Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Carousel, Arcola Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Gemma Sutton i Tim Rogers w musicalu Carousel w teatrze Arcola Theatre Carousel

Arcola Theatre

2 lipca 2014

✭✭✭✭✭

Rodgers i Hammerstein byli parą romantyków, ale ich zainteresowania sięgały znacznie głębiej. Widać to na różne sposoby w ich najsłynniejszych dziełach. „Dźwięki muzyki” opowiadają o czystej, niemal niewinnej miłości; „Kopciuszek” o miłości, której trzeba szukać; „Król i ja” oraz „South Pacific” mierzą się z miłością zakazaną; „Flower Drum Song” to opowieść o uczuciu tradycyjnym i nieoczekiwanym; „Oklahoma!” i „State Fair” buzują od jurnej, młodzieńczej namiętności, natomiast „Pipe Dream” dotyka tematu seksu bez miłości.

„Carousel”, często uważany za najładniejszy i najbardziej romantyczny w dorobku tego duetu, w rzeczywistości traktuje o pożądaniu i przemocy. Pod tą błyszczącą, uwodzicielską i melodyjną fasadą tytułowej karuzeli pulsuje krew, rośnie gorączka i zaspokajane są apetyty.

Reżyser Luke Fredericks, którego odkrywcza interpretacja „Carousel” gości właśnie na kameralnej scenie Arcola Theatre w produkcji grupy Morphic Graffitti, doskonale to rozumie. Jego spektakl jest przepełniony seksem, żądzą i gniewem. Widziałem dziesiątki inscenizacji tego tytułu, ale nigdy nie był on tak spójny, sensowny i magiczny, jak w rękach Fredericksa.

Częściowo wynika to z faktu, że ograniczenia budżetowe wymusiły kameralne podejście do całości. Widzowie siedzą tak blisko, że gra aktorska musi być autentyczna i szczera, zwłaszcza w tych najbardziej intymnych i trudnych scenach. Fredericks wygrywa to starcie, nieustannie zaskakując publiczność odważnymi akcentami, które mogłyby wyjść spod pióra Alana Bennetta – to taka szlachetna, nieco ekscytująca niegrzeczność, która jest autentycznie zabawna, pociągająca i seksowna.

Scenografia Stewarta Chaleswortha jest dokładnie tym, czego ta produkcja potrzebowała – zapewnia płynność między scenami i oddaje realia biedy, w której żyją bohaterowie i z której desperacko chcą się wyrwać. Pomysłowe aranżacje wnętrz, urocze wyobrażenie huśtawki na drzewie, stocznia, wyspa, dom, plac odpustowy i wreszcie domena Gwiezdnego Strażnika, czyli tylne drzwi do nieba – Charlesworth kreuje to wszystko, dopełniając realistycznymi kostiumami i zostawiając mnóstwo miejsca na energetyczną, porywającą choreografię Lee Prouda.

Andrew Corcoran lśni jako kierownik muzyczny: partytura brzmi świetnie, a partie wokalne są wykonane fantastycznie, choć momentami zupełnie inaczej, niż przyzwyczaiły nas nagrania płytowe czy inne produkcje. Nie ma tu miejsca na przeciągnięte tempo; muzyka płynie z niemal tchu zapierającym, odurzającym werwem. Mały zespół gra precyzyjnie i z wigorem (jedna drobna wpadka w sekcji dętej podczas „Soliloquy” była jedyną zauważalną skazą), a orkiestracja z naciskiem na harfę i instrumenty dęte drewniane jest niezwykle trafna.

Widzowie często oczekują, by role były śpiewane w konkretny sposób, wiążąc specyficzne brzmienie z „właściwym” odbiorem muzyki. Osobiście zawsze wolałem Billy’ego, który poradziłby sobie z wielkimi barytonowymi rolami Mozarta – mężczyznę o potężnym, głębokim głosie, pełnym siły i ciepła. Faworyzowałem też Nettie z mocnym głosem, która potrafiłaby oddać sprawiedliwość roli Mama Rose.

Jednak, jak pokazały na Broadwayu Angela Lansbury w „Gypsy” czy Whoopi Goldberg w „A Funny Thing Happened On The Way To The Forum”, różne style i barwy głosów mogą być równie skuteczne w adaptacjach dzieł, o których myśleliśmy, że muszą być wykonywane wyłącznie według ustalonego wzorca. W „Sweeney Todd” nie sposób o bardziej odmienne wokalnie i dramatycznie kreacje niż te pokazane niedawno przez Caroline O’Connor, Imeldę Staunton czy Emmę Thompson – a każda z nich na swój sposób triumfowała.

Czasami posiadanie „odpowiedniego” głosu oznacza utratę wszystkiego innego, czego postać potrzebuje do wiarygodnego bytu na scenie. Tutaj obsada być może nie zawsze pasuje do wokalnego ideału zakorzenionego w naszej głowie, ale cała grupa śpiewa tak samo dobrze, jak gra i tańczy: z nieomylną precyzją w budowaniu postaci.

Fredericks udowadnia swoją produkcją, że inwencja i pomysłowość pozwalają nadać musicalowym rolom nową jakość, nawet jeśli obsada jest nieoczywista. I Bogu dzięki za to. Odnajdywanie nowego życia w klasyce to jedna z największych radości teatru.

Jak zawsze, sekretem sukcesu jest casting – a tutaj Fredericks nie popełnił żadnego błędu. Choć dobór aktorów może wydawać się pod pewnymi względami niespodziewany, to solidna i niezwykła grupa wykonawców, którzy dają z siebie wszystko w dopracowanych, bogatych w detale rolach. Mimo osadzenia w epoce, ich podejście jest nowoczesne, co znacząco pomaga w budowaniu scenicznej magii.

Tim Rogers to bez wątpienia najlepszy Billy Bigelow, jakiego widziałem. Niesamowicie męski, brutalny, pełen pożądania, a jednocześnie znużony, pewny siebie na zewnątrz, lecz pełen nienawiści do samego siebie w środku. To uosobienie szorstkiego diamentu. Sprawia, że ta trudna postać staje się w pełni zrozumiała i realna. Śpiewa przepięknie – jego bogaty, wysoki baryton/tenor zawsze czysto współgra z charakterem postaci, zaskakując delikatnością. Jego „Soliloquy” zostało wykonane po mistrzowsku i słusznie zebrało owacje na stojąco. Duety z Julie w wykonaniu Gemmy Sutton ukazały liryczne oblicze Rogersa.

Rogers znajduje solidne wsparcie dla swojego Billy'ego w dwóch nieoczekiwanych postaciach: Jiggerze i panu Snow. W tej produkcji Jigger to szpaner, czarny charakter dbający o efektowny strój, będący uosobieniem śliskości i taniego uwodzenia. Richard Kent gra go jako postać, która nie ma nic wspólnego z Billym – jest istotą znacznie gorszą, budzącą dreszcz odrazy i uśmiech w niemal równym stopniu. Niczym wyrafinowany szczur przemyka przez scenę lub zastyga w cieniu, oceniając okazje do zysku. Jego próba uwiedzenia Carrie i bezwzględne ogranie Billy'ego w karty pokazują kunszt Kenta i wagę tej postaci dla fabuły.

Kluczem do sukcesu ról Kenta jest to, że wyraźnie widzimy w nim człowieka, przy którym Billy czuje się gorszy i któremu głupio próbuje dorównać. Wyrazistość Jiggera pozwala rzucić więcej światła na mroczniejsze zakamarki duszy Billy'ego, a jego głos dodaje blasku każdej scenie, w której śpiewa.

Równie rzadko spotykane jest tak głębokie nakreślenie ciemnych stron pana Snow. Joel Montague tworzy postać jurnego, ambitnego rybaka o świetnym głosie, który po prostu taranuje Carrie (cudownie graną przez Vicki Lee Taylor). Snow narzuca jej swoją wolę na każdym kroku, planując ich przyszłość, forsując wizję licznej gromadki dzieci bez względu na jej zdanie i całkowicie przejmując kontrolę nad jej losem. Ten pan Snow krzywdzi swoją żonę znacznie dotkliwiej niż Billy.

W tym świetle przemoc Billy'ego zdaje się wynikać z jego własnych problemów z nienawiścią do samego siebie. W obliczu oślizgłości Jiggera i totalitarnych rządów pana Snow, staje się zrozumiałe, dlaczego Julie decyduje się przy nim zostać i go bronić. Ta produkcja nie próbuje umniejszać czy pochwalać bicia żony, ale osadza to w pewnym kontekście. Wszyscy główni bohaterowie męscy zachowują się źle wobec kobiet, które kochają – ale sedno tkwi w tym, że te kobiety ich kochają, pragną ich i są w stanie wiele znieść. Czy jeden policzek to gorszy los niż całe życie w kieracie i bez prawa głosu? Julie Jordan, określana jako „dziwna” (nieprzystosowana do reguł), mówi: nie. Ale czy ma rację?

Wszystkie te niuanse widać w świetnej grze aktorskiej: niepewność błyskająca w oczach Rogersa; obojętność, jaką Montague okazuje Carrie; czujne spojrzenie Kenta sondującego okazje do przekrętu.

Kobiety są równie znakomite. Julie w wykonaniu Sutton jest pod każdym względem enigmatyczna, co wychodzi roli na dobre. Jej reakcje nie są przewidywalne, ale gdy już obierze drogę, trzyma się jej konsekwentnie. Jej głęboka potrzeba bliskości z Billym i radość z ich fizycznego zjednoczenia dają jej iskrę, której nie sposób się oprzeć. Sutton śpiewa z lekkością, wdziękiem i prawdziwym wyczuciem postaci.

Vicki Lee Taylor jako energiczna i nieco stłamszona Carrie jest cudowna. Błyszczy w każdej scenie, zarażając widownię energią. Jej wyczucie komizmu jest wyśmienite. Wykorzystuje każdą szansę, jaką dają jej partnerzy sceniczni, śpiewając z czystą dykcją i ciepłem, które aż kipi radością.

Jako Nettie, Amanda Minihan jest bardziej drapieżna i świadoma swojej cielesności niż jakakolwiek Nettie, którą do tej pory widziałem. Dzięki jej wigorowi postać ta nie jest tak mdła, jak to się często zdarza. Scena, w której złośliwie upokarza kąpiącego się pana Snow, jest rozkoszna – pokazuje, że Nettie widzi prawdziwe oblicze związku Snowów, tak jak widzi sytuację Julie i Billy'ego. Choć w „June Is Busting Out All Over” zabrakło mi nieco pełniejszego brzmienia, jej niezwykle szczera interpretacja „You'll Never Walk Alone” była równie unikalna, co wzruszająca.

Paul Hutton emanował pompatycznością jako Bascombe, wniósł staroświecką pychę do roli doktora Seldona i był doskonały jako Gwiezdny Strażnik, nadając mu aurę lekkomyślnego dystansu. Valerie Cutkin jako surowa, złamana na duchu, lecz wyniosła pani Mullin była strzałem w dziesiątkę – widać w niej niegdyś piękną kobietę, która teraz jest jedynie zdesperowanym wrakiem szukającym odrobiny czułości.

Zespół jest naprawdę pierwszej klasy – imponujący zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Ich harmonie brzmią niesamowicie, a finałowe wykonanie „Never Walk Alone” a capella chwyta za serce. Na szczególną uwagę zasługuje Charlotte Gale popisująca się zianiem ogniem, pełen gracji Joseph Connor oraz magnetyczny Anton Fosh.

Choreografia Prouda jest niezwykle pomysłowa i zgrabnie rozwiązuje kwestię baletu w drugim akcie, czyniąc go bardziej angażującym i poruszającym niż kiedykolwiek. Taniec w całym spektaklu jest na najwyższym poziomie – kroki są sprytne, nieoczywiste i bardzo fizyczne, stale przykuwając uwagę widza. Dynamiczne układy męskie tchnęły nowe życie w klasyczne numery.

W tym spektaklu nie ma nic, czego nie można by pokochać. Jest na zmianę bardzo zabawny, pełen uroku i gracji, a zarazem brutalny, bezlitosny i rozdzierający serce. Kipi świeżością i furią. Pokazuje blaski, cienie i prozę życia ludzi, których losy na zawsze zmieniła karuzela, lepiej niż jakakolwiek inna produkcja, którą widziałem.

Niektórzy uważają „Carousel” za najlepszy musical XX wieku. Inscenizacja Fredericksa, zrealizowana przez tę genialną obsadę, stanowi potężny argument za słusznością tej tezy.

Mam nadzieję, że spektakl trafi na większe deski. Chętnie zobaczyłbym go jeszcze wiele razy. To niesamowite osiągnięcie przy tak skromnym budżecie; z odpowiednim wsparciem mógłby być wystawiany latami. Jest lepszy niż niejeden wysokobudżetowy musical na West Endzie.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS