WIADOMOŚCI
RECENZJA: Casa Valentina, Southwark Playhouse ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
BritishTheatre.com ma przyjemność zaproponować bilety w cenie 14 funtów. Kliknij tutaj, aby poznać szczegóły oferty. Casa Valentina
Southwark Playhouse
16 września 2015
5 gwiazdek
Sufit jest usiany abażurami – jasnymi, pastelowymi i urokliwymi. Takimi, przy których mogłaby odejść wasza babcia. Poczucie przejścia w lata 60. jest namacalne nie tylko dzięki lampom, ale i parkietowi oraz staromodnym toaletkom ustawionym pod ścianami teatru. To bez wątpienia ciepła i przytulna przestrzeń, ale w powietrzu wyraźnie unosi się coś „innego”.
Z głośników płyną hity z epoki. „Walk Like A Man” to tylko jeden z puszczanych tu skocznych numerów. Gałęzie drzew pozbawione liści wdzierają się w przestrzeń, bez trudu sugerując góry Catskills, gdzie toczy się akcja. Fragment zielonej trawy przywołuje nastrój werandy. Wszystko jest bardzo wyraźnie amerykańskie, a jednak „inne”. Przyczyna wydaje się nieuchwytna.
I nagle wszystko staje się jasne. Abażury są indywidualne; mogą być ładne, z falbankami lub proste. Prezentują światu zewnętrznemu celowy obraz, świadomy wybór. Abażury wyrażają osobowość i charakter swoich właścicieli. I wszystkie ukrywają żarówki.
Jako metafora sztuki o urokliwym i kruchym świecie heteroseksualnych mężczyzn-transwestytów, ta scenografia jest tak inspirująca, jak tylko można sobie wymarzyć. A łagodne ciepło płynące z abażurów stanowi subtelne przypomnienie o sile charakteru bohaterów dramatu.
Oto Casa Valentina – niezwykła, lecz niebywale pięknie napisana sztuka o napięciach w środowisku transwestytów w Catskills w 1962 roku, która właśnie świętuje swoją londyńską premierę w Southwark Playhouse. Można odnieść wrażenie, że w Londynie trwa tydzień Harveya Fiersteina, skoro zarówno „Kinky Boots”, jak i „Casa Valentina” otworzyły się w ciągu 48 godzin. Dowcipnisie mogliby rzec, że to starcie „Kinky Boots” z „Kinky Boys”, jako że „Casa Valentina” przygląda się grupie mężczyzn lubiących przebieranki. Te dwa bardzo różne dzieła mają ze sobą wiele wspólnego. W szczególności obie narracje pokazują, dlaczego najlepiej jest zaakceptować swoje prawdziwe ja i dlaczego porażka na tym polu może mieć druzgocące skutki.
Sztuka „Casa Valentina” miała skromny sezon w Nowym Jorku w 2014 roku i, mimo pewnych zastrzeżeń co do obsady, była wartościowym i skłaniającym do refleksji wieczorem w teatrze (Przeczytaj naszą recenzję). Stwierdziłem wówczas, że może to być najlepsza rzecz, jaką napisał Fierstein, a obecna produkcja tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Nieczęsto zdarza się, by każda nowa inscenizacja niosła ze sobą inny, a przy tym tak głęboki wydźwięk – ale tak właśnie jest w tym przypadku.
W reżyserii Luke’a Shepparda „Casa Valentina” staje się sztuką o małżeństwie. Wszystko opiera się na centralnej relacji między George’em (Edward Wolstenholme) a Ritą (Tamsin Carroll). Tworzą niekonwencjonalny związek. Rita wyszła za niego wiedząc, że mąż lubi zakładać kobiece ubrania; co więcej, pielęgnowała i wspierała to pragnienie, bo go kocha. Cieszy się, że jego przebrana wersja jest najładniejszą dziewczyną w ich małżeństwie. Wita, wspiera i matkuje innym mężczyznom, którzy przyjeżdżają wynająć pokoje w ich weekendowym pensjonacie, by uwolnić swoją wewnętrzną kobietę. To „weekend za miastem” w zupełnie innym wydaniu.
Wszystko układa się wspaniale do momentu, gdy George próbuje zmienić zasady ich małżeństwa, gdy decyduje się na coś bez omówienia tego z Ritą. Na coś, co fundamentalnie zmienia warunki ich unii. W tym konkretnym przypadku chodzi o jego potrzebę cross-dressingu, ale ich relacja jest metaforą wszystkich związków na świecie, bez względu na ich charakter. Fierstein stawia prostą diagnozę: relacje każdego rodzaju mogą rozkwitać tam, gdzie jest zaufanie, uczciwość i komunikacja. Bez tego pewny jest tylko ból.
Ujęte w te ramy różne losy, postawy i stanowiska przyjaciół tworzących ich krąg cross-dresserów są istotne, ponieważ pokazują presję, napięcia i tęsknoty, które sprawiają, że George zaczyna inaczej postrzegać swoje potrzeby.
Wśród cross-dresserów jest wiele radości i koleżeństwa, ale wyczuwa się też podskórny strach i podejrzliwość. Wszyscy chcą swobodnie wyrażać siebie, ale każdy jest boleśnie świadomy tego, jak krzywo społeczeństwo patrzy na ich upodobania. Niektórzy boją się bycia ocenionymi jako homoseksualiści; inni ukrywają własną seksualność; jeszcze inni prowadzą podwójne życie, wykluczając żony i dzieci z tego, co daje im szczęście. Wszyscy żyją w lęku.
Fierstein tworzy tu tygiel wielu idei i myśli. Wszystko to jest owinięte w morze humoru i szczerego ciepła, ale w tym morzu kryją się zdradliwe i obłudne skały oraz fale, które przyprawią o dreszcz dokładnie wtedy, gdy inne wywołują uśmiech i śmiech. To błyskotliwa i wnikliwa sztuka o miłości, przyjaźni i szczerości – trzech tematach, które dotyczą każdego życia.
Scenografia Justina Nardelli jest prosta, ale absolutnie doskonała, delikatnie i elegancko oprawiając świat tych ukrytych pragnień. Andrew Riley zapewnia pomysłowe i odpowiednio urokliwe kostiumy stworzone przy minimalnym budżecie, które jednak świetnie się sprawdzają – zwłaszcza stroje, dzięki którym Gloria (Ashley Robinson) i Charlotte (Gareth Snook) stają się wyrazistymi typami postaci. Inscenizacja typu „arena” niesie wiele wyzwań dla projektantów oświetlenia, ale Howard Hudson wykonuje mistrzowską robotę, kreując nastrój światłem, podczas gdy sceny migoczą i falują przez całe spektrum emocji.
Decyzja Shepparda o wykorzystaniu układu „in-the-round” przynosi mieszane efekty. Z jednej strony pojawia się nieunikniona intymność, idealnie pasująca do tego skrytego świata tajemnych żądz i niewypowiedzianych prawd. Z drugiej strony, nieuchronnie umykają pewne kluczowe działania, ponieważ okrągła platforma oznacza, że nie każdy widz widzi wszystko. Bilans wychodzi jednak na plus dzięki bliskości: trudniej jest ignorować postacie jako ludzi, gdy siedzi się tak blisko, że ich szyfony i tiule muskają twoje ramię, gdy dumnie przemykają obok.
W innych aspektach wizja Shepparda nie jest jednak tak klarowna, jak mogłaby być. Istnieje namacalna różnica między dragiem a transwestytyzmem, a ta różnica – kluczowa dla kilku dialogów w sztuce – zostaje niewytłumaczalnie zatarta. Ci mężczyźni mogą być zniewieściali, ale nie w sensie homoseksualnym – co tekst wielokrotnie podkreśla; to ludzie dążący do bycia prawdziwymi kobietami, nadający piękne imiona swojej żeńskiej stronie i (w większości) niepragnący niczego więcej poza akceptacją dla tego, kim są. Ten brak przejrzystości niepotrzebnie mąci wątki narracyjne. Działa to na niekorzyść zwłaszcza postaci Charlotte (Gareth Snook), Terry’ego (Bruce Montague) i Amy (Robert Morgan).
Jednak te kwestie nie osłabiają poważnie siły tekstu Fiersteina, głównie dzięki nieskazitelnej obsadzie ról kluczowych. Robinson jest znakomity, wydobywając swoją wewnętrzną Julianne Moore jako dąsająca się syrena o figurze klepsydry, Gloria. Od początku Gloria jest kłębiskiem zmysłowej ekscentryczności, z językiem, który potrafi smagać lub pieścić, i oczami, które nigdy nie przestają oceniać i osądzać. Robinson gra tę rolę z kontrolowaną, żywiołową pewnością siebie, a jego werbalna dekonstrukcja warczącej Charlotte w wykonaniu Snooka jest po prostu genialna.
Wolstenholme jest równie wspaniały jako George/Valentina, który wraz z Ritą prowadzi pensjonat. Para ta buduje silną więź seksualną już na początku sztuki i nie ma wątpliwości co do autentyczności ich związku. To wyjątkowo mądre i bardzo ważne, by późniejsze sceny mogły odpowiednio wybrzmieć. Wolstenholme czyni George’a gniewnym, sfrustrowanym, niepewnym i skrytym – kompletnym przeciwieństwem Valentiny. Tworzy to napięcie związane z rzeczywistością George’a, które rezonuje przez całą sztukę i rzuca światło na jego relacje z Ritą, Charlotte, Glorią i Amy. To natchniony i w pełni przekonujący portret duszy w kryzysie.
Jako młody człowiek odwiedzający pensjonat po raz pierwszy, niemalże „dziewiczy” cross-dresser, Ben Deery jest rewelacyjny. Idealnie łączy wahanie z dziewczęcym entuzjazmem: moment, w którym po raz pierwszy pojawia się jako Miranda – niczym uczeń dumnie prezentujący swój mundur po raz pierwszy, nieśmiały, lecz pełen nadziei – jest magiczny. Podobnie jak serdeczna i wspaniale wspólnotowa scena metamorfozy Mirandy. Prześmieszna, a jednocześnie pełna serca. (Niefachowe układanie peruki Mirandy daje Carroll okazję do najlepszego gagu wizualnego wieczoru). Później, gdy fasada pęka, Deery nie popada w melodramat. Mistrzowsko prowadzi postać przez proces odkrywania prawdy i narastającego lęku.
Morgan, Montague oraz Matthew Rixon (często bardzo zabawna, cytująca Oscara Wilde’a Bessie) wykonują kawał dobrej roboty, choć momentami chęć przypodobania się publiczności i bycia zabawnym bierze górę nad spójnością postaci. Jednak każdy z nich ma też momenty brutalnej szczerości i trafnych obserwacji. Monolog Montague o tym, dlaczego nigdy nie mógłby odrzucić przyjaźni homoseksualisty, to prawdziwy punkt kulminacyjny wieczoru. Charlie Hayes pojawia się pod koniec jako córka Amy, Eleanor, i w jednej krótkiej, ostrej scenie precyzyjnie pokazuje społeczne postrzeganie transwestytyzmu. Hayes jest rozkosznie nieporuszona.
Snook błędnie interpretuje postać Charlotte. Pokazuje skrajności, choć niekonsekwentnie, ale zupełnie nie zbliża się do poszarpanego, szalejącego wewnętrznego zamętu tego politycznego, defensywnego i ambitnego brutalisty. Kipiąca, cicha, wyniosła odraza lepiej przysłużyłaby się tej postaci, zwłaszcza we wspaniale napisanym starciu z sędzią Amy (które daje Morganowi jego najlepszy moment). Wybór Snooka, by grać Charlotte jako wyniosłą gorgonę w stylu Alexis Colby Carrington, ma swoje zalety, ale tekst Fiersteina dotyczy bardziej subtelnej kreacji. Zdecydowanie jest to przypadek, w którym „mniej znaczy więcej”.
Biorąc pod uwagę dorobek i sukcesy Fiersteina, takie jak „Torch Song Trilogy”, „Hairspray” czy „La Cage Aux Folles”, można by oczekiwać, że najlepsze fragmenty „Casa Valentina” będą dotyczyć postaci męskich. Takie wrażenie sprawiała nowojorska premiera: w pamięci pozostawali Charlotte, Amy, Terry, Gloria i Miranda. Ale tutaj promienista Tamsin Carroll wyraźnie pokazuje, dlaczego najbardziej złożoną i fascynującą postacią jest ta jedyna prawdziwa dziewczyna w pensjonacie: Rita.
Ubrana praktycznie, lecz skromnie (ten kardigan to majstersztyk), Rita w wykonaniu Carroll unosi się na obrzeżach dziewczęcych zabaw, zapewniając mężowi wsparcie zarówno praktyczne, jak i moralne. Poprawia peruki, wietrzy i prasuje sukienki, pomaga przy makijażu, gotuje i sprząta. Czyni ten wyjątkowy dom bezpiecznym i szczególnym. Carroll nasyca Ritę żarliwą lojalnością wobec George’a i jego przyjaciółek; jest czujna, ale uczestniczy w zabawie i potrafi sprawić, by dziewczyny czuły się swobodnie i dogadywały się ze sobą. Łagodzi kłótnie i prostuje nieporozumienia; matkuje wszystkim. Zdecydowanie najbardziej pospolita dziewczyna w całym stadzie, Rita Tamsin Carroll pokazuje głębię i poświęcenie, jakich prawdziwa miłość wymaga od kogoś, kto dał się jej porwać.
Carroll i Wolstenholme są idealni jako para i wszystko w ich relacji przekonuje. Równie silną więź Carroll buduje z każdą inną postacią, nawet z Charlotte i Mirandą, które Rita poznaje na naszych oczach. Wiemy dokładnie, jakie jest stanowisko Rity wobec każdego i wszystkiego. Kiedy Rita zaczyna artykułować swój skrywany lęk, Carroll zapiera dech w piersiach – to symfonia desperacji i alarmu. Choć to nie Rita ląduje w szpitalu, to dzięki kreacji Carroll staje się postacią, która wyłania się z tej historii jako najbardziej cierpiąca i tragiczna. Finałowy obraz Rity, skulonej i wstrząsanej gorzkim szlochem, ma niesamowitą siłę. Aktorstwo w najpełniejszym, najbardziej porywającym i poruszającym wydaniu.
To bardzo ważna i aktualna sztuka. Bierze pod lupę pojęcie równości w sposób, który rzadko poddawany jest dyskusji czy refleksji. Jest zabawna, lekkomyślna, poważna i istotna jednocześnie. Pięknie napisana, pięknie zaprojektowana i w większości pięknie zagrana. To, jak rzekłby Osric, „trafiony, zatopiony” – znacznie skuteczniejszy, zwłaszcza dzięki Carroll i Wolstenholme’owi, niż oryginalna produkcja nowojorska. Jeśli istnieje sprawiedliwość, spektakl ten przeniesie się na West End lub do Dorfman Theatre. To sztuka, którą po prostu trzeba zobaczyć.
Sztuka „Casa Valentina” grana jest w Southwark Playhouse do 10 października 2015 r. Zarezerwuj teraz
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności