WIADOMOŚCI
RECENZJA: Constellations, Samuel J Friedman Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Joan Marcus Konstelacje
The Samuel J. Friedman Theatre
15 stycznia 2015 r.
5 gwiazdek
Zacznijmy od balonów. Mnóstwo ich podwieszono nad lśniącą, czarną jak obsydian podłogą, na której ustawiono prostokątny podest – równie lśniący i czarny. To scenografia Toma Scutta do niezwykłej sztuki Nicka Payne'a pt. „Konstelacje”, którą można obecnie oglądać w Samuel J. Friedman Theatre na Broadwayu w inscenizacji Royal Court pod reżyserską batutą Michaela Longhursta.
Balony są głównie białe, a może w odcieniu złamanej bieli. Jest ich całe mnóstwo. Dlaczego?
W miarę rozwoju akcji pojawia się wzmianka o umierającym pacjencie otoczonym balonami – to wyraźny punkt odniesienia. Gdy ten moment nadchodzi, funduje nam on swego rodzaju retrospektywne olśnienie i od tej chwili balony stają się symbolem stale obecnej możliwości śmierci.
Ale nie chodzi tylko o to. W pewnym uproszczeniu, balony zaczynają jako płaskie, dwuwymiarowe przedmioty. Dopiero po napompowaniu stają się trójwymiarowe. I każdy z nich, gdy wypełni się go powietrzem, różni się od pozostałych – chyba że w każdym zamkniemy dokładnie taką samą dawkę tlenu. Patrząc na te balony, możemy myśleć, że są identyczne, ale w rzeczywistości każdy jest inny.
W ten sposób dekoracje Scutta stanowią wizualną reprezentację zasad naukowych, które Payne stara się zgłębić i wyjaśnić w „Konstelacjach”. Główny zamysł opiera się na teorii, wedle której każda chwila, w której dokonaliśmy jakiegoś wyboru, a także każda chwila bezczynności lub świadomej rezygnacji, istnieje równolegle w zbiorze wszechświatów równoległych: w multiwersum o nieskończonej różnorodności.
Tak jak u podstaw arcydzieła Stopparda, „Arkadii”, leży teoria chaosu, tak fundamentem „Konstelacji” Payne’a jest teoria multiwersum. Nie trzeba jednak zgłębiać fizyki przed wizytą w teatrze, by czerpać satysfakcję ze spektaklu. Tekst Payne’a jest niezwykle delikatny, przepełniony szczerością i uczuciem, a całość okazuje się porywającym i emocjonującym doświadczeniem teatralnym.
Mało prawdopodobne, byście kiedykolwiek widzieli coś podobnego. To spektakl olśniewający pod każdym względem.
Dwuosobowa obsada kreśli mapę możliwych relacji w multiwersum między dwojgiem ludzi – Rolandem i Marianne. Widzimy ich pierwsze spotkanie, randkę, wspólne życie, zdrady, rozstania, powroty, ślub, a wreszcie nieuniknione starcie ze śmiertelnością. Choć brzmi to jak standardowe elementy opowieści, każdy z nich zostaje ukazany wielokrotnie i na wiele sposobów, badając niezliczone możliwości, jakie oferuje wieloświat.
Aktorzy powtarzają więc niemal te same kwestie scena po scenie, ale za każdym razem z innym akcentem, intencją lub jako nieco inne wersje tych samych postaci. Mogłoby to, co zrozumiałe, stać się nużące i powtarzalne, ale nie we wspaniałej inscenizacji Longhursta.
Aktorstwo jest tutaj najwyższej próby. Każde słowo, każda pauza, każdy gest – wszystko jest precyzyjnie wymierzone i przemyślane tak, by utrzymać zainteresowanie widza i zaangażować go w odrębne losy tej intrygującej pary. Gdy fundamenty zostają położone w pierwszych scenach, Payne zyskuje swobodę w eksplorowaniu różnych dróg, którymi mogłaby potoczyć się ta relacja, a które prowadzą do finału – lub przynajmniej jednego z nich.
Po drodze trafiamy na sceny niezwykle zabawne, pełne nieporozumień i gniewu, momenty bolesnej szczerości i brutalnego realizmu – to mozaika doświadczeń, która razem tworzy bogaty i złożony obraz splecionych ze sobą życiorysów.
Jake Gyllenhaal okazuje się idealny w roli Rolanda, zwyczajnego pszczelarza. Jego brytyjski akcent jest nienaganny, podobnie jak wyczucie zwyczajności tego łagodnego, kochającego mężczyzny, który zaczyna uwielbiać – i potrzebować – Marianne. W interpretacji Gyllenhaala każda wersja powtarzanej sceny jest inna, a on sam sprytnie pozwala widowni śledzić te migotliwe zmiany w każdej odsłonie życia, którą widzimy.
Przekonująco oddaje zarówno skrępowanie, jak i stłumioną frustrację czy głęboką prawdę o swojej miłości. To genialna, technicznie zdumiewająca rola – równie porywająca, co rozdzierająca serce.
Ruth Wilson jest równie wspaniała i sprawna technicznie jako ekscentryczna naukowczyni, która staje się miłością życia Rolanda. Wilson wnosi do sztuki radosny humor, który jest niezwykle cenny, zwłaszcza gdy przełamuje on poważną fasadę prostolinijnego Rolanda. Jest bardzo zabawna, ale też krucha, surowa i niesprawiedliwa – Wilson dostarcza dokładnie to, czego wymaga dana sytuacja.
Niekiedy jej wybory artystyczne są nieoczywiste, co czyni rolę jeszcze bardziej satysfakcjonującą. Szczególnie imponujący był sposób, w jaki oboje aktorzy rozegrali kilka wersji scen oświadczyn – wachlarz emocji zaprezentowany w tym fragmencie zapierał dech w piersiach i trzeba by mieć serce z kamienia, by się w tym momencie nie wzruszyć.
Niektóre aspekty sztuki są bardzo mroczne, ale Gyllenhaal i Wilson dbają o to, by człowieczeństwo i realizm ich postaci łagodziły ten chłód. To po prostu czysta przyjemność widzieć tak utalentowane, kreatywne i przejmujące kreacje.
W tej produkcji wszystko gra. Reżyseria światła Lee Currana jest nieskazitelna i po mistrzowsku potęguje wrażenie wielowymiarowości. Muzyka Simona Slatera zapada w pamięć i nadaje rytm całemu dramatowi.
Kto by pomyślał, że sztuka tak mocno zakorzeniona w nauce, mierząca się z bolesnym uściskiem śmierci z taką surową i ciętą szczerością, może być jednocześnie radosna i afirmująca życie? Nick Payne. Który, moim zdaniem, „Konstelacjami” przeskoczył samego Stopparda. Nie lada wyczyn.
Doskonały przykład teatralnej pomysłowości. Hipnotyzujące.
Więcej o spektaklu na stronie internetowej „Konstelacji”.
http://youtu.be/Xp5dvDj6hj0
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności