepsze ujęcia Felliniego w jego najradośniejszym i najbardziej beztroskim wydaniu.  Cudownie jest widzieć scenę tętniącą życiem dzięki stosunkowo licznej, 17-osobowej obsadzie, w której każdy wykonuje drobiazgowo dopracowane zadania i zdaje się być całkowicie w swoim żywiole.  Dla głównie młodej ekipy, z których większość dopiero zaczyna karierę, praca przy tego typu przedsięwzięciach jest dokładnie tym, czego potrzebują.  Od samego początku zjednują sobie widza swoim młodzieńczym urokiem – wspieranym doświadczeniem bardziej rutynowanych aktorów: Richarda Harfsta, PK Taylor, Marka Garfielda i Corinny Marlowe.  Gdyby tylko reszta spektaklu utrzymała ten nastrój. James Alexander Chew, Emily Barnett Salter, Kathy Peacock i Kasey Claybourn w Can-Can! Zdjęcie: Scott Rylander Zamiast tego, to naprawdę tylko numery taneczne podnoszą nas na duchu.  I robią to znakomicie: Haigh naprawdę wie, jak pokierować swoimi siłami i stworzyć niezwykle bogate efekty. W jednej chwili przywodzi na myśl „Gaite Parisienne” Massine'a, by zaraz potem przypomnieć zawiłe układy grupowe Balanchine'a, a nawet „Amerykanina w Paryżu” Gene'a Kelly’ego – co jest rzeczą niezwykle trudną do zrealizowania, a co Haighowi udaje się tutaj z niemal malarską precyzją.  To choreografia najwyższej próby, a jego finał – na który warto czekać – to absolutny pokaz fajerwerków energii i wybuchowych efektów.  Owszem, ma on skłonność do przechodzenia od 0 do 100 w sekundę; bywają momenty, w których tęskni się za wolniejszym tempem, bardziej płynną frazą czy po prostu pauzą i ciszą – na przykład popisowe popisy pas-de-deux kochanków w drugim akcie mogłyby bardziej angażować, gdyby budowano je nieco bardziej uwodzicielsko.  Mimo to, obsada dostaje każdą okazję, by pochwalić się swoją brawurą – dziesiątki skoków w wykonaniu panów (James Alexander-Chew zapiera dech w piersiach), ciągłe zaskoczenia generowane przez bezustannie zmieniające się kąty natarcia i naprawdę efektowne popisy pań.  Czysta radość. Damjan Mrackovich z Kathy Peacock w Can-Can!. Zdjęcie: Scott Rylander Zespół został zdecydowanie dobrany pod kątem umiejętności sprostania wymaganiom choreografa.  Ale to jest operetka i od aktorów wymaga się również śpiewu, a muzyka, którą mają wykonywać, nie należy do łatwych.  Melodyjna – owszem, ale stawia duże wymagania głosowe.  Prosta prawda jest taka, że ten materiał potrzebuje silniejszych, bardziej dojrzałych głosów.  Tylko w numerach zbiorowych, gdzie głosy się łączą, brzmią oni w pełni swobodnie.  Gdzie indziej, w numerach solowych, momentami niepokojące jest to, jak bardzo są obciążeni linią melodyczną, wymogami podparcia oddechu, intonacją czy czytelną dykcją.  Nawet w tak małej przestrzeni niektórzy mają trudności z przebiciem się przez akompaniament jednego instrumentu (kierowniczka muzyczna Rosa Lennox, która sama często miewa kłopoty przy małym pianinie ukrytym z boku sceny; zdaje się czuć swobodniej grając na klarnecie).  Aranżacje muzyczne przygotował Richard Baker i zrobił co mógł, by połączyć rozbieżne elementy muzycznej palety spektaklu w spójną „partyturę” (wliczając sekcje oparte na podkładach orkiestrowych), ale wciąż jest to tylko parada „wielkich hitów”: bez recytatywów, ansambli czy scen dramatycznych, za to z nadmiernym poleganiem na prostych powtórzeniach refrenów. Brak różnorodności formy sprawia, że efekt końcowy staje się jednostajny, przewidywalny i stopniowo wysysa ze spektaklu energię. Zdjęcie: Scott Rylander To znowu nie pomaga obsadzie wycisnąć z tej okazji wszystkiego, co najlepsze.  Niedawno w Berlinie przełomowa reinterpretacja „Pod Białym Koniem” pokazała, jak można wziąć wielką klasyczną operetkę i przekształcić ją w nowoczesną rozrywkę, która – przede wszystkim – pasuje do dzisiejszych głosów i stylów.  Przy takiej obsadzie mogłoby to być rozsądniejsze i bardziej konstruktywne podejście.  Tymczasem Damjan Mrakovich jako amant, Christian Bontoux, musi zmuszać swój głos do rzeczy, do których najwyraźniej nie jest on stworzony; partnerująca mu Kathy Peacock jako Jane wykazuje się solidną techniką, ale jakże okrutne było obsadzenie jej w debiucie z wznoszącą się, szybową melodią Hanny Glawari z walca z „Wesołej wdówki” – numeru napisanego dla zdecydowanie dojrzałej kobiety.  I tak dalej.  Emily Barnett-Salter daje żywiołowy popis jako wulgarna Yvette, ale muzyka zmusza ją do forsowania głosu w sposób, który nie może być komfortowy.  Tandetna rola drag Goulue w wykonaniu Taylor to przyjemność – w stylu niskobudżetowego „Cage aux Folles” – ale jej muzyka wymaga przemyślenia.  Mógłbym kontynuować, ale myślę, że sedno problemu zostało nakreślone. Obsada Can-Can! Zdjęcie: Scott Rylander Widz ożywia się za każdym razem, gdy pojawia się numer taneczny, ale oczekiwanie pomiędzy nimi bywa długie.  W międzyczasie trzeba słuchać sporej ilości dość sztywnych dialogów.  Niektórzy aktorzy robią, co mogą, by pogłębić swoje postacie, ale scenariusz im nie sprzyja.  „Trelawny” po premierze spotkał się z chłodnym przyjęciem, a przy wznowieniach producenci dbali o gwiazdorską obsadę z ogromnym doświadczeniem, zdolną przeskoczyć słabości tekstu.  Zamiast jednak promować tę ciężko pracującą ekipę, taki scenariusz jest dla nich bezlitosny.  Wspaniale jest widzieć tak wielką grupę tańczącą spektakularne numery zbiorowe i gdyby tylko spektakl potraktował tę siłę jako punkt wyjścia i na niej się oparł.  Kostiumy Penn O'Gara są piękne – mogłyby wyjść prosto z galerii impresjonizmu – ale reżyser zdaje się czuć mniej pewnie w tym połączeniu wyższej burżuazji i półświatka: zbyt często aktorzy po prostu stoją, błądząc bez wyraźnego kierunku i nie wchodząc w pełni w swoje role.  Numery taneczne są wykonane po mistrzowsku, ale aktorstwo dla kontrastu pozostaje surowe i niedopracowane.  Ostatecznie w teatrze chodzi o relację między sceną a widownią; na szczęście jeden z członków zespołu kreatywnego zdaje się to rozumieć – jego osiągnięcie służy jednak tylko uwypukleniu braków w innych działach. Grają do 9 marca 2019 r.

KUP BILETY NA CAN-CAN

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS